NajnowszeAmeryka Południowa. Szutrami przez wiatr na koniec świata

Ameryka Południowa. Szutrami przez wiatr na koniec świata

-

W trasie ku końcowi

Trochę ponad miesiąc minął nam szybko i pełni energii, żegnani przez naszych przyjaciół ruszamy znowu w drogę. Brakuje już nam tego uczucia kiedy to wsiadamy na motocykl i jedziemy przed siebie. Droga, którą teraz przemierzamy jest nam już znana. Jedziemy do Buenos Aires, gdzie robimy 3-dniowy postój u znajomych motocyklistów z Tigres de la Ruta.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Po małym wypadku ze spadnięciem łańcucha na 100 km przed Buenos Aires postanawiamy, że wymieniamy zużyte już opony, zębatki i łańcuchy w obu motocyklach. Nie ma co ryzykować, choć miałem nadzieję, że jakoś wytrzymają, przed nami jeszcze 4 tysiące km. Alejandro bardzo nam pomaga, zawozi do znanego mu sklepu w centrum gdzie udaje nam się kupić wszystko. Ceny nie są miłe dla kieszeni, za wszystko płacimy ponad dwa razy więcej niż w Polsce. Ale nie ma wyjścia.

Możemy co prawda kupić jakieś słabe łańcuchy i zębatki, a opony wybrać tanie chińskie. Ale kupujemy, dbając o nasze bezpieczeństwo, znane i sprawdzone jakościowo wyroby dobrych marek. Jeszcze tylko kilka godzin pracy przy wymianie i motocykle są jak nowe, gotowe do dalszej drogi. Przy okazji wymieniam tez klocki hamulcowe wiezione jeszcze z Polski.

Naszym następnym celem są oddalone o prawie 1500 km wodospady Iguazu. Trochę monotonną drogę z Buenos Aires pokonujemy na trzy razy. Ruszamy przy gęstej mgle i lekkim kapuśniaczku. Szczęście nam nie dopisuje i zaczyna padać na dobre. Efektem jest suszenie większości rzeczy w hoteliku. Muszę jednak przyznać, że pomimo kilkugodzinnej jazdy w sporym deszczu ubrania dają radę. Owszem – woda przeciekła w niektórych miejscach do środka, ale tylko przy szyi spod kasku, w rękawicach, no i oczywiście buty są mokre.

argen_23Jeszcze jedno drobne zdarzenie psuje nam nastrój. Na naszej drodze staje kontrola policji. W szczerym polu, kilkadziesiąt kilometrów za Zarate. Do tej pory jakoś nas ten zaszczyt omija. Tylko raz, nie licząc odpraw granicznych, mamy ją w Patagonii. Tym razem wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że kilka dni temu na jeden z motocykli kończy się ubezpieczenie. My co prawda mamy je zapłacone, ale brakuje nam potwierdzenia. Mamy dopiero zamiar je wydrukować. I do tego właśnie przyczepia się policjant. Nie pomagają tłumaczenia i udawanie że nic się nie rozumie. Kończy się na ponadtrzykrotnie większym mandacie niż wynosi ubezpieczenie… Może i dobrze, że tylko tak, bo nasze ubezpieczenie nie jest ważne w Argentynie… Ale od czego jest siła przekonywania…

Pozbawieni zapasu zielonej gotówki zmieniamy trochę plany i wjeżdżamy na parę godzin do Urugwaju, żeby wybrać z bankomatu dolary. To fajny kraj, można zdecydować w jakiej walucie chce się zrobić wypłatę. Zaopatrzeni w kasę jedziemy kawałek przez Brazylię i ponownie wjeżdżamy do Argentyny tego dnia.

Ta część podróży obfituje w polskie akcenty. Obok Apostoles odwiedzamy fabrykę yerba mate i muzeum Juana Szychowskiego. To polski emigrant, który na początku ubiegłego wieku zbudował do dziś funkcjonujące przedsiębiorstwo. Imponujące osiągnięcie, co możemy zobaczyć w muzeum.

argen_30Jednak tuż przed nim mamy do pokonania kawałek drogi gruntowej. Na własnej skórze przekonujemy się o jej właściwościach po deszczu. Prawie czerwona nawierzchnia o tej porze roku jest śliska niczym lód. Jeden z motocykli wywija kozła i ląduje na boku cały w czerwonej i śliskiej, lepiącej się do wszystkiego mazi. Wcale nie jest łatwo go podnieść. Nie mogę znaleźć oparcia, a nogi rozjeżdżają mi się na boki… Jednak jakoś we dwoje nam się udaje.

Na wodospady Iguazu rezerwujemy sobie więcej czasu. W jednym dniu oglądamy je od strony argentyńskiej, a drugiego z brazylijskiej. Obie strony trzeba koniecznie zaliczyć. Podejście pomostem pod Garganta Del Diablo i widok na przelewające się niesamowite ilości wody jest niezapomniany. Szum, a właściwie grzmot tej ogromnej ilości wody jest imponujący. Dla bardziej odważnych i nie bojących się całkowitego przemoczenia jest możliwość popłynięcia łodzią pod sam wodospad na dole.

Drugiego dnia wrażenia ze strony brazylijskiej są równie niezapomniane. Wodospady Iguazu są jednym z cudów świata wartych obejrzenia! Przed wyjazdem z Puerto Iguazu robimy pamiątkowa fotkę na styku granic Paragwaju, Argentyny i Brazyli, a następnie kierujemy się do miejscowości Wanda, w której można spotkać wiele rodzin potomków polskich emigrantów.

Paragwaj wcale nie dziki

W prowincji Misiones spotykamy całkiem sporo Polaków. W drodze do Paragwaju zatrzymujemy się w Wandzie. W tej miejscowości żyje duża liczba osób polskiego pochodzenia. Robiąc zakupy w sklepie i rozmawiając po polsku zostajemy kilkukrotnie zaczepieni, a potem zaproszeni na spotkania. Tym sposobem lądujemy w radio w audycji polskiej a następnego dnia na mszy w kościele „Częstochowa” z okazji dnia Emigranta Polskiego. Bardzo fajnie i miło rozmawia się z ludźmi po polsku w ich domach, gdzie na ścianach wiszą pamiątki, flaga i polskie godło.
Do Paragwaju jedziemy z lekką obawą, wszyscy nas ostrzegają jak tam jest niebezpiecznie…

arge_13Na granicy odstajemy w długiej kolejce, ale potem cała procedura idzie w miarę sprawnie. Przejeżdżamy przez Encarnacion, bo około 60 km dalej leży Trynidad, ruiny misji jezuickich, jedne z wielu na tym terenie. Kupujemy bilety po 25 000 guarani, uprawniające do wejścia na dwa dodatkowe obiekty. Na centralnym miejscu jest duży plac, a z lewej strony pozostałości ogromnego kościoła.

Mury zachowane w nad wyraz dobrym stanie. W niektórych miejscach widać jeszcze bogate rzeźbienia kolumn i łuków na sklepieniach. Pomimo kilkuset lat niszczycielskiego działania wody i powietrza, całość wygląda imponująco. Robimy pamiątkowe fotki i jedziemy kilkanaście kilometrów dalej do Jesus de Tavernague. Dojazdu do poszczególnych miejsc nie sposób przegapić, są oznaczone ładnymi tablicami „Droga Jezuicka”. To kolejny kompleks gdzie byli Jezuici. Ten obiekt jest trochę mniejszy od poprzednich, ale za to lepiej zachowany.

Do środka wchodzimy na tym samym bilecie co do poprzedniej redukcji. Następnego dnia jedziemy do odleglejszych redukcji. Pierwsza z nich to San Ignacio Guazu. To pierwsza misja założona w tym rejonie. Niejako serce zarządzania redukcjami. Odległość to około 140 km. Całe niebo jest zaciągnięte chmurami i pada. Jednak przed samym celem deszcz ustaje i możemy zobaczyć ją zobaczyć. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze jedną redukcję nad samą Paraną San Cosme y Damian.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!
Motovoyager
Motovoyagerhttps://motovoyager.net
Nasi czytelnicy to wybrana grupa ludzi. Motocykliści, którzy w Internecie szukają inteligentnej rozrywki, konkretnych porad lub inspiracji do wyjazdów motocyklowych. Nie jesteśmy serwisem dla każdego, zdajemy sobie z tego sprawę i… uważamy, że jest to nasz atut. Nie znajdziesz u nas artykułów nastawionych jedynie na kliki, nie wnoszących niczego merytorycznego. Nasza maksyma to: informować, radzić, bawić nie zaśmiecając głów czytelników bezsensownymi treściami.

2 KOMENTARZE

  1. To fakt, 8 miesięcy to już jest kawałek czasu i można poczuć smak przygody i wolności…
    Ale apetyt był ciągle na więcej :)
    Niestety właśnie proza życia przeszkodziła :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ