NajnowszeAmeryka Południowa. Szutrami przez wiatr na koniec świata

Ameryka Południowa. Szutrami przez wiatr na koniec świata

-

Hałasy Perito Moreno

Po zmaganiach z rosnącym wiatrem mijamy Lago Argentino i dojeżdżamy do El Calafate. Rozbijamy namiot na campingu, a w nocy testujemy nasze śpiwory, pomimo tylko kilku stopni powyżej zera dają radę. Jeden dzień spędzamy na przeglądzie motocykli i próbie zdiagnozowania stuków dochodzących z silnika. Maszyna chodzi jakoś dziwnie głośniej, ale poza tym na razie nie ma z nią kłopotów. Mam podejrzenie, że coś jest nie tak z łańcuszkiem rozrządu… Mechanik w Rio Grande coś tam przy nim grzebał podczas przeglądu.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Oczywiście czyszczenie i smarowanie łańcuchów i filtrów powietrza po szutrach jest również konieczne. Następnego dnia ruszamy do Parku Narodowego Los Glaciares, około 60 km obejrzeć lodowiec Perito Moreno.

chile_2To wielkie pokłady lodu, wysokie na około 60 metrów i szerokie na ponad 5 kilometrów. Czoło lodowca jest bardzo postrzępione. Co jakiś czas słychać huk i grzmot pękających fragmentów lodu, którego duże bloki spadają do wody. Pogoda dziś idealna i w świetle słońca lód jest błękitny. Na jego powierzchni widać refleksy światła. Wzdłuż wyznaczonej trasy, wśród wzgórz parku, po przeciwległej stronie jeziora, obchodzimy czoło lodowca. Ukazuje nam się widok z różnych stron.

W ciężkich ubraniach motocyklowych i podpinkach które były nam potrzebne na przejazd, nie jest nam komfortowo i wygodnie. Ale uparcie idziemy przez kolejne punkty widokowe, aby Perito Moreno ukazał się nam w całej rozciągłości. Cała trasa widokowa spacerem zajęła nam 3 godziny.
W El Chalten oglądamy imponujący szczyt Fitz Roy. Naga skała, bardzo strzelista wyróżnia się w krajobrazie. Widać ją już wiele kilometrów przed miejscowością. Droga prowadzi poprzez puste ogromne i prawie płaskie przestrzenie.

Przez około 250 km nie spotykamy żadnej chociażby pojedynczej budowli. El Chalten jest malutkie, parę uliczek, a na każdej w prawie każdym budyneczku hotel, hostel lub hosteria. Typowo turystyczne miejsce. My znajdujemy camping, są dwa w miasteczku. Wybieramy ten spokojniejszy i z mniejszą ilością ludzi. Relaks. Ciepło. Słońce grzeje dziś mocno. Każdego dnia jest coraz cieplej. Dookoła nas wysokie, a nawet bardzo wysokie skaliste góry, w oddali ośnieżone szczyty, a my na trawie i w otoczeniu niewysokich, karłowatych drzew – odpoczywamy.

A w baku sucho

Wieczorem tankujemy oba motory i dodatkowo kupujemy 10 litrów do baniaka. Na stacji dowiadujemy się, że najbliższa stacja jest za jakieś 130 km, w Tres Lagos, także spokojnie damy radę i dojedziemy, dotankujemy i pojedziemy na camping do Gobernator Gregores. Niestety, wciąż przekonujemy się, że w Argentynie, a szczególnie w Patagonii, nic nie jest oczywiste i pewne. Dojeżdżamy do Tres Lagos. Tuż przed wioską (bo dla nas to wiocha zabita dechami, a nie żadne miasteczko), zamknięta droga i objazd. Zjeżdżamy więc objazdem do wioski. Oczywiście cały czas kamienie i tarka na drodze.

chi_10Asfalt się kończy. Motocykle tańczą na kamieniach. Wioska oczywiście także ma same drogi szutrowe, kamienie pryskają spod kół. Zero żywego ducha, jak to zwykle w Patagonii. W końcu wypatrujemy posterunek policji. Oficer przez okno krzyczy, że za 2 kilometry, zaraz na wjeździe do miasta jest stacja. Upewniamy się jeszcze u jednego miejscowego. Tak. Stacja jest przed wjazdem do miasta. Przeoczyliśmy? Jakim cudem. A jednak. Tuż za objazdem jest skręt w lewo pod ostrym skosem. Jest – mała, na dwa dystrybutory, stacja benzynowa. Podjeżdżamy. Na dystrybutorach kłódki. Można powiedzieć, że pajęczyny się już porobiły. Na dystrybutorze kartka – „no hay nafta”. Znaczy – benzyny nie ma.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Wchodzimy do sklepu. Przemiła pani mówi, że dziś będzie. Ale nie wiadomo o której, a benzyna skończyła się w poniedziałek. Hmmm… a mamy środę. Ładnie. Zresztą i tak nie ma żadnej gwarancji, że dziś paliwo dowiozą.

Siadamy i myślimy. Zastanawiamy się, co robić. Po około dwudziestu minutach podjeżdża samochód. Para Argentyńczyków z Buenos Aires, na urlopie. Przemili. Z wyraźnym przepraszającym tonem, mówią, że paliwa trochę to oni mają, ale w baku, więc nie mają jak nam dać. Ale my jak zwykle jesteśmy przygotowani. Mamy wąż do paliwa. I wszystko byłoby dobrze, bo próbowaliśmy ze wszystkich sił i trochę paliwa nam naleciało do naszej bańki plastikowej, ale niestety zbyt niski poziom benzyny w samochodzie, z którego chcieliśmy spuścić uniemożliwił to.

Odpuściliśmy, żeby już nie męczyć argentyńskich turystów. Po godzinie przyjechali Francuzi w rozwalającym się busiku na argentyńskich numerach. Pytamy czy nie mają paliwa. Kierowca coś pokręcił głową, powyciągał mapy, zaczął liczyć, liczyć. W końcu znowu pokręcił głową, że niestety, nie może nam pomóc. Po kolejnych 30 minutach na stację podjechały z wielkim hukiem, niewielkim quadem dwie nastolatki. Może miały z 15 lat. Coś tam pokiwały głową, że jest możliwe, żeby w mieście kupić.

chile_39No to wracamy do tej wiochy, dziewczyny pokierowały nas do straży pożarnej. Nikogo nie ma. To znowu na posterunek. Wyjaśniamy, że potrzebujemy tylko 5 litrów (by dojechać do najbliższej stacji), niestety nie mają paliwa. Kurcze, ale na pewno ktoś ma w mieście – mówimy i czekamy na reakcję. Policjant podrapał się w głowę, wyciągnął książkę telefoniczną wioski, drukowane, cztery kartki A4. Dzwoni. Posterunek wygląda jakby żywcem wyciągnięty ze Stegny. Albo i jeszcze gorzej.

[sam id=”11″ codes=”true”]

W każdym razie daje nam namiar (w prawo i pierwsza w lewo), do gościa, który może nam sprzedać benzynę. Uradowani – jedziemy. Nestor to gość, który sprzedaje paliwo w Tres Lagos. To gość, który nie ma serca i za litr paliwa, zaśpiewał prawie trzy (!!!) razy więcej, niż na stacji. Na stacji po 7 peso, a on nam zaśpiewał 20 peso za litr. Nie mamy wyjścia. Mówimy mu, że to nieludzkie, płacimy 100 peso i ruszamy dalej.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!
Motovoyager
Motovoyagerhttps://motovoyager.net
Nasi czytelnicy to wybrana grupa ludzi. Motocykliści, którzy w Internecie szukają inteligentnej rozrywki, konkretnych porad lub inspiracji do wyjazdów motocyklowych. Nie jesteśmy serwisem dla każdego, zdajemy sobie z tego sprawę i… uważamy, że jest to nasz atut. Nie znajdziesz u nas artykułów nastawionych jedynie na kliki, nie wnoszących niczego merytorycznego. Nasza maksyma to: informować, radzić, bawić nie zaśmiecając głów czytelników bezsensownymi treściami.

2 KOMENTARZE

  1. To fakt, 8 miesięcy to już jest kawałek czasu i można poczuć smak przygody i wolności…
    Ale apetyt był ciągle na więcej :)
    Niestety właśnie proza życia przeszkodziła :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ