Buziaki w Argentynie
Jedziemy tam następnego ranka i zostajemy gościnnie przyjęci na następnych pięć nocy! Po drodze, przed granicą w Fray Bentos jesteśmy już cali mokrzy. Sprawnie odprawiamy nasze maszyny, które wzbudzają spore zainteresowanie. Dostajemy czasowe pozwolenie wwozu motocykli i płatnym mostem na Rio Uruguay wjeżdżamy do Argentyny. Pogoda poprawia się i po kilkunastu minutach nasze ubrania wysychają w promieniach słońca.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Wczesnym wieczorem dojeżdżamy do Tigre, na przedmieścia Buenos Aires. Alejandro jest motocyklistą i uwielbia podróże. W garażu ma coś na kształt domku dla gości i jakby klubu motocyklowego. Na ścianach mnóstwo zdjęć motocyklowych i trofeów z różnych zawodów motorowych. Poznajemy całą jego przemiłą rodzinę i czujemy się jak u siebie w domu. Przez ten okres zwiedzamy Buenos Aires. Dzielnice La Boca, cmentarz Recoletta, dzielnicę portową, dokąd przypływały statki z emigrantami z Europy. Między innymi również MS Chrobry. Wałęsamy się małymi uliczkami oraz najszersza ulicą na świecie Avenida 9 Julio.
Odwiedzamy Dom Polski. Po Buenos Aires poruszamy się jednym z naszych motocykli. Drugi stoi spokojnie w domu w garażu. Po pięciu wspaniałych dniach, żegnani przez wszystkich ruszamy dalej. Kolejnym naszym celem jest Willa Gesell. Mała miejscowość nad samym Atlantykiem, około 400 km na południowy wschód od stolicy Argentyny. Jedziemy tam na zaproszenie Gali i Ryszarda. Przeczytali artykuł w „Dzienniku Bałtyckim”, w którym jest wzmianka o naszej wyprawie i postanowili nas poznać.
Już przed samym ich domem zostajemy powitani flagą polską i gorącymi buziakami! Mogliśmy odpocząć przez kolejne trzy dni i schronić się przed ogromnymi upałami, które nawiedziły tego lata Argentynę. Budził nas co dzień szum oceanu, a wieczorem zajadaliśmy się pysznymi lodami, z których słynie Argentyna. Był to bardzo komfortowy i miły pobyt. O tym, że kolejne dni i tygodnie staną się dla nas sporym wyzwaniem, jeszcze wtedy nie mieliśmy pojęcia.
Wietrzne drogi Patagonii
30 stycznia, 52 dni po rozpoczęciu naszej podróży, żegnani przez Galę i Rysia jedziemy dalej na południe, przez Mar del Plata, słynny kurort argentyński, a następnie Miramar. Tego dnia chcemy dojechać do Tres Arroyos. W drugiej połowie dnia zrywa się bardzo silny wiatr. Walczymy z nim, aby utrzymać się na drodze. Niespełna 100 km przed celem niebo zaczynają zasłaniać granatowe chmury. Przyspieszamy trochę mając nadzieję uciec im i zdążyć rozbić się na campingu przed miasteczkiem. Ale jakieś 30 km przed celem jeden z motocykli gaśnie. Przełączam na rezerwę pewny, że silnik zaskoczy. Niestety pomimo wielu prób nie udaje się to. Chmury robią się już atramentowe, a horyzont rozświetlają błyskawice. Z pomocą przychodzi kierowca przejeżdżającego auta. Proponuje, że pociągnie mnie do stacji benzynowej.
Kiedy tam docieramy spadają pierwsze krople deszczu. Tankujemy oba motocykle, ale niestety nic to nie pomaga. Silnik w dalszym ciągu milczy. Stoimy pod zadaszeniem stacji, a z nieba leje się ściana wody. Robiło się ciemno pomimo, że jest wczesne popołudnie. Stoimy tak mokrzy, bo niewielki daszek nie osłania nas zbyt dobrze i myślimy co robić. Kiedy ja zajmuję się próbami uruchomienia silnika moja żona rozmawia z kobietą tankującą Hiluxa. Pytają czy może mogą jakoś pomóc.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Mówimy, że chcemy przeczekać burzę i potem będziemy szukać noclegu i może warsztatu. Kobieta zamienia kilka słów z mężem i proponuje, że zaholują nas do siebie do domu, a tam w spokoju będziemy mogli spróbować usunąć awarię. Tym sposobem poznajemy rodzinę Laury: jej męża i córki. Spędzamy tu kolejne dwa dni. Motocykl oddajemy do warsztatu. Okazuje się, że brudne paliwo zatkało filtr w gaźniku i to jest przyczyna naszych kłopotów. Spędzamy rewelacyjny dzień z Berenice, córką Laury. Jedziemy na rancho, gdzie mają udojnię krów oraz fabryczkę serów i jogurtu. Poznajemy babcię Berenice, która przyjechała do Argentyny po wojnie i mieszka w tym samym domu od początku emigracji.
Drugiego dnia jedziemy do letniskowego domku naszych gospodarzy, gdzie mamy okazję zjeść przepyszne asado wraz z przyjaciółmi rodziny Laury. Zwiedzamy też najbliższą okolicę i poznajemy Alejandro Trybuchowicza. Jego ojciec wyemigrował z Polski po II wojnie światowej. Alejandro nie mówi za dużo po polsku, ale ma ogromne polskie godło w sklepiku. Niesamowite spotkanie.
Rano ze sprawnymi motorami, żegnani przez nowych przyjaciół ruszamy w dalszą drogę. Przez kolejne kilka dni jedziemy drogą numer 3. Główną trasą północ–południe w Argentynie. Krajobraz robi się monotonny.
Dookoła płasko, czasem tylko droga prowadzi małymi wzniesieniami. Czasami wiatr dosłownie spycha nas z jezdni. Dobrze, że wieje z lewej strony, nie musimy się obawiać, że nas zepchnie na jadące z naprzeciwka auta. Trochę się spieszymy na tym odcinku naszej wyprawy. Nie żebyśmy nie mieli czasu, chodzi nam o to, aby zdążyć dojechać do Ushuaia przed zbliżającą się tam zimą. Na kolejny nocleg zatrzymujemy się w Rio Colorado, nad samą rzeką. Rano stoimy w kolejce po paliwo na stacji YPF.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Jak się okazało później jeszcze wielokrotnie przyszło nam czekać w takich kolejkach. Jest szczyt sezonu i dosyć duży ruch na nielicznych stacjach na tej drodze. Druga przyczyna to niezbyt duże zbiorniki paliwa w naszych motocyklach – tylko 17,5 litra. Zmusza nas to do tankowania na każdej napotkanej stacji pod korek, mimo że mamy również dodatkowe kanistry na wszelki wypadek. Kolejne noclegi mamy w San Antonio Oeste i Puerto Madryn. W tym ostatnim spędzamy dwie noce na campingu. Trochę odpoczywamy i robimy mały przegląd motocykli. Żaden camping w Argentynie nie może funkcjonować bez parilli, takiego rodzaju grilla. Są wymurowane i stoją właściwie przy każdym stanowisku na namiot. Tak więc zajadając się argentyńską, pyszną wołowiną spostrzegamy znajome auto. To nasi współpasażerowie z rejsu przez Atlantyk, Jens i Livia. Witamy się serdecznie i długo rozmawiamy.


Nieźle… 8 miesięcy to juz coś, nie trzeba się spieszyć mozna wszystko zobaczyć tylko co z pracą
To fakt, 8 miesięcy to już jest kawałek czasu i można poczuć smak przygody i wolności…
Ale apetyt był ciągle na więcej :)
Niestety właśnie proza życia przeszkodziła :)