NajnowszeAmeryka Południowa. Szutrami przez wiatr na koniec świata

Ameryka Południowa. Szutrami przez wiatr na koniec świata

-

Pingwiny z Punta Tombo

Kolejny dzień to następne kilkaset kilometrów dalej na południe. Zwiedzamy na szybko Tralew, a następnie kilkanaście kilometrów dalej w Playa Union zostajemy na noc. W sporym wietrze rozbijamy namiot, robimy małe zakupy w pobliskim sklepiku i gotujemy gulasz. Zazwyczaj sami gotujemy coś na naszej ponad czterdziestoletniej kuchence benzynowej. Czasem budzi ona spore zainteresowanie na campingach. Nazajutrz wcześnie rano ruszamy do Punta Tombo, zobaczyć dużą kolonię pingwinów. Tego dnia droga jest prawie wyłącznie szutrowa. Pierwsze 130 km przejeżdżamy nie napotykając nikogo na drodze. Na miejscu płacimy za wstęp po 50 peso i po 30. minutach przechadzamy się pośród setek, jeśli nie tysięcy pingwinów Magellana. Są wszędzie, mają wykopane gniazda pod krzaczkami, albo przechadzają się dumnie.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Przyglądamy się im dłuższą chwilę. Na nocleg postanawiamy jechać do Camarones, małego miasteczka nad samym oceanem. Kolejne 150 km przez bezdroża. Tym razem spotykamy dwa mijające nas auta. To niesamowite uczucie być samemu na takim ogromnym obszarze. Jedziemy po szutrze, może nie najgorszym, ale spore kamienie często leżące na drodze wymagają koncentracji. Dodatkowo kolejny dzień wzmagającego się wiatru nie ułatwia nam jazdy. Dziś nocleg mamy z widokiem na ocean. Zaledwie 50 metrów od brzegu.

argen_65A nad ranem dodatkowe emocje. O czwartej rano budzi nas porywisty wiatr. Namiot smagany jego uderzeniami ugina się nad naszymi głowami i mamy wrażenie, że zaraz odleci razem z nami… Wychylam się i sprawdzam czy śledzie i kamienie mocujące namiot się jeszcze trzymają. Motocykle na szczęście ustawione przodem do wiatru też jeszcze stoją. Przez kolejne trzy godziny wichura towarzyszy nam nie dając pospać. Z nastaniem świtu wiatr trochę odpuszcza. Na tyle, aby podjąć decyzję, że jedziemy dalej.

Ruta tres, czyli dalej na południe

Jest początek lutego, a to w Patagonii dobry czas na podróżowanie, szczególnie na motocyklach. Jeśli się ma szczęście to można nawet uniknąć słynnego patagońskiego wiatru. My tego szczęścia jednak za wiele nie zaznajemy. Podczas przejazdu do Ushuaia wieje dużo i mocno. Bywają też okresy względnego spokoju, ale one są niestety w mniejszości. Mamy za to szczęście do opadów. Ani razu w tym czasie nie moczy nas deszcz. Kiedy ruszamy z Camarones, małego sennego miasteczka nad oceanem Atlantyckim, naszym celem jest względnie szybko dotrzeć na sam koniec drogi numer 3 w Argentynie. Zajmuje nam to dziewięć dni.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Po drodze staramy się zobaczyć wszystkie interesujące miejsca jakie się da. Pierwszym z nich jest Park Skamieniałych Drzew. Aby tam dojechać zbaczamy z głównej drogi. Około 70 kilometrów szutrowego szlaku pośród bezdroży prowadzi nas do tablicy informacyjnej parku, a następne kilkanaście kilometrów dalej do właściwego miejsca. Na sporej przestrzeni leżą ogromne skamieniałe drzewa. Erozja cały czas postępuje i zmienia tutejsze otoczenie. Zatrzymujemy się na pobliskim campingu na noc. Jesteśmy na nim sami, okolica jak z horrorów. Zdezelowane wraki furgonetek, klekocący wiatrak do pompowania wody i staruszek w budce pilnujący całego dobytku. Zapada zmrok, a my idziemy spać mając nadzieję na pobudkę rano…

Żyjemy, nic nas w nocy nie zjada i nie gania z siekierą. Pogoda ciągle dopisuje, pomimo wiejącego silnie wiatru, ale do tego już jesteśmy przyzwyczajeni. W tej części Argentyny cały czas musimy pamiętać o naszym małym zasięgu na jednym zbiorniku paliwa. Patagonia jest pustkowiem i to ogromnym. Przy każdym tankowaniu uzupełniamy też trzy kanistry z paliwem. Bez nich daleko byśmy nie ujechali. Przejeżdżamy przez Puerto San Julian, zwiedzając szybko nabrzeże i okolicę. W sezonie można tu obejrzeć wieloryby i pingwiny.

ar_36Wykorzystujemy chwilowe osłabnięcie wiatru i jedziemy do następnego miasteczka Piedra Buena gdzie zostajemy na noc. Dziś po raz pierwszy od wyruszenia z Montevideo decydujemy się na hotel. Znajdujemy fajne miejsce ze śniadaniem, a na dodatek właściciel pozwala nam postawić motocykle w swoim garażu. Decyzja o pozostaniu na noc w hotelu jest strzałem w dziesiątkę, wreszcie możemy się wyspać w normalnych łóżkach. Rano przy śniadaniu spotykamy dwóch Hiszpanów na BMW R1200GS. Jadą z Ushuaia do Santiago de Chile. Wymieniamy się cennymi informacjami dotyczącymi trasy. Na swoją podróż mają „tylko” pięć tygodni. W takich momentach uświadamiamy sobie jak fajnie jest móc długo podróżować!

Odcinek pomiędzy naszym noclegiem, a Rio Gallegos to około 260 km. Na tej przestrzeni widzimy tylko jedną opuszczoną i zamkniętą na cztery spusty restaurację. Zapytani przez nas kierowcy potwierdzają, że stacji z paliwem brak. A najbliższa jest w Rio Gallegos. Dziś częściej niż w ostatnich dniach widzimy na poboczach stadka guanako. Czasem stoją na środku drogi, a kiedy się zbliżamy uciekają w pampę.

Hotel Covadonga ma już 85 lat, jest parterowym budynkiem mającym chyba 18 pokoi. Na ścianach recepcji wiszą zdjęcia z początków jego historii. Fajny klimat lat, chyba 40 – 50. Rio Gallegos leży 2636 km od Buenos Aires. To największe miasto w prowincji Santa Cruz ma 98 tysięcy mieszkańców. Po spędzeniu dwóch dni w tym spokojnym mieście ruszamy dalej na południe. Ruszamy to za dużo powiedziane. Chcemy ruszyć, ale kłopoty z motocyklami zaczynają się już od rana. Po zapakowaniu wszystkich sakw i worków odkręcam kraniki z paliwem przy zbiornikach. Zanim zdążamy ruszyć pod motocyklem pojawiają się krople benzyny.

argen_91Nie jest dobrze, mamy jakiś problem z gaźnikiem i najprawdopodobniej z pływakiem zamykającym dopływ paliwa ze zbiornika. Pogoda jest jednak zbyt dobra, aby tracić czas na naprawę teraz. Robimy jazdę próbną i po stwierdzeniu, że w czasie jazdy wycieku paliwa nie ma, podejmujemy decyzję, że ruszamy dalej. Zajmiemy się tym później. Kilkanaście kilometrów za miastem widzimy korek samochodów. Okazuje się, że trwa blokada drogi z powodu protestów miejscowej ludności.

Wolno podjeżdżamy do przodu i z uśmiechem zostajemy przepuszczeni na drugą stronę blokady. To jest jednak przewaga motocykla nad samochodem w takich sytuacjach. Mijamy tablicę informacyjną, do Ushuaia pozostało 546 km. Godzinę później dojeżdżamy do granicy z Chile. Część Ziemi Ognistej należy do tego kraju i aby dostać się do najdalej na Ziemi położonego miasta trzeba przejechać kawałek Chile. Odprawę robimy w miarę sprawnie, oddajemy czasowe pozwolenia wjazdu motocyklami do Argentyny, a dostajemy nowe chilijskie. Cała procedura nie trwa więcej niż 40 minut.

[sam id=”11″ codes=”true”]

Odrobinę stresu przynosi nam kontrola SAG. To służby sanitarne, które sprawdzają czy nie przewozi się produktów roślinnych. Różne warzywa, owoce, olej itp. są objęte zakazem wwozu.
Dziś mamy urozmaicony dzień. Po przejechaniu około 50 km dojeżdżamy do Punta Delgada, a kawałek dalej do promu przez cieśninę Magellana. Mamy szczęście, bo prom stoi i wjeżdżamy na niego właściwie z marszu. Płacimy po 90 peso od motocykla i po 20 minutach wjeżdżamy na Tierra del Fuego.

Ziemia Ognista jest dziś dla nas łaskawa, mamy piękną pogodę i około 18 stopni. Jedziemy jeszcze ze 20 km asfaltem, tankujemy bardzo drogie chilijskie paliwo, a potem, już szutrową drogą, zagłębiamy się w tej pięknej krainie. Widoki są niesamowite, niebo intensywnie błękitne, a pastwiska zielone. Napawając się tym widokiem dojeżdżamy ponownie do granicy argentyńskiej. Ponownie przechodzimy procedurę ze zmianą papierów i tankujemy znacznie tańsze paliwo po drugiej stronie granicy.

arge_43Mamy na dziś ochotę już skończyć jazdę, ale w Rio Grande jesteśmy umówieni na nocleg u coucha, więc siadamy na moto i jedziemy kolejne 80 km. Może to zmęczenie dzisiejszym dniem, albo coś innego daje nam dziś w kość, bo na ostatnim zakręcie mojej żonie ucieka koło na kamykach leżących na ziemi i motor kładzie się w efektownym obrocie. Całe szczęście moja piękniejsza połowa w porę uskakuje, a gmol przejmuje większość uderzenia. Nic poważnego się nie dzieje i wszyscy są cali. Straty to tylko kilka siniaków i popękana szyba od motocykla. Będziemy myśleć o szkodach potem, a teraz pukamy do domu Gerardo. Czas na odpoczynek po intensywnym dniu.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!
Motovoyager
Motovoyagerhttps://motovoyager.net
Nasi czytelnicy to wybrana grupa ludzi. Motocykliści, którzy w Internecie szukają inteligentnej rozrywki, konkretnych porad lub inspiracji do wyjazdów motocyklowych. Nie jesteśmy serwisem dla każdego, zdajemy sobie z tego sprawę i… uważamy, że jest to nasz atut. Nie znajdziesz u nas artykułów nastawionych jedynie na kliki, nie wnoszących niczego merytorycznego. Nasza maksyma to: informować, radzić, bawić nie zaśmiecając głów czytelników bezsensownymi treściami.

2 KOMENTARZE

  1. To fakt, 8 miesięcy to już jest kawałek czasu i można poczuć smak przygody i wolności…
    Ale apetyt był ciągle na więcej :)
    Niestety właśnie proza życia przeszkodziła :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ