Paweł przedstawia mi swój ukryty plan: Kosowo. Zamieram na chwilę bijąc się z myślami o wojskach ONZ, krwawych potyczkach z Serbią i innych stereotypach, którymi karmią nas media. Ciekawość jednak zwycięża i kierując się zasadą z filmu „Yes man” mówię OK, jedziemy.
Albania od zaplecza

Nasz pierwszy przystanek to Gjirokaster, konkretnie przepiękna zabytkowa starówka, rzecz unikalna dla Albanii. Niestety, jak to w tym kraju, Gjirokaster także jest w permanentnym remoncie. Większość uroczej zabudowy wstydliwie ukryto pod rusztowaniami i plandekami. Wyraźnie czuję jednak osobliwą, żywą atmosferę tego miejsca. Rodzaj niemal nieuchwytnego wahania, ulotnego zawieszenia między szczerą gościnnością a turystycznym zblazowaniem.
Opuszczamy tę przedziwną, lecz niezwykle piękną starówkę zjeżdżając koszmarnie stromą drogą wykonaną z bazaltowej kostki. Nie chciałbym wjeżdżać tędy podczas deszczu.

Kierujemy się na północ, na drogę SH75. Tutaj zaczyna się prawdziwa Albania. Rozsiane z rzadka maleńkie wsie sprawiają wrażenie wymarłych, przytłoczonych potężną, rozbuchaną przyrodą. Nawierzchnia, w odróżnieniu od perfekcyjnie gładkich asfaltów zachodniej części kraju, dosłownie błaga o remont. Zaczynam żałować, że nie zatankowałem w Gjirokastrze, podejrzewam, że przez najbliższe 200 kilometrów nie spotkamy żadnej stacji paliw.
Łagodny przebieg drogi położonej wśród rosnących coraz wyżej gór wynagradza nam trochę niedostatki komfortu. Obserwujemy wolno płynące życie, ogromne puste przestrzenie i tylko czasem potworne wyboje sprowadzają nas na ziemię i zmuszają do mocniejszego chwycenia za kierownice.

Gdy mijamy Permet droga zaczyna wspinać się po zboczu doliny. Choć trudno to sobie wyobrazić, coraz gorzej zaczyna wyglądać też asfalt – nawierzchnia rozłazi się, a ogromne połacie naprędce łatanych dziur sprawiają, że motocykle podskakują jak piłeczki.
Prawdziwy drogowy armagedon ma jednak dopiero nadejść. Na razie cudowne, nieskalane cywilizacją widoki rekompensują nam kilometry wariackiego podskakiwania. Ja dodatkowo stresuję się stelażem kufra, który rozkręca się na tych wertepach z niebywałą sprawnością.
Gdzieś w okolicach Carshove orientuję się, że od jakichś 40 kilometrów jadę na rezerwie. Mój bak pozwala mi zwykle na 60 km, więc jeśli zaraz nie znajdę paliwa, to będzie słabo.
– 100 kilometers! – woła jakiś miły chłopiec. – 100 kilometers, Korcza. Gud benzin. Benzin Leskovik no gud, łoter! – ostrzega chłopak, a ja w jego słowach dostrzegam promyk nadziei. Do Leskovik mam stąd 20 kilometrów, przy odrobinie szczęścia może się udać. Chrzanić już tę wodę, mój motocykl wszystko przepali.

Z duszą na ramieniu ruszam dalej. Przypominam sobie wszystkie zasady ecodrivingu, jakie pamiętam. Udaje się. W Leskovik zajeżdżamy na stację paliw, która z powodzeniem mogłaby zagrać rolę w filmie Mad Max. Śmierdzący ropą wąsaty jegomość w koszulce żonobijce napełnia mi zbiornik z szelmowskim uśmiechem odsłaniającym złoty ząb. Czuję się dziwnie. Mam nadzieję, że jego uśmiech nie oznacza tego, co myślę.
Albania motocyklem
Leskovik zapamiętam chyba do końca życia jako wrota drogowych piekieł. Odcinek drogi (krajowej!) numer SH75 to jedno z najgorszych doświadczeń, jakie przyszło mi przeżywać w trasie. Kręty niczym ścieżki grzechu szlak tylko miejscami muśnięty zmurszałym asfaltem, miota nami jak sztorm gumową kaczuszką.
Jazda przypomina walkę o każdy centymetr drogi, kiedy rozpaczliwie próbuję lawirować między dziurami i wybierać mniejsze zło – trzydziestocentymetrową wyrwę lub fragment luźnego piasku. Paweł zdaje się nie przejmować warunkami – sunie po tej nędzy na maleńkich kółeczkach z gracją obłoku na bezchmurnym niebie. Jak on to robi?

Ni stąd ni zowąd przy drodze pojawia się szyld „Bikers welcome”. Ki czort? Gdzie welcome na takiej drodze? Tego, kto postawił ten szyld należałoby wychłostać. Jestem zmęczony tymi wertepami i zły na Pawła, że wymyślił tak durną trasę.
