Riwiera zachwytów
Tuż przed Sarandą odbijamy na północ na SH8 i po kilkunastu kilometrach wita nas rozświetlona ciepłymi promieniami popołudniowego słońca tafla Adriatyku. Droga staje się coraz bardziej kręta, aż w końcu pasmo górskie zajmuje pozycję po naszej prawej stronie, lewą zostawiając bajecznie skrzącemu się morzu.
![Grecja, Albania i Kosowo czyli jak motocyklem spełniać marzenia [WYPRAWA]](https://motovoyager.net/wp-content/uploads/2017/07/Albania-Grecja-Kosowo-68.jpg)
Jedziemy wściekle zmęczeni, ale i oszołomieni tym, co rozpościera się przed oczami. Kilkadziesiąt razy rzucam w wizjer „ooo kurwaaa”, co pozwala jakoś rozładować zalewające mnie fale emocji.
Srebrna nić szosy niczym aorta oplata postrzępione strome wybrzeże transportując życiodajną siłę żądnych wrażeń turystów. Ktoś, kto zaprojektował jej przebieg, dobrze wiedział, że każdy tunel i każde odejście w głąb lądu byłoby czynem haniebnym – pozbawianie podróżujących najmniejszej sekundy widoku byłoby jak wyjęcie ryby z wody.
Wieczorne słońce otula łagodnym światłem plaże i przybrzeżne skały, niebu nadaje uroczystą purpurę, a wodę spowija ledwo widoczną mgłą tajemniczości. Ta feeria wieczornych barw przykrywa wszędobylski albański bałagan, czyni go nagle znośnym i na swój sposób nawet urokliwym.

Jadąc tędy ma się ochotę na więcej i więcej, droga wciąga i uzależnia. Zaskakuje w ten niezwykle przyjemny sposób, kiedy oszołomiony tym, czego doświadczyłeś orientujesz się, że był to dopiero przedsmak, że prawdziwa esencja przyjemności dopiero przed tobą.
Każdy zakręt dosłownie wybucha nowymi emocjami, z oddali widać już kolejne ekscytujące łuki. Sam nie wiem na co patrzeć – czy kontrolować przebieg drogi, czy chłonąć niezrównane krajobrazy. Bardzo dużo dzisiaj tych emocji – Olimp, Meteora, teraz riwiera.
Paweł upiera się, by znaleźć kemping, na którym nocował trzy lata wcześniej. Będzie ciężko – ta część Albanii bardzo dynamicznie się zmienia i łatwo pomylić miejsca. Jeździmy zaglądając we wszystkie uliczki Dhermi – na próżno. Zaczyna się ściemniać, kiedy wreszcie trafiamy w odpowiednie miejsce. Kemping Shen Nikolla usytuowany jest tuż nad morzem, w pobliżu maleńkiego kościoła Św. Mikołaja.

Umęczeni jak grubiorze po szychcie przebieramy się w pośpiechu i idziemy do polecanej przez Pawła restauracji hotelu Jolly. Zgodnie z jego zapewnieniami ma tam być świetne żarcie, niskie ceny i piękne widoki.
Faktycznie, widoki są zachwycające, ale żarcie trochę nas rozczarowuje – zarówno wysoką ceną, jak i zupełnie przeciętnym smakiem. Nad albańskim Adriatykiem liczyliśmy, że grillowane kalmary będą równie pyszne jak w Chorwacji, tymczasem smakowały jak wyjęte z puszki i rzucone na chwilę na grilla.
Postanawiam zrobić sobie dzień odpoczynku. Moja garderoba intensywnym zapachem domaga się prania, obolałe kilometrami pośladki też chętnie siadłyby dla odmiany na piasku lub trawie zamiast na motocyklowej kanapie. Muszę też naciągnąć łańcuch, dopompować opony… Paweł wolałby jechać dalej, ale ustalamy, że ja odpoczywam, a on przejedzie się po okolicy.

Następny dzień mija na niespiesznej regeneracji. Piorę co się da, potem w mocno niemotocyklowym ubraniu jadę na poszukiwania mechanika. Najbliższy jest w oddalonym o 16 km Himare, więc podczas trasy opalam nieosłonięte przedramiona na skwarki. Albańskie słońce jest bardzo skuteczne.
Mój motocykl też potrzebuje SPA, więc za kilka złotych zaspany Albańczyk doprowadza go do błysku w przydrożnej myjni. To samo robię już własnoręcznie z kaskiem, który po kilku dniach podróży pełen jest piachu i much. Tak przygotowany, z czystymi ciuchami i lśniącym motocyklem jestem gotów na kolejne przygody.
