Paweł goni jak kierownik zakładowej wycieczki, więc po krótkiej integracji z chorwackimi motocyklistami ciśniemy w stronę Bułgarii. Kawałek dalej mam zamiar zatrzymać się by obejrzeć Żelazną Bramę – zaporę wodną na przełomie Dunaju, która pełni także funkcję przejścia granicznego.

Porțile de Fier – Żelazna Brama
Przełomowy odcinek doliny Dunaju, oddzielający Karpaty i Góry Wschodnioserbskie. Stanowi granicę między Rumunią i Serbią. W rejonie tym znajduje się zapora wodna ze śluzą i hydroelektrownią. Konsekwencją powstania zapory stało się wysiedlenie z miejsca dotychczasowego zamieszkania ponad 23 tys.okolicznych mieszkańców.
Paweł nie wydaje się specjalnie zainteresowany kluczowym punktem na Dunaju, a ponieważ prowadzi, z rozpędu mijamy Żelazną Bramę i muszę tym razem obejść się smakiem. Co go tak gna do przodu? Może głodny?
Moja teoria o głodzie chyba się sprawdza, bo kilka kilometrów dalej Paweł zatrzymuje się w przydrożnej restauracji Sarbului, gdzie wśród pięknych kobiet i równie pięknych widoków pałaszujemy lokalne przysmaki. Znów zauważam, że kelnerki są ofochane albo po prostu nie lubią ludzi. Ciekawostka.

Najedzeni pakujemy się na motocykle i próbujemy jechać dalej. Balansowanie z pełnym brzuchem na jednośladzie przypomina trochę spacer po linie z lodówką, ale nie poddajemy się. Jakoś to będzie.
Przekraczamy granicę mijając gigantyczny korek ciężarówek. Tuż za Dimovem odbijamy w prawo na Bełogradczik i doznajemy czegoś w rodzaju oświecenia. Zachodzące słońce maluje wyrastające po obu stronach drogi skały na złoto, a wspinająca się droga odkrywa upajające krajobrazy. Całość wygląda tak bajkowo, jak tylko można sobie wyobrazić. Przystajemy co chwilę by pstryknąć kilka zdjęć. Przepiękna droga, jedna z wielu takich na naszej trasie, ale jednak unikalna.
W Bełogradcziku planujemy zatrzymać się na noc. Jak zwykle nic nie zarezerwowaliśmy, ale jesteśmy pewni, że coś się znajdzie. Zawsze coś się znajduje. Niestety – po dwóch godzinach krążenia po miasteczku, wypytywania, sprawdzania i pukania do drzwi zdajemy sobie sprawę, że jedyne, na co możemy liczyć tej nocy to o wiele za drogi hotel Skalite.

Z wielkim żalem oddajemy 67 euro pięknej pani Silvanie mając nadzieję, że taka wtopa już nam się nie zdarzy. Na pocieszenie idziemy do pobliskiej knajpy, gdzie wbijamy się na jakieś imieniny. Pałaszujemy po szopskiej sałatce, popijamy piwem i planujemy dzień następny.
Rano nieco rozczarowani nędznym śniadaniem, składającym się z podanych na zimno smażonych kiełbasek i zimnej jajecznicy (za taką cenę!) pakujemy się i wjeżdżamy na wzgórze, by z bliska przyjrzeć się twierdzy Kaleto. Bilet kosztuje 12 złotych – niemało, ale warto wydać tę sumę, by obejrzeć jedną z najlepiej zachowanych twierdz w Bułgarii.

Pstrykamy kilka zdjęć tego niezwykłego miejsca i ruszamy dalej. To jedyny poranek podczas całej podróży, kiedy wkładamy przeciwdeszczówki. Chmury nad Bełogradskimi Skałami nie wróżą nic dobrego, choć, jak później się okaże, spadnie tylko kilka kropel deszczu. Droga, początkowo interesująca, uspokaja się i wlecze jak film azerskiego kina niezależnego. W Sofii zdejmujemy gumy i wbijamy się na krótki odcinek autostrady. Mamy w planie dotrzeć dziś na greckie wybrzeże, a przeciskanie się przez podsofijskie wiochy nam nie w smak.
