Mimo pochmurnej pogody na Transalpinie panuje całkiem spory ruch. Liczne samochody wypchane dzieciakami i sprzętem turystycznym suną niespiesznie taksując widoki, od których miękną kolana. Ten spokojny ruch pozwala na nieco szaleństwa – wyprzedzamy, gdzie tylko się da, lekceważąc ciągłe linie, zakręty i zwężenia. Szaleństwo? Może, ale ta droga ma jakiś trudny do wytłumaczenia rytm – w którym samochody są jak sekcja dęta, rowerzyści nadają subtelne tło, a nasza motocyklowa grupa jest jak linia perkusji w wykonaniu szalonego bębniarza.
Czasem brzmienie orkiestry rozprasza mocny akcent w postaci niewielkiego stada owiec albo krowy, która ni stąd ni zowąd pojawia się na drodze. To wszystko nie ujmuje jednak dynamiki naszemu rytmicznemu dziełu – niczym nuty na pięciolinii wspinamy się arpeggiami po krętych serpentynach Transalpiny. Ta wkrótce uspokaja się – szalone agrafki ustępują miejsca długim łukom biegnącym górnymi partiami szczytów. Nasze presto zmienia się w moderato, a świeże wrażenia z szalonych podjazdów tworzą ze spokojną górną częścią drogi swoisty kontrapunkt. Tak właśnie brzmi szczęście.

Krótki postój na przełęczy Urdele uświadamia nam w jak cudownym miejscu się znaleźliśmy. Wilgotnoszara aura wydobywa ze skalnych zboczy nieskończenie wiele odcieni zieleni, które w mdłym, skrytym chmurami świetle kontrastują z szarością skał w zaskakująco żywy sposób. Boże, jak tu pięknie!
Zjazd z Transalpiny w stronę Sibiu wymaga więcej uwagi – jezdnia robi się mokra, a droga zaczyna przypominać eksperymentalny szlak przez dżunglę. Niewiele zabudowań i mnogość zakrętów dają wyobraźni spore pole do popisu. Zatrzymujemy się w jakiejś knajpie by dać odpocząć rozbuchanym emocjom. To było prawdziwe przeżycie.
Meta u Drakuli
Następnego dnia decyduję się dołączyć do naszego przewodnika, Adiego w drodze do Sighisoary. Poza mną, podobną decyzję podejmuje większość ekipy – nikt nie chce zmarnować dnia odpoczynku na siedzenie w hotelu. Znów jedziemy pięknymi bocznymi drogami, podziwiając sielskie krajobrazy Rumunii. To zdumiewające, jak wiele różnych obliczy ma ten kraj – można relaksować się spokojną jazdą wśród pól i łąk, można też dać upust swoim emocjom i ostro poszaleć na innej drodze. Coś pięknego.

Sighishoara okazuje się fantastycznym, barwnym miastem. To miejsce narodzin najsławniejszego bodaj władcy Rumunii – Vlada Tepesa, zwanego Drakulą. Jego legenda przyciąga tłumy turystów – nastrojowe centrum miasta dosłownie bulgocze nieprzebranym tłumem wielokolorowej ciżby płynącym z każdej uliczki. Zwiedzanie w takich warunkach wymaga sporo samozaparcia tym bardziej, że chodzę w motocyklowych butach i portkach.
Sighisoara
Miejsce narodzin Vlada Tepesa (Vlada Palovnika, Drakuli). Leży nad rzeką Tarnava Mare w Siedmiogrodzie (Transylwanii). Jest to jeden z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów miejskich w Europie Środkowo-Wschodniej.
Wsuwamy niezły lunch i nacieszeni niezwykłym klimatem Sighisoary wracamy do naszego hotelu w Sibiu. Jutrzejszy dzień kusi nas kolejną atrakcją – Drogą Transfogaraską.
