Pierwsza zagraniczna wyprawa motocyklem rzadko jest tylko podróżą. Zaczyna się niewinnie: od opowieści, map, filmów i nazw dróg, które przez lata brzmią jak obietnica. A potem przychodzi moment, gdy naprawdę przekracza się granicę — nie tylko państwa, ale też własnego sposobu myślenia o jeździe, świecie i sobie samym.
Tekst i zdjęcia: Michał Gessler
Prolog
To chyba zawsze się zaczyna w podobny sposób. Najpierw są opowieści. Ktoś przy ognisku, ktoś podczas luźniej pogawędki, ktoś na zlocie — zaczyna mówić o Rumunii i nagle wszyscy milkną i zaczynają słuchać. Potem są filmy na „JuTjubie” oglądane wieczorami, gdy motocykl stoi jeszcze w garażu, a deszcz uderza w okna.
Szukasz akcesoriów motocyklowych? Jeśli tak, to polecamy sklep naszych przyjaciół z Motormind. Klikając w poniższy link i dokonując przez niego zakupów dokładacie cegiełkę do rozwoju i utrzymania naszego portalu. Dziękujemy!
Odzież i akcesoria motocyklowe – MotorMind
Kolejny etap: palec sunie po atlasie, być może nawet tym samym o którym pisałem ostatnio — Słowacja, Węgry, Rumunia — i zatrzymuje się na dwóch numerach dróg DN7C oraz 67C powszechnie bardziej znanych jako (odpowiednio) Transfogaraska. Transalpina. A potem przychodzi pierwsze planowanie trasy: noclegi, odległości, paliwo, granice. I to jest pierwsze przekroczenie — granicy między oglądaniem a robieniem, między tym, co inni widzieli, a tym, co dopiero będzie się widzieć samemu.
Atlas drogowy – przyjaciel na lata [Słowo na niedzielę, felieton, mapa]
Rubikon został przekroczony
Sierpień 2024. Trasa: przez Słowację, Węgry, do Rumunii. W teorii — kilka dni i kilka tysięcy kilometrów. W praktyce — moment, w którym życie dzieli się na „przedtem" i „potem".
Granicy polsko-słowackiej w ogóle nie ma. Żadnej tablicy, szlabanu, żadnego momentu, który dałoby się sfotografować. Dopiero po kilkuset metrach koła zaczynają mówić do jeźdźca alfabetem Morse’a — asfalt staje się inny, gorszy, bardziej połatany. Taki jak w Polsce, w latach 90. Pierwsza w życiu granica przekroczona na własnych kołach, z własnej decyzji, bez pilota i bez biletu lotniczego — zdradzona przez nawierzchnię, nie przez znak. Świat zachowuje się tak, jakby nic się nie stało. Drzewa są te same. Niebo jest to samo. Tylko zawieszenie pracuje inaczej. Nieco prosząc już o litość.

Druga granica — słowacko-węgierska — to już rutyna. Trzecia — węgiersko-rumuńska — zaczyna coś znaczyć. W Rumunii zmienia się wszystko na raz: wygląd ulic, zapach paliwa na stacjach (nie, z tym to mnie jednak trochę poniosło), sposób, w jaki kierowcy puszek patrzą na motocyklistę. Człowiek czuje się obco i jednocześnie u siebie. Kask jest paszportem, który nie wymaga stempli.
A potem są już tylko te dwie drogi
Najpierw Transfogaraska. Słynniejsza, bardziej oblegana, ale od tego nie mniej prawdziwa. Tunele kute w skale, jezioro Bâlea i zawieszone wysoko zimne powietrze. Nawet w sierpniu. Zatrzymuję się na szczycie i nie potrafię powiedzieć słowa. Bo nie ma takiego słowa w języku polskim które w pełni zdefiniowałoby to co czuje człowiek skonfrontowany z tymi widokami.
Po dłuższej przerwie ogień na Transalpinę. Najwyższa szosa w Rumunii, prowadzona grzbietem gór, tak wąska, że na niektórych zakrętach widać dwa horyzonty jednocześnie — ten przed sobą i ten za sobą, rozdzielone tylko pasem trawy. Jedzie się wolno, bo szybko nie da się, bo się nie chce, bo każdy kilometr jest tu kilometrem ostatecznym — albo się go przejedzie tak, albo nie. Asfalt rozwija się jak wstęga, którą ktoś rzucił z lotu ptaka i zapomniał poprawić. I to jest absolutnie fenomenalne. Bo poza widokami jazda taką droga stanowi jedyne w swoim rodzaju doświadczenie.
Dr Jekyll i Mr Hyde
Wraca się inną drogą niż się jechało. Nie w sensie geograficznym — w sensie tej drugiej, niewidocznej drogi, która prowadzi w głąb siebie samego. Bo to jest druga, niezaplanowana granica tej wyprawy. Granica między tym, kim się było przed wyjazdem — motocyklistą weekendowym, znawcą „wkołokominowych” serpentyn, kolekcjonerem tras
w promieniu trzystu może pięciuset kilometrów od domu — a kimś, kto już wie, że świat jest mapą bez krawędzi.

Mija się te same granice, ale w odwrotnej kolejności i z innym ciężarem na ramionach. Nie wraca się ani takim samym motocyklistą ani takim samym człowiekiem, jakim się wyjechało. Coś się przesuwa, coś dojrzewa, coś znajduje swoje miejsce. Pasja, która jeszcze przed sierpniem 2024 była sposobem na spędzanie wolnych weekendów, staje się formą obecności w świecie. Jeździ się nie po to, żeby gdzieś dojechać — jeździ się, żeby istnieć w określony sposób.
Epilog
I to jest być może najtrudniejsza rzecz do wytłumaczenia tym, którzy nie jeżdżą. Że pierwsza dłuższa wyprawa zagraniczna nie jest wakacjami. Jest progiem. Po jednej stronie zostaje człowiek, który motocykl miał. Po drugiej stoi człowiek, którym motocyklistą zaczął być.

Później, po powrocie, długo jeszcze szuka się tego, co się stamtąd przywiozło. Nie zdjęć — tych jest czasami aż za dużo. Nie blizn na bagażniku ani śladów owadów na owiewce. Czegoś innego, czego nie da się rozpakować z rolki albo z sakw. Może tej cichej wiedzy, że istnieje gdzieś przełęcz, na której się stało i milczało, i że ta przełęcz nigdy już z człowieka nie zniknie. Że można wrócić do swojego miasta, do swojej pracy, do swojego garażu — i nosić w sobie cudzy horyzont jak drugie serce. Bo każda przekroczona granica zostawia w człowieku odrobinę tamtej strony. A im dalej się jedzie, tym mniej zostaje w środku miejsca na to, co kiedyś wydawało się całym światem.
Rumunia. Droga nr 18 – powitalny makaron [trasy motocyklowe, GPX do pobrania]
