_SLIDERBest of Romania. Kultowe drogi, pyszne wino i motocyklowe kufry pełne szczęścia...

Best of Romania. Kultowe drogi, pyszne wino i motocyklowe kufry pełne szczęścia [RELACJE]

-

Poranek zapowiada idealną dla motocyklowej podróży pogodę. Jest ciepło, ale nie upalnie, niebo niemal bezchmurne, tylko na horyzoncie widać kilka obłoków zawieszonych niczym weselne ozdoby nad pasmem Transfogaraskim. Z szerokimi uśmiechami pakujemy się na motocykle i ruszamy na spotkanie tej ikony motocyklowych tras.

Nasz przewodnik zapowiada, że droga jest bardzo zniszczona, że trzeba uważać na frezy, na których koło sprawia wrażenie, jakby tańczyło. Obawiamy się także sporego ruchu turystycznego – Transfogaraska jest jedną z największych atrakcji Rumunii. Na miejscu okazuje się jednak, że nie jest tak źle – turystów jest sporo, ale na drodze nie ma tłoku – dobrze to wróży oczekiwanej frajdzie.

Wielka improwizacja

Rumunia Raf (32)
Historia Szosy Transfogaraskiej budzi grozę

Transfogaraska… Droga okupiona śmiercią wielu żołnierzy – budowniczych tej trasy. Chore pomysły komunistycznego dyktatora, półanalfabety Nicolae Ceaucescu doprowadziły do całkowitego i nieodwracalnego zniszczenia pierwotnego kształtu tej części pasma górskiego. Tysiące ton dynamitu bezpowrotnie zamieniły naturalny krajobraz w skalne rumowisko, grzebiąc nie tylko ekosystem, ale także dziesiątki istnień ludzkich. Przerażające.

Uczciwie trzeba jednak przyznać, że szaleńczy przebieg drogi robi kolosalne wrażenie. Podjazd to przedziwna kombinacja niezliczonych zakrętów, prostych i wzniesień, które nie tworzą żadnego rytmu. Jazda Transfogaraską jest jak udział w eksperymentalnym wykonaniu improwizowanego utworu jazzowego. Na początku próbuję złapać jakąś powtarzalność, jakiś schemat, ale gubię się po piątym zakręcie. Potem odpuszczam i po prostu rzucam się w odmęty asfaltowych zawijasów, obserwując jak z każdym kolejnym nawrotem w moim mózgu gromadzą się kolejne pokłady endorfin.

Najsławniejszy widok na Drogę Transfogaraską
Najsławniejszy widok na Drogę Transfogaraską

Nagle doznaję olśnienia – w tej drodze nie chodzi o rytm – celem jej twórców nie było harmonijne wkomponowanie inżynierii w naturę. Tutaj muszę improwizować, szukając własnej idei w tym, co dostaję. Podążam zatem za linią drogi jak za tematem utworu, tworząc ją na swój sposób i stając się jej częścią. To zupełnie inne przeżycie niż doświadczane na Transalpinie. Ani lepsze, ani gorsze – trochę więcej w nim grozy, może tajemnicy.

Przejazd tunelem na szczycie drogi zmienia nieco charakter tej podróży. Strona południowa wydaje się bardziej uspokojona, przyjaźniejsza. Także i tutaj nie brakuje zakrętów i zaskakujących fragmentów drogi, ale nie wydają się one już tak szalone. Może to przez popołudniowe światło? Trudno powiedzieć.

Zjeżdżamy kilometr za kilometrem, a droga powoli zaczyna wrzynać się w las. Surowe skały żegnają się z nami zimnym powietrzem, oddając nas w miękkie objęcia kojącego leśnego zapachu. Droga wije się wśród drzew odsłaniając coraz większe fragmenty jeziora Vidraru. Zbliżamy się do tamy o tej samej nazwie – niedaleko stąd, w hotelu Valea cu Pesti czeka na nas nocleg.

To się nazywa widok z okna!
To się nazywa widok z okna!

Następnego dnia ponownie pokonujemy Transfogaraską – znów w towarzystwie wspaniałej pogody, która będzie towarzyszyć nam już do końca wyprawy. Zaskakujące jak inny jest przebieg drogi, gdy pokonuje się ją w przeciwnym kierunku. Mam nieodparte wrażenie, że jadę całkiem inną trasą – może trochę podobną do Transfogaraskiej, ale jednak odmienną. I znów zalewają mnie fale endorfin, a bezładny przebieg drogi wymusza skupienie. Lubię takie doznania – wymagające uwagi, nieco nieprzewidywalne, rozwijające.

W tym całym uniesieniu ponownie zwracam uwagę na Lennarta – ten, na swoim BMW R1200RS śmiga po zakrętach niczym wiatr, dodatkowo wioząc pasażerkę. Tutaj nikt nie jest w stanie go dogonić – patrzę z podziwem aż znika mi z oczu; nabieram coraz więcej szacunku dla doświadczenia i techniki tego starszego pana. Po prostu mistrz!

Południowa część Transfogaraskiej jest zdecydowanie spokojniejsza
Południowa część Transfogaraskiej jest zdecydowanie spokojniejsza

Transfogaraska powoli mija, a ja otrząsam się z przyjemnego skupionego letargu. Słońce dogrzewa, a my głównymi drogami powoli toczymy się w stronę Bran, gdzie chcemy odwiedzić zamek Vlada Tepesa – Drakuli. Miasteczko okazuje się prawdziwym turystycznym tyglem, przywodzącym na myśl nasze Zakopane. Gęsta, kolorowa ciżba zalewa każdy skrawek wolnego miejsca, wpływa między stragany i do restauracji niczym lawa pośród mury Pompejów.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ