Motocyklom – niet!
Rano standardowo – pobudka, składanie namiotu, pakowanie klamotów i na koń. Środowy poranek na drodze jest wspaniały, pusto i słonecznie. Pędząc do Koszalina na śniadanie w Macu delektujemy się urlopem, totalną wolnością od mijającego czasu, pracy i obowiązków. Fastfood i naładowanie komórek u Donalda i dalej w drogę do Gąsek. Tam na uboczu, 112 metrów od morskiego brzegu stoi urocza latarnia otoczona ładnie zagospodarowanym terenem z domem latarnika włącznie. Znowu pssstryk i dalej przed siebie aż do Kołobrzegu.
Mimo, że to duże miasto turystyczne ze wszystkimi negatywnymi skutkami tego faktu musimy do niego wjechać, aby zaliczyć następną z latarni – jedną z bardziej znanych Polakom z widokówek i książek historii.
W Kołobrzegu następuje pierwszy i jedyny podczas naszej podróży zgrzyt pomiędzy mną a Agnieszką. Jadąc do latarni natrafiamy na znak zabraniający wjazdu, o dziwo – motocyklom. Z reguły spotyka się całkowity zakaz wjazdu albo ruchu, ale samych motocykli? Nie pamiętam abym widział. No i się zaczyna. Ja pomimo tego chciałem wjechać tym bardziej, że za nim stało pełno śmierdzących starych i nowych puszek.
Niestety moja Aga tak nadaje, że dla świętego spokoju staję na parkingu i drogę do kołobrzeskiej latarni pokonujemy z buta. Z racji obawy o utratę motocykla jest to bieg na zasadzie: dobiegnij – zrób fotkę – wracaj szybko. Oczywiście odbywa się to w gęstej atmosferze, bo do mojej pani nie dociera argument, że wolę zaryzykować stówę mandatu niż utratę motocykla. Na domiar tego, kiedy wracamy do naszego pojazdu mija nas ze dwóch motocyklistów, którzy mają w głębokim poważaniu idiotyczny zakaz.
Wniosek: Kołobrzeg nie jest miastem przyjaznym motocyklistom. Setki aut tarasują w centrum chodniki i smrodzą (nie wszystkie spełniają normę euro 4), ale włodarzom miasta przeszkadza parę motocykli. Paranoja.
Kołobrzeg opuszczamy z postanowieniem, że tam nie wrócimy. Na nowo sycimy się drogą jadąc na spotkanie latarni w Niechorzu. Tu też trochę daje nam się we znaki jakość dróg, bo chwilami tył dobija do końca. Po obejrzeniu budynku, podbiciu paszportu i zrobieniu pamiątkowych fotografii, jadąc na zachód rozglądamy się za polem namiotowym. To wskazane w Rewalu przez napotkanego turystę, nie istnieje, a innego nie możemy znaleźć. Dopiero w Pobierowie napotykamy obozowisko, którego sanitariaty nie są może najwyższych lotów, ale jeszcze dają radę, a poza tym nie chce nam się dalej szukać.
Babsztyl nr 2
Rozbijamy namiot, zrzucamy kombinezony i ruszamy na plażę oraz na deptak. Przemierzamy go wzdłuż i wszerz, zjadamy małe co nieco, liżemy trochę lodów, a Aga zjada upragnionego gofra. Ponadto, po raz pierwszy od wyjazdu, skrapia nas letni deszczyk, który przynosi ulgę od upałów. Nie wiedząc już co można jeszcze robić na takim deptaku idziemy do namiotu, gdzie zastaje nas deszcz. Czekamy aż przestanie i udajemy się pod pretekstem nabycia czegoś do picia jeszcze raz na plażę i na deptaczek.
Wracając kupujemy picie i małego „szczeniaczka”, którego wypijam samemu, bo dla Agi jest za mocny. I tak w świetnych nastrojach udajemy się w objęcia Morfeusza.
Czwartek – piąty dzień naszej eskapady, zaczyna się słonecznie, ale wraz z przemieszczaniem się w stronę Świnoujścia, gdzie czeka ostatnia latarnia, pogoda robi się coraz bardziej ponura. Po drodze mamy jeszcze odwiedzić latarnię Kikut, ale nie udaje nam się znaleźć nawet drogi do niej. Wynika to z faktu, że znajduje się ona na terenie Wolińskiego Parku Narodowego i prowadzi do niej trzykilometrowy szlak przez las. Latarnia jest poza tym automatyczna i nie udostępniona do zwiedzania.
