Przed południem docieramy do najwyższego punktu nawigacyjnego na wybrzeżu Bałtyku – 68 m. Tu znów następuje starcie z niemiłym babsztylem z okienka. Ponieważ pogoda nie jest plażowa, do latarni walą tłumy turystów – rowerzystów i tych zmotoryzowanych. Mam co prawda w planie wejście na górę ostatniego celu wycieczki, ale ilość zastanych ludzi mnie odstrasza. Ruszam do okienka by zostać szczęśliwym posiadaczem ostatniej pieczątki w paszporcie. Niestety – baba w kasie odmawia mi, bo nie wchodzę na górę (czytaj: nie kupuję biletu) więc ona nie może mi przybić stempla. Nie pomaga tłumaczenie, że to ostatnia już pieczątka i że ja byłem na górze w 2008 roku. Nie i koniec.

Muszę wejść! Wkurzony kupuję bilet i co? I przystawia stempel. I już nie wymaga ode mnie, abym drałował na górę. Chodzi tylko o kasę. Oddaję za darmo bilet komuś w kolejce, wyrażając głośno swoje niezadowolenie.
I tak mamy odwiedzonych 15 z 17 planowanych latarni. Cel osiągnięty, ale wycieczka jeszcze się nie kończy. Pozostaje pytanie: co dalej? Planujemy zostać w Świnoujściu, ale niebo coraz bardziej się chmurzy. Przepływamy promem dla miejscowych (motory mogą mimo, że zamiejscowe) Świnę i idziemy coś zjeść. Zważywszy, że w Świnoujściu jesteśmy po ośmioletniej przerwie, uznajemy, że nie ma co chodzić jeszcze raz wśród znanych miejsc i postanawiamy pojechać do Szczecina. Mam cichą nadzieję, że przy Wałach Chrobrego zastanę jakieś piękne żaglowce lub okręty wojenne.
Niestety po pokonaniu w deszczu S3 (znowu droga szybkiego ruchu, bo przez Niemcy jest dalej) zajeżdżamy do wielkiego miasta. Pośpiech kierowców aut i natężenie ruchu po prostu przytłacza, pozbawiając nas jakiejkolwiek przyjemności z jazdy. Na miejscu następuje rozczarowanie, nabrzeże jest puste a sam Szczecin w moich oczach okazuje się nieciekawy (oczywiście to moje subiektywne odczucie). Ponieważ w domu pod opieką moich rodziców czeka nasz pies, postanawiamy wracać do domu. Pogoda zaczyna szwankować, a ponieważ nie jesteśmy typami plażowiczów – nie ma sensu na siłę siedzieć na wybrzeżu.
Aby uniknąć ponownego przeciskania się przez miasto i powrotu S3 uznaję, że ciekawiej będzie pojechać na południe wzdłuż naszej zachodniej granicy. Kierujemy się na Kołbaskowo, a następnie drogami naszego zachodniego sąsiada docieramy do Chojny, już po polskiej stronie. Niebo się przejaśnia, wychodzi słońce, a drogi okazują się puste i w świetnym stanie. Dziwi nas natomiast fakt obecności na tym odcinku trasy sporej ilości „leśnych ssaków”, sądząc po karnacji z południa Europy. Ruch niewielki, więc skąd taka podaż tego typu usług?
Dalej przez Kostrzyń nad Odrą mkniemy do Słubic, gdzie zmieniamy kierunek na południowo–wschodni przez Zieloną Górę. Na ostatniej prostej do Lubina towarzyszy nam piękny zachód słońca, który możemy podziwiać w lusterkach Yamahy. Czerwona tarcza największej gwiazdy na tle błękitnego nieba. Naszą wakacyjną objazdówkę kończymy po 21 pod naszym domem.
Pomysł na przejechanie całego wybrzeża okazuje się trafiony i przynosi wiele frajdy. Odwiedziliśmy 15 z planowanych 17 latarni, zostajemy posiadaczami brązowej odznaki BLIZA i zyskujemy wspaniałe wspomnienia. W sumie nawinęliśmy na koła 1672 km w ciągu 5 dni. Nocowanie w namiocie umożliwia zaoszczędzenie sporej kasy, ceny noclegów za nas dwoje, namiot i motocykl wahały się od 32 do 50 złotych. Niestety motocykle na wodę nie jeżdżą i na wybrzeżu trzeba wydać od 4,28 do nawet 4,64 za litr benzyny. Przy okazji mogłem rzetelnie sprawdzić na takim dystansie ile pali nasz nowy motor (jest z nami od stycznia dopiero) i tu miła niespodzianka, bo wynik od 4,5 do 5 z groszem mile mnie zaskoczył.
Jeżeli kogoś interesują architektura, technika i morze to polecam taki wypad. Wybrzeże Bałtyku naprawdę jest piękne i oferuje wiele ciekawych atrakcji.
