_SLIDERNas dwoje, Fazer i wybrzeże. Romantyczna wycieczka latarnianym szlakiem

Nas dwoje, Fazer i wybrzeże. Romantyczna wycieczka latarnianym szlakiem [RELACJE]

-

Towarzyszący nam optymizm prowadzi nas pod najstarszą z odwiedzanych budowli – przylądek Rozewie. Jest to najdalej na północ wysunięta część Polski. Znajduje się w bardzo urokliwym miejscu, a sama w sobie jest bardzo ładna. Zrobiwszy parę fotek udajemy się dalej, bo nie da się ukryć, że latarnie tak naprawdę są tylko pretekstem, a prawdziwym celem wycieczki jest jazda, bo w końcu o nią chodzi w tym wszystkim. O jazdę i radość z nią związaną!

Spięcie z babsztylem

Po pokonaniu kolejnych 52 km znajdujemy latarnię Stilo o kształcie ściętego ostrosłupa, pomalowaną w trzy pasy – czarny u dołu, biały pośrodku i czerwony na górze. Aby do niej dotrzeć część drogi trzeba pokonać pieszo przez uroczy sosnowy las, niestety pod górę, co w motocyklowym wdzianku z kaskami w ręku i upale nie jest fajne. W końcu nikt nie mówił, że będzie łatwo! Na szczęście warto, latarnia i domek latarnika tworzą niepowtarzalny klimat.

Nas dwoje, Fazer i wybrzeże. Romantyczna wycieczka latarnianym szlakiem [RELACJE]Po powrocie do motocykla obieramy kierunek na Czołpino. Tu muszę dodać, że jest to drugi nostalgiczny akcent podróży, bo w punkcie obserwacyjnym znajdującym się obok tamtejszej latarni w latach 60. służył w marynarce wojennej mój tato Rysiu. Chciałem przybliżyć mu to miejsce po latach.

Gdy osiągamy parking u podnóża okazuje się, że jesteśmy w samym sercu Słowińskiego Parku Narodowego, za wstęp do którego należy zapłacić, a dodatkowo wnieść opłatę za postój. Pani parkingowa okazuje się niemiłą, zblazowaną kobietą wykonującą swoją pracę za karę, co raczej dziwi zważywszy, że spędza całe godziny wśród przepięknej przyrody.

Okazuje się, że aby zdobyć latarnię trzeba pokonać półtora kilometra przez dziki las. Aga poddaje się i odpoczywa na parkingu. Ja natomiast udaję się przecinką w stronę celu, gdzie spotyka mnie niespodzianka, bo połowę drogi muszę iść pod górę po dosyć sypkim piasku. Wzniesienie, na którym znajduje się latarnia, jest tak naprawdę zalesioną wydmą (55 m. npm.). Na ostatniej prostej pomagam jeszcze sympatycznej pani z Sandomierza wnieść jedno z dwójki jej dzieci na wzgórze, jak i na samą latarnię. Pełen szacunek dla niej, że tak dzielnie z dzieciakami zwiedza. Żeby tego było mało okazuje się w drodze powrotnej, że na dole wzniesienia czeka na nią mąż z ich trzecim dzieckiem, niepełnosprawną Olą. I jak żona zejdzie to on wraz z córką zaatakuje latarnię. Można? Można, trzeba tylko chcieć a nie szukać wymówek.

SAMSUNG CAMERA PICTURESLatarnia ta, jako jedyna z odwiedzanych, jest tak zorganizowana, że aby zdobyć pieczątkę, trzeba wspiąć się 25 m w górę. Tam niestety też koczuje niemiła pani bileterka nastawiona na zysk za wszelką cenę. Poproszona przez mamę wspomnianych dzieciaków o wpuszczenie mnie za darmo, bo ona posiada kartę dużej rodziny i pomogłem jej wnieść Bartusia, kategorycznie odmawia i żąda 4 zł. I nie chodzi tu o te pieniądze, tylko o ludzką przyzwoitość – skoro ktoś prosi, bo uznaje, że w ten sposób jakoś się odwdzięczy. Ponadto okazuje się, że lepiej być nieuczciwym, bo gdybyśmy skłamali, że jestem mężem, to latarnia zdobyta byłaby za free.

Babsztyl dostaje jednak swoje cztery złocisze, a ja mogę podziwiać widoki. A jest co – z tarasu widać ruchome wydmy, przybrzeżne jeziora – Łebsko i Gardno, wybrzeże Bałtyku, a także przyrodę parku.

I tu wrócę do punktu obserwacyjnego, o którym wspomniałem wcześniej. Z góry jest on doskonale widoczny, w odległości może 150 m, natomiast odnalezienie go w lesie jest niemalże niemożliwe, ponieważ z poziomu drogi jest totalnie niewidoczny. Musielibyśmy poszwędać się po lesie – może udałoby się go odnaleźć, ale i tak pewnie nie mógłbym tam wejść bo to obiekt wojskowy. Pozostaje mi tylko zrobić zdjęcia dla taty z perspektywy latarni.

W tym dniu odwiedzamy jeszcze latarnię morską w Ustce, znajdującą się w porcie, ale otoczoną za to setkami turystów i wakacyjnym zgiełkiem. Ponieważ to nie nasza bajka zawijamy się na kółku i jedziemy do Jarosławca, który z naszego punktu widzenia okazuje się mało atrakcyjny, więc cykamy fotki pod latarnią i w drogę. Nawiasem mówiąc w Jarosławcu mój ociec też odbył część służby, ale tu już nie szukałem śladów przeszłości. Dalej droga prowadzi nas do Darłówka, gdzie natrafiamy na fajne pole namiotowe. Oczywiście zanim się kwaterujemy sprawdzam sanitariaty. Są czyste, więc rozbijamy namiot i po prysznicu ruszamy do portu, gdzie czeka kolejna latarnia.

Nas dwoje, Fazer i wybrzeże. Romantyczna wycieczka latarnianym szlakiem [RELACJE]Wraz z nią czeka nas trud poruszania się w morzu popołudniowych turystów, którzy po plażingu wylegają na szoping i żarcie. My też zaspokajamy głód, a resztę czasu spacerujemy i siedzimy na nabrzeżu rozkoszując się szumem fal i chłonąc morską bryzę, która przyjemnie chłodzi twarze.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!
Motovoyager
Motovoyagerhttps://motovoyager.net
Nasi czytelnicy to wybrana grupa ludzi. Motocykliści, którzy w Internecie szukają inteligentnej rozrywki, konkretnych porad lub inspiracji do wyjazdów motocyklowych. Nie jesteśmy serwisem dla każdego, zdajemy sobie z tego sprawę i… uważamy, że jest to nasz atut. Nie znajdziesz u nas artykułów nastawionych jedynie na kliki, nie wnoszących niczego merytorycznego. Nasza maksyma to: informować, radzić, bawić nie zaśmiecając głów czytelników bezsensownymi treściami.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ