Grossglockner na deser
Drogi w Austrii przypominają bardzo te ze Szwajcarii. Super jakości, czyste i zadbane. Zanim rozpoczynamy prawdziwą przygodę z Grossglockner o godzinie 16.30, na bramce zostawiamy 25 euro. W zamian dostajemy naklejkę i plan trasy. Po chwili rozumiemy czemu trzeba było zapłacić za przejazd. Nawierzchnia drogi i porządek wokoło są na 5 z plusem.
Droga bardzo kręta, ale też szeroka. Widzimy dużą różnicę w porównaniu do poprzednich przełęczy. Im wyżej jedziemy, tym więcej śniegu nas otacza. Często mijamy zaparkowane pługi, które zapewne niedawno skończyły ciężko pracować, aby po zimie udostępnić drogę turystom. 50-kilometrowa trasa prowadzi z wysokości 800 do 2500 m.np.m. Często jest mokro od topniejącego śniegu, ale asfalt czysty, więc i bezpieczniej.

Trzeba uważać na biegające po ulicy świstaki. Ładne zwierzątka uciekają wspinając się stromo pod górę. Ruch na przełęczy nie jest duży i momentami można odkręcić i się solidnie w zakrętach powyginać. Gdy zjeżdżamy ze szczytu w stronę Zell am See dopada nas chmura z gradem. Momentalnie robi się bardzo zimno, zaczyna mocno wiać, a droga pokrywa się białą mazią. Robi się ślisko, więc jedziemy bardzo wolno. Na szczęście gradobicie nie trwa długo i słońce szybko rozpuszcza biały kożuch. Po zjechaniu z przełęczy bardzo głodni zaliczamy Burger Kinga i zostawiając za sobą góry, jedziemy do celu na pole namiotowe.
Po przekroczeniu granicy austriacko-niemieckiej wskakujemy na autostradę w kierunku Monachium i w Prien am Chiemsee jesteśmy o 22.15. To długi dzień pełen wrażeń i o północy już śpimy. Nastaje ostatni dzień naszej wyprawy, wtorek 7 czerwca. Mamy ustalone, że w Prien am Chiemsee nocujemy dwie noce. Atrakcją tego miasta jest ogromne jezioro o powierzchni 85 km kwadratowych, długości 18 km i szerokości 14 km. Jest trzecim co do wielkości w Niemczech i największym w Bawarii.

Plany jednak nieco zmieniamy. Stwierdzamy, że siedzieć nad jeziorem to można i u nas w Polsce. Każdy z nas wyraził chęć powrotu do domu. Piero taką decyzję podejmuje już zanim idzie spać i startuje samotnie o 5 rano. Zostaje nas trójka. Pakujemy namioty, Szymon naciągając po raz kolejny łańcuch dostrzega, że ma luzy również w przednim kole. Niedobrze, łożysko też zaczyna dopominać się o wymianę.
Decyduje jechać, ponieważ z Hubertem i tak kosmicznych prędkości nie osiągamy. Pole namiotowe znajduje się tuż przy brzegu jeziora. Rzeczywiście wielkie, ale dużego wrażenia na nas i tak nie robi. Po dobrym śniadaniu ruszamy o godzinie 10. Hubercik na swym VN 1500 narzucił dobre tempo 150-170 km/h. Dla nas też jest wystarczające. Wkurza co prawda, kiedy wyprzedzają nas zwykłe VW Polo, ale z uśmiechem na twarzach jedziemy razem. Pogoda jest słoneczna, ani jednej chmurki, a w głowach trochę smutek, że nasza wspaniała przygoda z Alpami dobiega końca.
Przed ringiem berlińskim gubimy się z Szymonem, bo trochę nas poosi na pięknej prostej, on ciśnie dalej, ja czekam na Huberta, który zaraz potem musi tankować Vulcana. Wychodzi na to, że Szymek czeka na nas na granicy w Kołbaskowie prawie godzinę. Myślał, że ja jestem z przodu i mnie gonił. Ahh te niemieckie autostrady.

Do Kołobrzegu wjeżdżamy o 22.30. Tego dnia nawinęliśmy 1000 km. Żegnamy się w tym samym miejscu, z którego odjeżdżaliśmy dwa tygodnie temu i wracamy do czekających na nas rodzin.
To była mega wyprawa, w której nakręciliśmy prawie 5200 km. Pomimo drobnostek typu zużyte łańcuchy czy łożysko w przednim kole, motocykle nie zawiodły. Wielki szacun dla Huberta – baliśmy się trochę, że swoim Vulcanem będzie nas spowalniał, a jak się okazało dotrzymywał tempa i pokazał swoje ogromne umiejętności na alpejskich winklach. Skończyło się to przetarciem na wylot tłumika od składania w zakrętach. Uznaliśmy, że wycieczka w Alpy nie musi też trwać tak długo. Właściwie to jeden dzień jazdy po autostradzie, co bardzo lubimy i można nawet na weekend zaplanować jakąś przełęcz do pokonania, co na pewno zamierzamy zrobić jeszcze nie raz.
