Do Lugano wjeżdżamy o godzinie 16.30 wzdłuż pięknego jeziora Lago di Lugano wśród licznych szczytów. Miasto jest największym w regionie Ticino i trzecim pod względem wielkości centrum finansowym w Szwajcarii. Nawigacja kieruje nas na camping w Agno. Trafiamy na camp położony przy końcu jeziora Lugano, na skraju lotniska. Po rozbiciu namiotów idziemy na mały spacerek po miasteczku, w drodze powrotnej robimy w Aldi zakupy na kolację i wieczór spędzamy na campie przy winku. Zmęczeni idziemy spać o 22.30.
Trzeciego czerwca udało się wstać o siódmej rano, spakować sprzęty i po śniadaniu na parkingu przy Aldi ruszyć o 10 na tamę Contra Dam, znaną też jako Verzasca. Ogromna zapora ma wysokość 220 metrów i tworzy rozległe jezioro Vogorno. Tama słynie również z filmu o Jamesie Bondzie „Golden Eye”.

Odważni mogą skoczyć tutaj na bungee. W skrócie – budowla i widoki zachwycają. Dojazd prowadzi wąską kretą drogą. Dalej zmierzamy na przełęcz Albulla Pass, położoną na wysokości 2315 m.npm. Trafiamy na niej na sporo remontów nawierzchni i ruch wahadłowy. Stoimy trochę, a wysoka temperatura powietrza w tym nie pomaga. Na niebie nie ma ani jednej chmury.
Droga rzeczywiście nie jest najlepszej jakości, ale dla widoków polecam każdemu zaliczyć tę przełęcz. W planie mamy zanocować w rejonie przełęczy, ale na szczycie jesteśmy na godzinę 14, więc decydujemy jechać dalej, a dokładnie do Livigno we Włoszech. Około godziny 15 trafiamy do dobrej restauracji w miasteczku Migrolino. Porządny, własnej roboty burger, smakuje jak nigdy dotąd. Po godzinnej przerwie dalej na koń i heja.
Dojeżdżamy do kolejnej ciekawej przełęczy – Bernina Pass. Leży na szczycie 2250 m.npm. Droga jest niesamowita, troszkę lepszej jakości od Albulli, momentami odczuwamy silne podmuchy wiatru. Zatrzymujemy się często na fotki. Przy przełęczy, na samym jej szczycie znajduje się spore jezioro Lago Bianco, które jest jeszcze w większości zamarznięte.
Nie trzeba dodawać, że dookoła jest sporo śniegu. Droga miejscami jest mokra od topniejącego lodu, który tworzył czasem niebezpieczne, śliskie odcinki. Momentami jedziemy po prostu po błocie. Motocykle po zjechaniu w dół wszystkie mają ten sam kolor – szary.
Na Stelvio coraz mniej
Na zakończenie trasy, 5 km przed Livigno łapie nas deszcz, który szybko zamienia się w ulewę. Taki urok gór. Raz słońce, a po minucie prysznic. Po wjechaniu do miasteczka od razu zaczynamy szukać motelu. Na wjeździe było ich dużo i wybieramy jeden z nich, z dostępem do garażu. Meldujemy się w dwóch pokojach na piętrze, na parterze jest ładny bar z restauracją.

Na rozgrzewkę od razu zamawiamy grappę, włoską wódkę, której bazą są wytłoki z winogron. Na kolację idziemy na prawdziwą włoską pizzę. Do tego lokalny browar i już jest wesoło. Livigno to duży ośrodek narciarski, do którego przyjeżdża masa narciarzy – nie tylko korzystać z jazdy na pięknych stokach, ale również robić zakupy w strefie bezcłowej. Dla przykładu litr paliwa kosztuje niecałe euro. Wieczór kończymy dość późno w motelowym barze próbując różnych smaków grappy.
W piątek z samego rana o godzinie 6 opuszcza nas Grzegorz. W niedzielę o 15 ma prom z Cherbourga we Francji do Rosslare w Irlandii. Musi pokonać dystans 1200 km i chce rozłożyć go na dwa dni. Idzie mu na tyle dobrze, że nocuje tego samego dnia ok 50 km od celu. Znów robi się o jednego mniej, ale co zrobić, obowiązki. My na spokojnie, po śniadaniu o godzinie 11, ruszamy w deszczu w kierunku przełęczy Stelvio.

Traskę rozpoczynamy wzdłuż jeziora Lago di Livigno, gdzie po przejechaniu granicy włosko-szwajcarskiej płacimy na bramce 13 euro za przejazd tunelem Munt la Schera. W bardzo wąskim tunelu ruch odbywa się wahadłowo. Cały czas pada, ale na szczęście nie ma mgły i coś można zobaczyć. Droga do Stelvio prowadzi serpentynami, więc jedziemy ostrożnie, aż w końcu znajdujemy się na najbardziej krętej drodze Europy. Niestety – padać przestaje tylko chwilami, a im wyżej jesteśmy, tym więcej chmur, ale też i śniegu. Nawierzchnia drogi też pozostawia dużo do życzenia. Błoto, dziury i kamienie.
Na szczyt 2757 m.npm. zajeżdżamy na godzinę 14. Dużym zaskoczeniem dla nas jest czynny wyciąg na lodowiec. Wśród zaparkowanych motocykli i aut z całej Europy, sporo narciarzy przemieszczało się w stronę kolejki gondolowej. W jednym z wielu sklepików kupujemy pamiątki, robimy trochę zdjęć i w barze jemy obiad. Przestaje padać i nastaje czas, aby ruszyć do celu na dziś – Riva del Garda. Z góry zjeżdżamy drugą stroną w kierunku Bormio, gdzie jakość nawierzchni jest znacznie lepsza. Widoki zapierają dech w piersiach. Podróż w suchym nie trwa długo, bo tuż po zjechaniu z przełęczy znów zaczyna padać.
