Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu przebieg motocykla rzędu 100 czy 150 tysięcy kilometrów nie robił na nikim większego wrażenia. Honda CBR1100XX, Yamaha XJR1300, Suzuki GSX1400, Kawasaki ZZR1100 czy Honda VFR750 uchodziły za maszyny, które przy odpowiedniej obsłudze mogły przeżyć swojego właściciela. A dziś?
Czy naprawdę współczesne motocykle stały się mniej trwałe? A może to tylko nostalgia i kolejny przypadek słynnego „kiedyś to było”? Jak zwykle prawda leży gdzieś pośrodku.
Moc kosztuje

Spójrzmy na liczby. Trzydzieści lat temu motocykl o pojemności około 1000 cm³ rozwijał 100–120 KM i nikogo to nie dziwiło. Dziś podobną moc potrafią osiągać jednostki o pojemności 700–800 cm³, a litrowe motocykle seryjnie przekraczają 200 KM.
Nie ma cudów. Jeśli z tej samej pojemności wyciska się znacznie więcej mocy, silnik pracuje pod większymi obciążeniami. Wyższe ciśnienia spalania, większe prędkości tłoków, wyższe temperatury – wszystko to wpływa na trwałość podzespołów. Oczywiście współczesne materiały są lepsze niż kiedyś, ale fizyki nie da się oszukać.
Normy emisji mają swoją cenę

Gdy zapytasz inżyniera, lub ogarniętego mechanika, co najbardziej zmieniło konstrukcję motocykli w ostatnich kilkunastu latach, jest spora szansa, że nie odpowie „większa moc”, tylko… normy emisji spalin. Euro 3, Euro 4, Euro 5 i obecnie Euro 5+ wymusiły na producentach zupełnie inne podejście do projektowania silników. Mieszanki paliwowo-powietrzne są uboższe, katalizatory większe, układy wydechowe bardziej skomplikowane, a temperatury pracy jednostek napędowych wyraźnie wzrosły. To świetna wiadomość dla środowiska. Nie zawsze jednak dla trwałości.
Mniej żelaza, więcej elektroniki

Kiedyś motocykl składał się głównie z metalu. Dziś równie ważne jak wał korbowy czy skrzynia biegów są moduły sterujące, czujniki, przepustnice elektroniczne, radary, wyświetlacze TFT, jednostki IMU czy systemy komunikacji. Czy elektronika psuje się częściej od mechaniki? Niekoniecznie. Problem polega na czymś innym. Za dwadzieścia lat bez większego problemu dorobisz tuleję, zregenerujesz wał albo wykonasz nową zębatkę. Ale czy kupisz wtedy ten konkretny, potrzebny nowy radar, wyświetlacz, moduł sterujący zawieszeniem? Tego nie wie nikt.
Walka o każdy kilogram
Dzisiejsi producenci toczą nieustanną walkę z masą motocykli. Cieńsze odlewy, lżejsze wały, delikatniejsze kartery, mniejsze łożyska, coraz bardziej wyrafinowane stopy aluminium – wszystko po to, by motocykl ważył kilka kilogramów mniej od konkurencji. To poprawia osiągi, prowadzenie i zużycie paliwa, ale jednocześnie sprawia, że projektuje się konstrukcje bliższe optimum niż dawniej. W latach dziewięćdziesiątych inżynierowie często zostawiali znacznie większy margines bezpieczeństwa. To ma bezpośredni wpływ na trwałość.
Zmienił się także klient

Kiedyś motocyklista pytał przede wszystkim o trwałość. Dziś częściej pyta o tempomat, quickshifter, kontrolę trakcji, elektroniczne zawieszenie i możliwość łączenia się telefonu z wyświetlaczem. Możecie się burzyć, że wy tak nie macie, ale zapytajcie handlowców walczących na tym froncie co dzień, a powiedzą wam, że to prawda. I dochodzimy do tego, że w salonie, przy zakupie nowego motocykla o żywotność silnika mało kto pyta. Nie dlatego, że przestała być ona ważna, ale dlatego, że większość użytkowników i tak sprzeda motocykl po maksymalnie kilku sezonach i trwałość nie będzie ich problemem. A producenci doskonale o tym wiedzą…
A może to tylko złudzenie?
Jest jeszcze druga strona medalu. Trzydzieści lat temu nikt nie pisał na forum internetowym, że zepsuł mu się regulator napięcia. Nie było Facebooka, grup dyskusyjnych ani YouTube’a. Dziś jedna awaria potrafi w kilka godzin obiec cały motocyklowy internet i stworzyć wrażenie, że dany model jest kompletnie nieudany, awaryjny i gorszy od swojego poprzednika. A po głębszej analizie okazuje się to po prostu iluzją…
Trzeba pamiętać, że współczesne motocykle oferują poziom bezpieczeństwa, osiągów i komfortu, o którym właściciele maszyn sprzed trzech dekad mogli jedynie marzyć, a to ma swoją cenę, którą warto zapłacić.
Więc jak jest naprawdę?

Moim zdaniem współczesne motocykle nie są gorsze. Są po prostu projektowane według innych priorytetów. Mają być lżejsze, szybsze, bardziej ekologiczne, naszpikowane elektroniką i atrakcyjne dla klienta, który często zmieni je po trzech lub czterech latach. Motocykle sprzed lat powstawały w czasach, gdy liczyła się przede wszystkim solidność, prostota i możliwość eksploatacji przez dziesięciolecia.
Czy za trzydzieści lat na drogach nadal będą jeździły dzisiejsze motocykle? Jestem przekonany, że tak. Pytanie brzmi jednak, ile z nich będzie miało oryginalną i w pełni elektronikę, aktywne zawieszenie, radar czy wyświetlacz TFT. Bo może paradoksalnie to nie silniki okażą się ich najsłabszym ogniwem.
A Wy jak uważacie? Czy współczesne motocykle rzeczywiście są mniej trwałe od tych sprzed 20–30 lat, czy to tylko kolejny motocyklowy mit, który lubimy powtarzać?
