TurystykaRelacje z wyjazdówPot, kamienie i przepaść. Zdany na siebie w plenerach Albanii

Pot, kamienie i przepaść. Zdany na siebie w plenerach Albanii [WYPRAWA]

-

Dzień 6

Dzisiaj śniły mi się kamienie z wczorajszej drogi z Theth… Jadę, jadę i myślę sobie, że ze mnie spoko facet, skoro sam ze sobą wytrzymuję tyle czasu. Dzisiejszy dzień to asfaltówka do Peskopij, później górska droga do Burrel, a co dalej – zobaczymy. Asfaltówka piękna, dobra nowa droga, jak praktycznie wszystkie tutejsze serpentyny. Po drodze mijam Niemca na Transalpie i jedziemy jakiś czas tym samym tempem w okolice Peskopij. Na drodze spotykam żółwia, muszę się sporo nabiegać żeby go złapać. Daje mu na imię Bigos i bezpiecznie przeprowadzam przez ulicę.

20160713_101047

Wreszcie zatrzymuję się i sprawdzam papierowa mapę (mój Garmin nie ma wygranej szczegółowej mapy Albanii). Na dużej stacji benzynowej lokalesi rysują mi mapę dojazdu do szutrowej drogi do Burrel. Z niewielkimi problemami trafiam na prawidłowy szlak (kiedy tubylcy zobaczą tu motocyklistę na endraku, od razu pokierują go we właściwym kierunku). W porównaniu do pętli Theth droga jest lekka. W zasadzie szeroka i zbita nawierzchnia. Po drodze mijam polską grupę rowerową, cztery osoby cisną na góralach – pełny szacunek.  Mniej więcej w połowie drogi na gładkim i prostym odcinku, pozwalam sobie na chwilę nieuwagi, hamuję przednim i wpadam w przydrożny rów. Tak pechowo, że nie mogę dźwignąć motocykla. Wracam kilkaset metrów, gdzie widziałem młodych chłopaków. W czwórkę dajemy radę podnieść GSa. Ze szkód pęknięty uchwyt halogenu, szkiełko kierunkowskazu i najgorsze… nadszarpnięte EGO. Żeby tak na prostej drodze…

20160713_121307

 

Dojeżdżam zmęczony do asfaltówki na Burrel. Mam dobry  czas, więc postanawiam dojechać nad jezioro Ochrydzkie do Lin. Jadę, jadę, aż tu nagle szlaban – przejście graniczne. Okazuje się, że mój Garmin wpadł na pomysł przejechania do Lin przez Macedonię. W sumie okazało się, że pomysł był bardzo dobry, kilkadziesiąt kilometrów w cieniu wśród drzew wzdłuż jeziora, w temperaturze 26 stopni to wspaniała nagroda po ciężkim dniu. Na koniec więc znowu granica Albanii, piękna asfaltówka do Lin i nocleg na pierwszym napotkanym kempingu za jedyne 10 euro. Nigdy nie wjeżdżajcie na pierwszy camp – tam jest zawsze najdrożej (posiłek, napoje itp.). Mimo wiatru od jeziora noc jest ciepła – tylko te świerszcze napieprzają na maksa…

20160713_133217

Dzień 7

Nie wiedziałem jeszcze, że ten dzień  zmieni wszystko. Plan zrodził się między czwartą a piątą nad ranem. Między rżeniem osła, a pierwszym pianiem koguta. Ostro jadę do Korce, po drodze jem zupę za bardzo uczciwe pieniądze. Nauczony doświadczeniem kupuję cztery butelki wody, rogale w czekoladzie i dwie puszki fanty. Naładowany jak króliczek Duracella cisnę na południe do Leskovik. Droga wpół asfalt, wpół w remoncie, z każdym kilometrem jest ciekawsza, zakręt, zakręt, a za zakrętem….. kolejny zakręt. Przede mną powoli wyłania się ogromny masyw górski. Kolosalne pasmo – jeszcze nie wiem, że wybrałem sobie mountain off road właśnie przez te góry. W Leskovik jem zupę, a w Permet skręcam w prawo w nową asfaltówkę. Dopytuję jeszcze, czy to rzeczywiście droga do Frasher. Mijam kamienny most i utwardzoną szutrówką zaczynam piąć się w górę.  Składam lusterka, przekładam tankbag na tył, wyłączam ABS i ruszam.  Do Frasher tylko 17 km, trasa łatwa i bardzo łatwa, ale jestem jakiś rozkojarzony – idzie mi jak tirówce w deszcz… To za szybko, to  za wolno, a droga z zakrętu w zakręt coraz wyżej i wyżej.

20160714_143118

Coraz więcej niespodzianek. Luźne kamienie, mniejsze większe, miejscami na zakrętach kałuże z wodą i podjazd, a mi jak tej tirówce  w deszcz… Po lewej skały, po prawej przepaść. Do tego droga jakby węższa i miejscami koleiny. Po jakimś trudnym do określenia czasie dojeżdżam do punktu, do którego kierował mnie Garmin. Nie wygląda to na miejscowość, to raczej miejsce na drodze. Widać gdzieś w oddali zabudowania, ale to nie to. Wpisuję w nawigację nowy adres: Kelcyre – pokazuje mi 52 km i 6 godzin jazdy. O co chodzi?! Za 6 godzin będzie 20.00! No nic, trzeba jechać. A tu wciąż kłody pod nogi… Podjazdy coraz bardziej strome, pojawiają się głębsze koleiny, a do tego najgorsze, że ze skał z boku osypuje się na drogę żwirowy piach. Lewy ślad od kół samochodowych (wewnętrzny, którym jadę) jest wyżej i pod kątem opadającym do zewnętrznej krawędzi drogi, a tam spora przepaść. Czuje się bardzo  niepewnie, czekam tylko, że za zakrętem droga znowu zrobi się kamienista, zakręt i dalej to samo…  W którymś momencie przednie koło zsuwa się na środek drogi w żwir i… gleba.

20160714_152947

Ściągam kufer, tankbag, jakoś podnoszę motocykl, ale co dalej?? Minęło może 20 minut, ja leżę, a przede mną jeszcze niby sześć godzin. Wypycham motocykl idąc przy nim, sprzęgło się pali – śmierdzi… Odpoczywam, sztywnieję ze strachu. Na drodze do Theth byli ludzie, samochody, ktoś się kręcił – tu nie ma nikogo, ten dzień też nie jest mój i to nie jest moje miejsce i nigdy nie było… Jakoś ruszam, stromo, żwir, jadę dalej, znowu to samo, teraz koleiny – zatrzymuję się, przejeżdżam na tyłku i dalej do góry.  Jeszcze głębsze koleiny, kamienie – jedno wyjście, tylko dużo gazu – zawadzam kilka razy lewym kufrem o kamienie, zaliczam głaz lewym gmolem, słyszę uderzenia pod silnikiem, spoglądam tylko czy nie świeci się kontrolka od oleju i dalej gaaaz… przebijam się. Droga miejscami daje odetchnąć, ale za chwilę wbija nóż między żebra. W którymś momencie jestem już bardzo wysoko. Zatrzymuję się, zsiadam, cały się trzęsę. Odpoczywam. Nie ma tu zasięgu, nie ma ludzi, nawigacja kłamie!!! Proszę o wsparcie Najwyższego i ruszam dalej. I znowu koleiny i błoto, i podjazd. W którymś momencie widzę dachy, mijam zamknięty budynek z dwoma flagami, dojeżdżam do budynków, widzę ludzi i asfalt!!!! Moje pierwsze słowa: czy ten asfalt prowadzi do Kecyre, a oni: nie, tylko tutaj. Panowie bardzo się cieszą z mojej wizyty mówią, że byli tu różni – Francuzi, Niemcy ale „Polaki” rzadko. Pięć razy potwierdzam u nich, w którą stronę jechać i co najważniejsze, że asfalt zobaczę za już 1,5 godziny. 

20160717_135948

Ruszam, jeszcze podjazd, ale teraz rzadziej są przepaście. Droga prowadzi przez las, są drzewa i przyjemny cień. Jadę na drugim, a czasem nawet na trzecim biegu, momentami siadam na siedzeniu i daję odpocząć rękom, jeszcze podjazd i widzę wielką bramę. Okazuje się, że to wjazd/wyjazd do Parku Narodowego Bredhi i Hotoves przez który jechałem. Zatrzymuję się w bramie, przede mną przepiękny widok na masyw górski, błękitne niebo i ludzie. Dla mnie, ten widok choć wspaniały nie jest największą nagrodą. Nagrodą jest fakt, że dojechałem tu w całości. Czuję, jak schodzi ze mnie adrenalina – dużo tego… Ruszam w dół doliny, droga łatwa, ludzie, miejscowość i dokładnie po półtorej godzinie od Frasher dojeżdżam do asfaltu.

Między wjazdem i wyjazdem z głównej drogi SH75 do parku jest może 8 km (10 min jazdy). Ja objechałem te 10 minut jadąc prawie 60 km przez ponad 5 godzin. Tego dnia dojeżdżam jeszcze do Gjirokastra mam hostel za 60 zł 300 metrów od starówki. Motocykl ma skrzywiony lewy gmol, obity lewy kufer, wgniecioną osłonę pod silnikiem, obitą boczną stopkę i kolanka rur wydechowych.

Na razie mam dosyć samotnych górskich offów. Dzisiaj zajrzałem Czarnemu Panu pod ogon i nie chcę tego powtarzać.

20160714_145616

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!
Motovoyager
Motovoyagerhttps://motovoyager.net
Nasi czytelnicy to wybrana grupa ludzi. Motocykliści, którzy w Internecie szukają inteligentnej rozrywki, konkretnych porad lub inspiracji do wyjazdów motocyklowych. Nie jesteśmy serwisem dla każdego, zdajemy sobie z tego sprawę i… uważamy, że jest to nasz atut. Nie znajdziesz u nas artykułów nastawionych jedynie na kliki, nie wnoszących niczego merytorycznego. Nasza maksyma to: informować, radzić, bawić nie zaśmiecając głów czytelników bezsensownymi treściami.

3 KOMENTARZE

  1. Tez bylem. Super wyprawa i wspanialy kraj. I z perspektywy czasu wiem ze jeden raz to malo, tam trzeba wrocic. Super tak trzymaj pozdrawiam. Olo

  2. „…Ze szkód pęknięty uchwyt halogenu, szkiełko kierunkowskazu i najgorsze… nadszarpnięte EGO” – sprawdź w boxer-parts lub Tauratechu, może będą mieli oryginalne… Bierz polskie, skoro EGO takie samo jak niemieckie, chińskie czy japońskie a dużo tańsze – po co przepłacać? :) :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ