pon., 18 październik 2021

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

-

– Staram się każdy dzień, który mija wymazywać z pamięci. Inaczej już bym dawno zwariował. To już było i nie trzeba do tego wracać. – tymi słowami kończy ze mną rozmowę jeden z bohaterów mojej bieszczadzkiej opowieści. Uznałem, że będą one idealnym wstępem z kilku powodów.

Po pierwsze coś się kończy. Bieszczadzkim wyjazdem zamykam cykl pięciu podróży, w których wraz z Secą oraz Suzuki Polska odkrywałem nowe, ciekawe miejsca, na bardzo oczywistych trasach motocyklowych południa kraju. Z tej okazji warto byłoby zrobić podsumowanie. Po drugie, zastanawiam się, czy tak brzmią słowa człowieka, któremu Bieszczady dały pełnię szczęścia i tę mityczną wolność, po którą tam się jedzie? No i po trzecie, dlatego, że kompletnie nie zgadzam się z powyższą tezą. Ja chcę pamiętać tę przygodę najdłużej, jak to możliwe…

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Lało jak z cebra

Pod tym względem cieszę się, że kończę już sezon wyjazdowy. Słowo deszcz odmieniłem w nim przez wszystkie przypadki i użyłem go we wszelkich możliwych czasach. Może nadszedł więc czas, by przestać o tym pisać. Mam nadzieję, że doskonale wiecie, jaka pogoda towarzyszyła mi od Warszawy do Bieszczad. Była na tyle intensywna, że nawet odpuściłem sobie tradycyjną atrakcję po drodze, a była dotąd punktem programu. Kranu z nieba nikt nie zakręcał do zachodu słońca. Na stacji paliw, w okolicach Mielca, nerwowo odpaliłem Facebooka. Moderator grupy noclegowej nie dodał mojego postu, który zamieściłem rano. To oznaczało, że nie mam pierwszego noclegu. Nie lubię nie posiadać planu, ale tym razem definitywnie organizacja wyjazdu kulała. Kubek czarnej kawy pozwolił mi zebrać myśli. Pozostał jedynie znany mi i wielokrotnie wykorzystywany w podróżach portal noclegowy. Wpisałem w jego wyszukiwarkę wszystkie niezbędne dane, przy czym zależało mi, by zakotwiczyć gdzieś u „bram Bieszczad”.

Okolice Leska wydawały się idealnym miejscem na realizację mojego pomysłu. Wybrałem nocleg w Jankowcach. Jedyny cel, jaki miałem tego wieczora, to trafić tam jak najszybciej i położyć się spać. Udało się. Wchodząc na kwaterę przywitał mnie sympatycznym głosem gospodarz: – Cześć! Jestem Grzegorz, a to moja żona Ela. Witamy w Domu Kowala. Czuj się jak u siebie – zakończył. Wiem, byłem wtedy chyba najmniej miłym gościem, za co serdecznie przepraszam. Stara kontuzja kręgosłupa, która właśnie sobie o mnie przypomniała, plus warunki atmosferyczne i blisko osiemset pokonanych kilometrów za mną złożyły się na redaktorski humorek. Tak, tak, nie pomyliłem się. Z Wrocławia do Warszawy i Warszawy do Leska wyszło mi prawie osiemset kilometrów „myjni” na koszt przyrody. Pięknie, Dom Kowala, lecz ja tego wieczoru nie chciałem oglądać kuźni, tylko prysznic i łóżko. Spać.

Najlepszym planem jest brak planu

Poranek przywitał mnie intensywnym zapachem kawy, wdzierającym się szczelinami drzwi do mojego pokoju. Leniwie otworzyłem oczy i zacząłem rozmyślać nad rozkładem dnia. Wiedziałem czego zwiedzić nie chcę, lecz z określeniem tego, czego potrzebuję już tak łatwo nie było. Dołączyłem do „śniadaniujących” gości obiektu. Tym razem będąc w znacznie lepszym nastroju. Jadalnia, przyozdobiona certyfikatami oraz dyplomami włodarzy, zwiastowała, że mam do czynienia z ludźmi znanymi w Bieszczadach. Postanowiłem zapoznać się z nimi na nowo. Tym razem, jak etykieta przewiduje i mama uczyła.

Grzegorz „Kowal” Michalik to lokalny muzyk, gitarzysta, kompozytor. Człowiek, którego w Bieszczadach nie sposób przeoczyć. Ja trafiłem pod jego dach całkowicie z przypadku. Chociaż to rodzi pytanie, czy przypadki istnieją? Jedną z jego pasji są właśnie góry, w których mieszka i prowadzi biznes. Do tego jest też przewodnikiem. Gdy tylko dowiedział się, kim jestem i po co przybyłem, zaprosił mnie do sali kominkowej swojego domu. Korzystając z obszernej wiedzy o terenie, jaką posiada Kowal oraz mapy rowerowej regionu, zbudowaliśmy plan zwiedzania. Cel był jeden – ominąć Wielką Pętlę Bieszczadzką, ani nie jechać Małą. Zobaczyć Bieszczady, jakich dotąd nie znałem. Nadmienię, że po moim ostatnim, kilkutygodniowym pobycie w tej krainie (trzy lata temu), wydawało mi się, że znam ją dość dobrze.

Startujemy

W tym czasie mglisty poranek zamienił się w dżdżyste przedpołudnie. Pierwsza atrakcja nie była jednak zbyt daleko od miejsca mojego zakotwiczenia. Ubrałem się w przeciwdeszczowy skafander od Seca, o którym kilka słów trochę później i wyruszyłem na podbój Bieszczad, jakich dotąd nie znałem. Co ważne, tym razem dostałem od Suzuki motocykl, który już raz trafił w tym sezonie w moje ręce. Opisywałem go przy okazji majówki z Suzuki. Tak, to V-Strom 650 Travel Pack.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Ostatni kilometr do pierwszego celu trzeba było dojechać krętą i tego dnia również śliską dróżką. Drogą tego nazwać nie mogę. Pas szerokości jednego samochodu, mimo bardzo dobrej nawierzchni, nie daje mi wrażenia bym poruszał się po budowli przeznaczonej do prowadzenia ruchu drogowego, zlokalizowanej w pasie drogowym. Według mojej kwalifikacji – trasa ta, to dobrze wykonany i utwardzony dojazd do pól lub obiektów technicznych. Czemu tak dokładnie opisuję to miejsce, chociaż w naszym kraju podobnych są setki? Ponieważ przestrzegał mnie przed nim Kowal, jako przed miejscem szczególnie niebezpiecznym dla motocyklistów. Do tego, w środku pola umiejscowiony był billboard grzmiący ostrzegawczym tonem, skierowany do motocyklistów…

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Cóż, widząc to miejsce, przypomina mi się wypowiedź znanego podróżnika, autora wielu tekstów o tej tematyce, dziennikarza motocyklowego, który jakiś czas temu trafnie skomentował post o kolejnym wypadku na „zakręcie idiotów” pod Bielskiem. Parafrazując jego słowa, jeżeli ktoś się wywraca w tym miejscu to: albo ma niesprawny motocykl, albo nad nim nie panuje. U niektórych, mniej doświadczonych kierowców, występuje tam zjawisko zafiksowania wzroku. Jeżeli masz jedno i drugie wtedy „gleba” gwarantowana.

Warto, będąc w Bieszczadach, zmierzyć się z tym śmiertelnym zakrętem i wyrobić sobie opinię na jego temat. Ja pomimo śliskiej nawierzchni i prędkości 20 km/h, które uważam za stosowne w tym miejscu, przebrnąłem w obie strony bez najmniejszego problemu.
Szybowisko Bezmiechowa, to miejsce godne polecenia z kilku względów. Gdy jest dobra pogoda, o której ja mogłem tylko pomarzyć, widać stąd niesamowitą panoramę gór, w które przybyliśmy. Obiekt należący do Politechniki Rzeszowskiej jest też jedynym miejscem w Polsce, z którego szybowce mogą startować bez pomocy wyciągarek lub samolotów. Do tego, kierując się żółtym szlakiem za restauracją, możemy w pobliskim lesie zobaczyć świetne rzeźby wykonane w drzewach. Spójrzcie na warunki atmosferyczne, które towarzyszyły mi podczas wyjazdu i domyślcie się, z ilu atrakcji tego miejsca udało mi się skorzystać.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Nowe ikony Bieszczad

Co łączy Suzuki V-strom 650 z muralami Andrejkowa? Za każdym razem, gdy mam z nimi kontakt, robią na mnie podobne wrażenie. Jak już pisałem wcześniej, V-stroma 650 testowałem na początku sezonu i cieszę się, że na jego zakończenie mogłem znowu dosiąść tej maszyny. Moim skromnym zdaniem, motocykl ten, to kwintesencja prostej, jednoosobowej turystyki. Szerzej o tym jednośladzie w teście, który możecie przeczytać na łamach Motovoyager.pl. Skupię się w takim razie na muralach. Sanocki artysta, Arkadiusz Andrejkow, blisko dziesięć lat temu postanowił przyozdabiać południowowschodnią część Polski w swoje dzieła. Inispiracją jego prac stały się, jak napisał na swojej stronie „miejsca, które same w sobie są obrazami”. Ze swoją sztuką zakorzenił się bardzo głęboko w Bieszczadach, czego efektem są napotykane w różnych miejscach i na różnych obiektach murale. Autentyczność punktów, w których one powstają, dobór barw i kunszt całego wykonania, za każdym razem robi na mnie spore wrażenie. Podoba mi się taka forma wyrażania sztuki. Według mnie nadaje ona charakteru całemu regionowi i liczę, że nie spowszednieje szybko. Póki co, jak dla mnie jest „ze smakiem” i zawsze, gdy widzę gdzieś w Bieszczadach dzieło tego autora, staję, by przyjrzeć się dokładniej szczegółom.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Zapora i zbiornik w Bieszczadach. Oczywiście Myczkowieckie!

Kolejnym punktem na mojej trasie było Jezioro Myczkowieckie. Czy to substytut Soliny? Może trochę tak, ale na pewno nie wyszukany na siłę. Jako, że moim celem było omijanie miejsc oczywistych, skierowałem się właśnie nad ten zbiornik wodny, by strzelić kilka fotek. Został on stworzony sztucznie, a jego kubatura sięga 11 mln mᶟ wody i około 2 km² powierzchni. Ponadto malownicza okolica, oraz zapora, tworzą klimat podobny do solińskiego, jednak miejsce to jest w dużo mniejszym stopniu zaludnione przez turystów.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Tuż obok zapory rośnie w siłę baza turystyczna z zapleczem dla motocyklistów. To właśnie to miejsce przykuło moją uwagę. Myczkowianka, bo właśnie o niej mowa, to nie tylko restauracja, lecz także kompleks turystyczny, rzekomo przyjazny motocyklistom. Obiekt ten prężnie rozwija swą działalność, zwłaszcza w mediach społecznościowych. Z tego powodu chciałem przekonać się, jak wygląda na żywo. Zapewne z uwagi na pogodę, byłem na tamten moment jedynym gościem.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

„Ciut” po godzinie dwunastej to czas na moje drugie śniadanko. Postanowiłem więc rozejrzeć się w tym miejscu i sprawdzić, czy ogólnie panujące w środowisku pozytywne opinie na jego temat będą zbieżne z moją osobistą. Młoda dama za barem w nieuprzejmym tonie postanowiła mi nie doradzić, jakie danie z karty powinienem wybrać, aby zadowolić moje podniebienie. Pierwsza moja myśl była taka, że jednak warto zawsze samemu sprawdzać miejsca polecane przez innych i dobrze się stało, że tu dotarłem, by o tym napisać. Kolejna jednak myśl była taka, że gdyby gospodarz, który mnie gości, ocenił mnie zaraz po przyjeździe, mógłby uznać, że jestem humorzastym nastolatkiem, a nie dorosłym facetem. Reasumując – każdy może mieć swój słabszy dzień, więc grzecznie odpuściłem pani z obsługi i sam wybrałem pierogi z jagodami oraz herbatę z cytryną na rozgrzewkę.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Podczas oczekiwania na zaserwowanie posiłku do restauracji wszedł uśmiechnięty od ucha do ucha człowiek, który w bardzo zabawny sposób mnie zagaił. Z tej krótkiej zaczepki wywiązała się ciekawa rozmowa. Marcin „Obcy” Szczepański, bo to właśnie on był tą tajemniczą osobą, okazał się właścicielem całego obiektu. Oprowadził mnie on po swoim kompleksie turystycznym, ponieważ Myczkowianka to nie tylko restauracja, lecz schludna i nowoczesna baza noclegowa, sklep z lokalnymi produktami oraz skansen w pobliskich zabudowaniach. Widać, że włodarz tego miejsca prężnie się rozwija, dając motocyklistom świetne zaplecze w podróży, z naciskiem na bieszczadzki klimat. Z punktu widzenia podróżnika, doceniam takie inicjatywy, dlatego mam nadzieję, że wrócę tam jeszcze nie raz.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Aaa, byłbym zapomniał – pierogi były pyszne.

Prawdziwe Bieszczady

Ze względu na to, że ja przyjechałem szukać miejsc mniej komercyjnych, tak więc po krótkim postoju, szybko wróciłem na swój szlak. I teraz każdy może mi zarzucić populizm. Żeby dotrzeć do kolejnego mojego punktu wyprawy musiałem wjechać na część Wielkiej Pętli. Niestety, przebieg dróg jest taki, że pomimo najszczerszej chęci czasami na te utarte szlaki wjeżdżać musiałem. Wybaczcie. Tak oto dotarłem do Lutowisk. Lutowiska, a właściwie Park Gwiezdnego Nieba „Bieszczady” to punkt widokowy położony w Bieszczadach Zachodnich.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Z tego miejsca, przy idealnej pogodzie w nocy, możemy najwyraźniej w całej Polsce zaobserwować gwiazdozbiory. Wpływ na to ma położenie tego obszaru, dookoła którego brak jakichkolwiek wielkich ośrodków urbanizacyjnych, których łuna mogłaby zakłócać widoczność. Punkt ten to parking, z wielką tablicą informacyjną oraz lunetą. Miejsce jest ogólnodostępne, niebiletowane oraz otwarte 24h na dobę. Ja do zmierzchu miałem jeszcze sporo czasu, a i widoków, innych niż ten, do zobaczenia sporo. Tak więc odznaczyłem na mapie, jako odwiedzone i ruszyłem w głąb prawdziwych Bieszczad. Bo właśnie taki odcinek miał mnie teraz czekać.

Dookoła Tatr, czyli motocyklem pod prąd szukając atrakcji nieoczywistych [Powered by Suzuki & Seca]

Tak byłem zaaferowany trasą, że nawet nie zauważyłem poprawy aury. Deszcz przestał padać, a ja mogłem zdjąć moją przeciwdeszczową pelerynę od SECA. Przyszedł też czas na podsumowanie, w jaki sposób się sprawdziła. Mokry zamek w kombinezonie świadczył o tym, że produkt ma swoje grzeszki. To już nie pierwszy raz, kiedy przepuściła ona wodę do wewnątrz właśnie w tym miejscu. Na szczęście mój ulubiony Arrakis II, po którego sięgnąłem odwieszając na półkę bardziej letniego X-Toura, poradził sobie z przenikaniem wilgoci w głąb odzieży. Nie będę oceniał stylu, czy kroju płaszcza przeciwdeszczowego. Jego kolorystyka jest również dla mnie logiczna. Podczas deszczu widoczność na drodze jest ograniczona, toteż jaskrawe barwy ułatwiają dostrzeżenie motocyklisty innym kierowcom. Ale wymagać ochrony przeciwdeszczowej na najwyższym poziome to już muszę. Bo właśnie do tego ta część motocyklowej garderoby została stworzona. Podczas majówki z Suzuki, jadąc w słupie deszczu (a momentami deszczu ze śniegiem) zawiodła całkiem, puszczając po chwili wodę na kombinezon. Lało tak, że poddał się również Arrakis. Wybaczam, bo były to warunki bardziej narciarskie, niż motocyklowe. Ale teraz, przy jesiennych chłodach, znów powrócił temat wpuszczania przez zamek wody do wewnątrz. Ten mankament należałoby poprawić. Do tego dla mnie nakrycie mogłoby być bardziej szczelne, jeżeli chodzi o termoizolację. Piszę, że jest to moje osobiste odczucie, ponieważ rozmawiałem z innym redaktorem na temat owej peleryny i był on wręcz zachwycony jej przewiewnością. Ja jestem ciepłolubny, przyznaję się bez bicia. Na letni deszcz można mieć w zanadrzu pajacyka przeciwdeszczowego od SECA, zajmuje bardzo mało miejsca, więc myślę, że warto się w niego wyposażyć. Jeżeli jednak jedziecie w świat i potrzebujecie długotrwałej ochrony, powinniście rozejrzeć się za innym produktem, bo ten nie spełni waszych oczekiwań.

Dziko jak w Nasicznym

Zaraz za Lutowiskami opuściłem sławetną drogę nr 896, udając się mniej uczęszczanym szlakiem przez Dwernik, do miejscowości Nasiczne. To właśnie tutaj zasmakowałem prawdziwych Bieszczad. Wąska droga przez Bieszczadzki Park Narodowy poprowadziła mnie w surowy klimat tego miejsca. Drewniane chaty, pastwiska, cisza i spokój. Widać, że cywilizacja nie zasiała w tym miejscu spustoszenia. Jest ono bardzo wycofane z obecnie gnającego świata, tworząc przy tym obraz dzikości, którego szukałem od dłuższego czasu. Tak à propos zasmakowania, to wielkimi krokami zbliżała się pora obiadu. A ja tym razem byłem na niego umówiony.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Podczas porannego planowania trasy, opowiedziałem Kowalowi, że chciałbym spróbować jakiegoś specjału lokalnej kuchni. Ten bez zastanowienia skierował mnie w miejsce, które zagwarantuje mi to, czego szukałem. Co więcej, umówił mnie na wizytę w tym miejscu w porze obiadowej, załatwiając nie tylko posiłek, ale i przejazd, bo wiązało się to z pewnymi utrudnieniami.

Fuczki w bacówce

Po czym poznać dobrą restaurację? Po tym, że ciężko się do niej dostać. Jadąc w umówione miejsce mijałem kolejne, owiane sławą, nie do końca święte i dobrze naostrzone restauracje, do których kolejka ludzi wybiegała aż na parking przed budynkiem. Znałem te miejsca z poprzedniego, komercyjnego pobytu w Bieszczadach i pamiętam, że żadna z nich nie zaoferowała mi dania, które miałem skosztować. Koniec utwardzonej drogi i znikający zasięg w nawigacji zwiastowały, że jestem blisko. Zjechałem na szutry, by kolejny odcinek pokonać typowo leśnym duktem. Następnie, przez drewniany most, dotarłem aż do parkingu przed zielonym szlabanem, znajdującego się nieopodal budynku Straży Leśnej. Dzięki temu, że wcześniej otrzymałem pozwolenie, szlaban otworzył się, a ja stromym, kamienistym podjazdem, powoli wdrapałem się do miejsca, gdzie miałem spożyć swój wymarzony obiad. Od razu nadmienię, że do szlabanu dojechać może każdy, kto ma chociażby minimalne pojęcie o jeździe po nieutwardzonej nawierzchni (to mój poziom) i nie boi się śliskiego, drewnianego mostu. Pozostała część drogi, to niecałe 10 min piechotą. Każdy motocyklista może zostawić sprzęt na parkingu, obok budynku Straży Leśnej i przejść się do samej bacówki na piechotę.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Bacówka PTTK Jaworzec, bo to właśnie ona była celem mojej podróży, położona jest na skrzyżowaniu kilku szlaków górskich w okolicy Wetliny. Budynek wzniesiony został na wysokości 600 m n.p.m. Z ciekawostek warto nadmienić, że obiekt do dnia dzisiejszego nie posiada zasilania elektrycznego z sieci i korzysta z własnych generatorów prądu. Po zmierzchu większość lamp na jego terenie zasilana jest z baterii. Nie wynika to jednak z problemów z rozbudową sieci energetycznej, lecz jest to wola właścicieli tego miejsca. Pragną oni, by klimat tam panujący, był jak najbardziej surowy, górski i bieszczadzki.
Wróćmy jednak do celu mojej podróży, a więc obiadu. Składał się on z żuru z jajkiem i tajemniczych fuczek. O żurku nie będę się wiele rozpisywał. Był dobry, pożywny, sporządzony na zakwasie. Zawarta w nim mięsna „wkładka” na pewno pozwoli zregenerować siły wędrowcom, którzy postanowią skorzystać z usług tutejszej kuchni. Mnie natomiast bardziej interesowały owe fuczki. Przyznam, że nazwę usłyszałem pierwszy raz w życiu i celowo nie sprawdziłem w Google, „z czym to się je”. Chciałem zostać zaskoczony. I zostałem.

Prosty przepis na pyszny wyjazd – Łemkowszczyzna, czyli Beskid Niski i Dolina Popradu motocyklem [Powered by Suzuki & SECA]

Wpływ prostej, łemkowskiej i bojkowskiej kuchni na smaki Bieszczad jest bezsprzeczny. Fuczki bieszczadzkie to placki na wzór tych ziemniaczanych, jednak ich głównym składnikiem jest dobrze odsączona kiszona kapusta. Miesza się z nią ciasto naleśnikowe i przyprawiając dużą ilością kminu i cząbra, smaży na oleju lub maśle. I właśnie takie danie otrzymałem. Smak kapusty był dosyć nijaki, co mnie zaskoczyło, ponieważ doczytałem naprędce, że do przygotowania dania używa się kapusty kiszonej, która w moim regionie jest bardziej kwaśna i ostra. Ta zaserwowana być może była kapustą młodą. Lekko mdły smak placków przełamywał jednak kmin i chyba cząber, nadając potrawie wyrazisty aromat .

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Do tego całość podana została z sosem śmietanowym, o delikatnej nucie czosnku. Posługując się nomenklaturą muzyczną była to bardziej szesnastka, niż ćwierćnuta posmaku. Natomiast dominującym składnikiem sosu był świeży koper. Uczciwa porcja fuczek składała się z trzech, sporej wielkości, placków. Prosty, bardzo ciekawy smak, którego nigdy wcześniej okazji nie miałem skosztować. Polecam każdemu, kto będzie w okolicy. Zarówno to miejsce, jak i samo danie. Dzięki takim „smaczkom”, z uwagi na lokalizację, w jakiej się znajdowałem, mogłem poczuć nie tylko dzikość tych gór, ale i smak Bieszczad na podniebieniu. Dla mnie było to doświadczenie bezcenne. W połączeniu z górskim dojazdem dało wspomnienie, którego na długo nie chcę wymazywać ze swojej pamięci.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Podsumowanie

W ten sposób dochodzimy do ostatniego punktu mojej bieszczadzkiej przygody i słów, którymi ją zacząłem. Pod koniec swojej wyprawy chciałem jeszcze zobaczyć jakiś typowo bieszczadzki produkt. Coś, z czego ten region jest znany. W związku z tym, wpadłem na pomysł, by udać się do wypału i zobaczyć, w jaki sposób produkuje się węgiel drzewny. Takich miejsc w całych Bieszczadach pozostało około czternastu. Podobno wyprodukowany w nich węgiel w większej części przeznaczony jest na eksport do Francji i cząstkowo do Niemiec. Tam wyrafinowane restauracje walczą o jego pozyskanie, by wykorzystać go w procesie obróbki termicznej mięs.

Nieznane miejsca na znanym terenie – Śląsk Cieszyński i Beskid Żywiecki motocyklem [Powered by Suzuki & Seca]

Kilka osób poleciło mi Wypał u Zygmunta. Nie byłem świadomy, że człowiek ten był gwiazdą telewizji podróżniczej, bo raczej nie mam czasu na oglądanie TV. Zapadał już prawie zmierzch, a ja podjechałem pod bardzo błotnistą, leśną ścieżkę. Co ciekawe – na składzie drewna zaparkowane stały dwa autobusy turystyczne, które ewidentnie czekały na powrót wycieczki. Postawiłem obok DL-a i poszedłem przez grzęzawisko w kierunku lasu. Wypatrywałem dymu, oczekiwałem spracowanych ludzi i trudnych warunków, surowej bieszczadzkiej dziczy.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Tymczasem doszedłem do miejsca, w którym roiło się od młodzieży w wieku szkolnym. Wśród nich, bardzo ciętym żartem i mocną ripostą brylował król tego miejsca, pan Zygmunt. Szybko zorientowałem się, że show w którym i ja teraz brałem udział, odbywa się dalej, a główny jego bohater odcina kupony od sławy, którą zdobył kilka lat temu. Nie dziwię się jego postawie. Zapracował na to i nikt nie wymaga, by dalej uprawiał ten trudny zawód, jeżeli ma możliwość zarabiania w łatwiejszy sposób. Zwłaszcza, że jak już wcześniej zauważyłem, człowiek ten nie był ograniczony umysłowo, a bystrość odpowiedzi na zadawane przez dzieci i dorosłych pytania, świadczyły, że głowę ma „nie od parady”.

Najbardziej szokującym zjawiskiem w tym całym występie, w którym miałem okazję uczestniczyć, jako widz, była pani opiekująca się wycieczką. Stojąc w białych „adidasach”, zanurzonych praktycznie do kostek w błocie, usiłowała spłycić rozmowę z włodarzem tego miejsca na tyle, że jeszcze chwila, a byłem gotowy pomyśleć, że zacznie do niego mówić bezokolicznikami. Kompletnie nie dostrzegała ona kreacji gospodarza oraz tego miejsca tworząc jakiś komiczny obraz. W jej zamyśle spotkała człowieka prehistorycznego, z którym trzeba się jakoś porozumieć. Momentami wstydziłem się za nią tak mocno, że przestawałem słuchać co mówi, chociaż sam rozmówca widać było, że nie przejmuje się jej zachowaniem.

Nie zapętliłem, a bieszczadowałem – Bieszczady motocyklem bez Wielkiej i Małej Pętli [Powered by Suzuki & Seca]

Kiedy emocje opadły, a po wycieczkach pozostały jedynie ślady na błocie, usiadłem chwilę z Zygmuntem (kazał mi przejść na „Ty”) i szczerze z nim porozmawiałem o tym, czego przed chwilą byłem świadkiem. Na to usłyszałem od niego to sławetne zdanie – Staram się każdy dzień, który mija wymazywać z pamięci. Inaczej już dawno bym zwariował. To już było i nie trzeba do tego wracać…

Cudze chwalicie, swego nie znacie, czyli gdzie motocyklem po Dolnym Śląsku [Powered by Suzuki & Seca]

Każdy ma swoją metodę na życie. Ja, jak już napisałem we wstępie, tę przygodę chcę nosić w sercu i w głowie jak najdłużej. Tegoroczny cykl to ponad 6000 km przejechanych tras na południu Polski. To pięć, całkiem różnych motocykli. To dwa inne kombinezony, para butów, rękawic i przeciwdeszczówka. To cała masa nowych, niepoznanych dotąd przeze mnie miejsc i szlaków. To nowe smaki. I przede wszystkim nowe znajomości, które cenię nawet bardziej niż wszystko, co teraz wymieniłem. Seca i Suzuki Polska to firmy, które umożliwiły mi przygodę, której każdemu z was, drodzy czytelnicy życzę. Liczę też, że moje doświadczenia będą dla was motorem do działań, do zwiedzania zakątków naszego kraju i odnajdywania w nich miejsc nieoczywistych. Dzięki za wszystko.

Hubert Zawieja
Prawdopodobnie urodzony z benzyną we krwi, o czym świadczyć może prowadzone przez niego życie. Właściciel serwisu samochodowego, z zawodu mechanik i elektronik pojazdów samochodowych. Nauczyciel praktycznej nauki zawodu szkolący młodych adeptów sztuki zafascynowanych jak on motoryzacją. Prywatnie zakochany bezgranicznie w motocyklach sportowych, miłośnik sportowej turystyki oraz szalonej przygody. Wolny czas spędza na torach wyścigowych, lub w górach, mierząc się w walce z ostrymi winklami. Zimową porą szlifuje formę na nartach i marzy o nowym sezonie. Na służbie w Motovoyager doniesie o wszystkim, o czym powinniście wiedzieć by nic Was nie ominęło i byście mogli czerpać garściami z najwspanialszego hobby na świecie.


ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

POLECAMY

Buell wznawia produkcję motocykli 1 listopada

Historia Buella jest niezwykle zawiła i do złudzenia przypomina niezdecydowane wahadło. Gdy już wydawało się, że producent ponownie stanie na nogi pod skrzydłami Harley-Davidsona,...

Borkoś brał w udział w wypadku drogowym – kierowca motoambulansu w ciężkim stanie wprowadzony został w stan śpiączki farmakologicznej

Borkosia, czyli Marcina Borkowskiego, mieliście już okazję kilkukrotnie poznać na naszym portalu. O tym zdarzeniu wolelibyśmy nigdy nie pisać, ale stało się. Ratownik medyczny...

Ekstremalna wyprawa na biegun południowy na Royal Enfield Himalayan

Royal Enfield chce udowodnić, że w przypadku ekstremalnej turystyki motocyklowej jest bardzo konkurencyjny, a jego motocykle są na tyle dobre i dopracowane, że nie...

Zmienne fazy rozrządu – technologia w służbie wydajności i ekologii silnika

Zmienne fazy rozrządu w silnikach spalinowych regulują czas podnoszenia się zaworów silnika, w zależności od jego obciążenia i obrotów. Dzięki temu poprawia się wydajność...

Ducati Scrambler 1100 Tribute PRO oraz Ducati Scrambler Urban Motard – nowe modele na rok 2022 [dane techniczne]

Podczas drugiego odcinka Ducati World Première zaprezentowane zostały dwa nowe motocykle, które wzbogacą gamę Scramblera. Czas zaprezentować je również Państwu - poznajcie Scramblera 1100...