niedz., 26 wrz. 2021

Nieznane miejsca na znanym terenie – Śląsk Cieszyński i Beskid Żywiecki motocyklem [Powered by Suzuki & Seca]

-

Tym razem wybrałem się, a właściwie wybraliśmy się, ponieważ zabrała mnie, nowa Hayabusa, na wycieczkę w Beskid Żywiecki i na Śląsk Cieszyński. I było trochę tak, jak z tą nowością z Hamamatsu. Niby po staremu, a jednak całkiem inaczej, nowocześniej, ze świeżej perspektywy. Nim powiecie ja już to znam, wiem, widziałem, sprawdźcie czy oby na pewno nie odkryłem w niej i tam czegoś, co zaskoczy nawet tak wybrednych podróżników jak wy.

Materiał powstał we współpracy z firmą SECA, produkującą odzież dla motocyklistów oraz importerem motocykli marki Suzuki

W podróży niektóre jej elementy potrafią mnie nużyć, bądź do niej zniechęcać. I nie mówię tu o pogodzie, bo na nią przestałem zwracać uwagę już dawno. Wsiadam i jadę, kiedy sobie to zaplanowałem, a o resztę martwię się po drodze. Ot taki motocyklowy styl. Ale żeby dotrzeć w założone miejsce, często trzeba pokonać wiele kilometrów autostradami. Nie przepadam za nimi, jak większość z was. Ale tym razem na myśl o nich uśmiech zagościł na mojej twarzy. Wiedziałem, że w Warszawie czeka na mnie tegoroczna nowość, wielki comeback w, wydawałoby się wymarłej, klasie sportowych turystyków w rozmiarze XXL, Suzuki Hayabusa. Sprzęt, którego nikomu w podróży chyba przedstawiać nie trzeba. Sporo miejsca, potężny piec, dyskretna, nowoczesna elektronika, czego tu chcieć więcej? Teleportacji.

Nowa linia TGV Warszawa- Cieszyn

Spokojnie, PKP nie weszło w korporację z francuskim przewoźnikiem. Ci, co marzą o sprawnym połączeniu pomiędzy tymi miastami, zamiast na dworzec, powinni udać się do salonu sprzedaży Suzuki, po nową Haykę. Ja właśnie tak zrobiłem i było warto. Warszawskie popołudnie pożegnałem w bardzo słonecznym klimacie i udałem się na południe Polski. W swoich podróżach nie zastanawiam się już czy zmoknę, tylko czekam, kiedy to nastąpi. I tym razem pogoda mnie nie zawiodła, a od Łodzi, aż w okolice Częstochowy, towarzyszyła mi sroga burza. Dramatyzmu sprawie dodał fakt, że przez cały ten odcinek drogi, która jest w zaawansowanej fazie przebudowy, nie było jakiegokolwiek miejsca, bym mógł się zatrzymać i przeczekać nawałnicę.

Hayabusa to motocykl stworzony do podróży i przy większych prędkościach wręcz klei się do podłoża, po którym się porusza. Lecz na silne boczne podmuchy wiatru, plus słup wody, nawet ona nie była gotowa. Podcinało mi przód przy prędkości 40 km/h, a mojej walce z żywiołem kibicowali jadący za mną i przede mną w samochodach inni użytkownicy tejże „autostrady”. Mam nadzieję, że urozmaiciłem im tym podróż, bo mi do śmiechu wtedy nie było. Ale przebrnąłem, co więcej, po burzy zawsze musi wyjść słońce i tak też się stało.

Obejść się smakiem Cieszyna

Wjazd do Cieszyna zaliczyłem przy pięknym zachodzie słońca. Szybki objazd miasta, żeby mu się trochę przyjrzeć, a następnie kierunek na wyznaczony wcześniej nocleg w prywatnej kwaterze. Wiecie, czym się różni podróżnik-redaktor od podróżnika-podróżnika? Tym, że przybywając na nocleg redaktor nie szuka od razu zimnego piwa, tylko gniazdek 230V żeby podładować wszystkie swoje sprzęty na jutro, a dopiero jak je znajdzie, bierze się za zasłużone piwo. Więc najpierw gniazdka, później nagroda. Gospodarze polecili mi, żebym kolację zjadł U Trzech Braci, więc tam się udałem. Zapytałem na miejscu kelnera, co poleca, jako specjał Śląska Cieszyńskiego, on zaś odparł z uśmiechem na ustach, że burgera i frytki. Do tego znajdowała się w menu spora liczba dań kuchni włoskiej. Już byłem zły, ponieważ nie takich smaków szukam, ale zmęczony podróżą i głodny jak wilk przystałem na przysmak zaproponowany przez pana z obsługi.

Poranek w Cieszynie przywitał mnie promieniami słońca, więc trzeba poszukać śniadania. Tym razem zapobiegawczo wrzuciłem posta na naszą facebookową grupę, i moi kochani podróżnicy podrzucili mi lokalizację tuż obok, jak się okazało, mojego pierwszego celu. Śniadanie w Dworku Cieszyńskim, pięknie, pomyślałem! Zacząłem jednak od pracy, mając w planie zagospodarowany punkt po punkcie przebieg dnia, wiedziałem, że jedzenie nie ucieknie.

Mała rzecz, a Cieszy(n)

Pierwszy cel na mojej mapie miejsc nieoczywistych, w oczywistych miejscach tej wyprawy, to Wenecja, cieszyńska oczywiście. Bo tak zwykło się mówić na to miejsce. Jest to odcinek ulicy Przykopa, na terenie starego miasta w Cieszynie, wzdłuż którego płynie urocza rzeczka Młynówka. Punkt dużo bardziej klimatyczny, niż sam cieszyński rynek. Tu znajdują się pięknie pomalowane domki, kolorowe mostki oraz galeria sztuki. Urocze miejsce, szczerze polecam odwiedzić je będąc w Cieszynie. Tuż obok jest czesko-polskie targowisko, które nadaje miejscu dodatkowego klimatu. Czas więc na moje śniadanko. Kolejny kulinarny zawód. Pani w dworkowym okienku poinformowała mnie, że z karty śniadań dostępna jest jedynie kawa, ponieważ kuchnia przygotowuje posiłek dla obozu sportowców. No cóż, posilony kawą i własną śliną, którą przełykałem z głodu od pół godziny, ruszyłem do Ustronia, gdzie umówiony byłem z Remigiuszem Dancewiczem.

Rdzawe Diamenty

Muzeum Motocykli Zabytkowych Rdzawe Diamenty w Ustroniu to kolejny punkt na mojej mapie podróży, który postanowiłem odwiedzić z aparatem. Przy wejściu powitał mnie z uśmiechem na twarzy gospodarz tego miejsca, Remigiusz. Chodź, pokażę ci moje zbiory, odparł po przyjacielsku, a ja się przy tym wcale nie opierałem, w końcu to cel mojej wizyty.

Mało jest informacji na temat tej kolekcji w Internecie, toteż nie do końca wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Jednak to, co zobaczyłem przerosło moje oczekiwania. Zbiór, który posiada Remigiusz, w rzeczy samej zasłużył na swoją nazwę. W jego muzeum goszczą prawdziwe diamenty motoryzacji. Część motocykli jest zachowana w oryginalnym stanie, niektórych odbudowa już trwa, są też takie, które czekają na swoją kolej. Mogłem zobaczyć tam z bliska kawał motocyklowej historii, a wśród niej Jawy, Zundapy, DKW, czy Urale. Było też sporo krajowych akcentów jak Komary WFMki, SHLki czy WSK.

Jednak to, co wyróżnia kolekcję z Ustronia, to kilka białych kruków wśród motocykli zabytkowych. M.in. niesamowite, czerwone Benelli, którym armia Mussoliniego postanowiła zdobyć front wschodni. Tak, to nie żart, kiedy inni myśleli jak tu się zakamuflować, Włosi pomalowali swoje motocykle na czerwono. Jak widać dla nich motocykl musiał się prezentować, nawet gdy jechał na wojnę. Kolejnym przyrdzewiałym diamentem był francuski Gnome Rhone AX2, motocykl opisywany już na naszym serwisie. Ciekawostką jest, że na froncie motocyklem tym wyciągano samoloty z hangarów. Takich smaczków jest tam więcej, ale nie chcę uchylać zbytnio rąbka tajemnicy, bo będąc w tej okolicy musicie umówić się na zwiedzanie tej okazałej kolekcji, by zobaczyć to na własne oczy. Co najbardziej urzekło mnie w tym miejscu? Właściwie to kto… Jego włodarz, z zasobem wiedzy o każdym z posiadanych motocykli. O który bym go nie zapytał, to znał jego historię a, co dla mnie ciekawsze, potrafił mi też odpowiedzieć w jakich okolicznościach go zdobył. Miałem ochotę zostać tam do wieczora i karmić swoje uszy tymi opowieściami. Niestety czas naglił no i ten głód, o którym z wrażenia, jakie wywarło na mnie miejsce, na chwile zapomniałem, nie pozwoliły mi zrealizować tego planu. Żegnam się z Remigiuszem i ruszam dalej.

Delicje z Ustronia

Nie załapałem się na śniadanie, a na zegarze dobiło już południe, więc mogłem skorzystać z przerwy na lunch. Polecono mi na tę okoliczność Cukiernię Delicje, która de facto nie była cukiernią jak nazwa wskazywała, lecz naleśnikarnią. Wypełniony po brzegi lokal, oraz ogródek letni przed nim, zwiastowały, że trafiłem pod dobry adres. I nie tylko adres był dobry w tym miejscu, ponieważ pulchne naleśniki z musem jabłkowym, polane sosem truskawkowym i przyozdobione bitą śmietaną były przepyszne.

Sekret dobrego naleśnika to przede wszystkim dobre ciasto. Dla mnie musi być puszyste, niezbyt suche oraz nieociekające tłuszczem od smażenia. Do tego sos był zrobiony z utartych truskawek z dodatkiem cukru trzcinowego, a całość przyozdobiona miętą. Rewelacja. Słyszałem rozmowę klientów zasiadających przy stoliku obok, która wskazywała na to, że przyjechali oni blisko 70 km tylko po to, by nacieszyć swoje podniebienie miejscowymi specjałami, a menu karty znają doskonale i większość jej pozycji wypróbowali już na swoim podniebieniu. Zapewne gdybym miał bliżej do Ustronia, robiłbym podobnie. W końcu mogłem poczuć się syty i ruszyć na podbój Ziemi Żywieckiej.

Wiślany zator

Nie miałem w swoim planie zwiedzania Wisły, ponieważ odniosłem wrażenie, że każdy, kto przybywa w tę okolicę, właśnie tam się kieruje. Pewności o tym nabrałem stojąc w gigantycznych korkach na wjeździe do miasta. Remont drogi prowadzącej przez tę miejscowość ciągnie się już od długiego czasu i zakończenia jego niestety nie widać. Póki, co ja zalecam omijać to miejsce, bo szkoda czasu na wygrzewanie się w 40 stopniowym upale stojąc w korku. Gdybym tego szukał, to bym został w Warszawie. Przebrnąłem przez rozkopaną Wisłę i skierowałem się na południe, by dotrzeć do miejsca mniej uczęszczanego, przecież na takich zależało mi najbardziej.

Każdy ma swój Trójstyk

Dwadzieścia kilometrów dalej dotarłem do kolejnej atrakcji tych okolic. Trójstyk Jaworzynka czyli miejsce styku granic trzech państw: Polski, Słowacji i Czech. Do punktu widokowego prowadzi asfalt, łatwo wiec tu dojechać motocyklem. Na co możemy liczyć w tym miejscu? Ładna polana, mały bar oraz trzy wiaty do odpoczynku. Każda na terenie innego państwa. Do tego słupki graniczne wszystkich trzech krajów oraz obelisk oznaczający punkt styku. Niby nic wielkiego, ale miejsce spokojne, zadbane, dobrze naświetlone i bardzo przyjemne. Wręcz idealne na biwak, czy odpoczynek. Bar znajduje się za czeskim płotem, lecz płatność za napoje i drobne posiłki jest możliwa w polskiej walucie. Karty płatnicze w tym miejscu nie są akceptowane, o czym trzeba pamiętać chcąc tu się posilić. Kupiłem bezalkoholowe piwko i miałem do wyboru aż trzy kraje, w których mogłem je skonsumować. Nie mogłem się jednak zdecydować, w którym kraju tego dokonać. Poprosiłem panią z obsługi, by mi pomogła wybrać. Na to ona zapytała czy jestem może księdzem? Bo jeżeli tak, to najlepiej wypić je w Czechach gdyż, tam ustawowo jest wyższa tolerancja zawartości alkoholu we krwi dla duszpasterzy. Ksiądz musi wrócić po Mszy do domu często pojazdem, tak mi to zostało wyjaśnione. Nie jestem księdzem, a mój trunek nie posiadał alkoholu, więc ostatecznie wypiłem go po polskiej stronie trójstyku i udałem się w dalszą podróż. Teraz chętnie spojrzałbym na wszystko z góry.

Pierwsze wrażenie nie zawsze prawdziwe

Premiera nowej Hayabusy nie przeszła bez echa. Miłośnicy poprzedniego modelu krzyczeli, że stara nie nowa, producent natomiast przechwalał się osiągnięciami, dzięki którym ten motocykl stał się lepszy. Przyglądałem się tej wrzawie na spokojnie, czekając na możliwość przekonania się, jaka ona rzeczywiście jest. Okazja by to sprawdzić pojawiła się dosyć szybko, a ja zasiadłem za jej sterem tuż przed krajową premierą początkiem maja tego roku.

Sam przejazd z Wrocławia do Warszawy nie powiedział mi wtedy za wiele o charakterze tego monstrualnych rozmiarów sprzętu. Było szybko, bardzo płynnie, ale czy wygodnie, praktycznie i nowocześnie, tego okazji sprawdzić tak naprawdę nie miałem. Więc kiedy inny egzemplarz nowej Hayabusy dostał się, po tych kilku miesiącach, w moje ręce, mogłem nareszcie odpowiedzieć sobie na te pytania.

Test autostradowy zaliczyła na piątkę, nawet z dużym plusem, w końcu to maszyna stworzona do pokonywania dalekich odległości. Pozycja, może nie męczy kierowcy, ale wymusza sportowe ułożenie ciała, co na dłuższą metę nie będzie ułatwiało jazdy. Sam motocykl sprawia wrażenie bardzo statecznego i tak w rzeczywistości jest. Aerodynamika dociska go wręcz do drogi, a prowadzenie przy dużych prędkościach to bajka. Ciężko jest tego kolosa wyprowadzić z równowagi, ale jak już pisałem wcześniej, potężna burza, a w właściwie deszcz i podmuchy boczne wiatru, podołały temu zadaniu. Miejsca dla kierowcy i pasażera jest aż nadto, łatwo też zapakować się z ładunkiem.

Ale to wszystko było już w poprzednich edycjach tego motocykla. Ja chciałem się dowiedzieć, co jest nowe, inne i mam nadzieje, że lepsze. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę to hamulce. Haya w końcu zaczęła hamować. Do tego odkryłem walory bogatej elektroniki i poprawione sterownie przepustnicami tak, że w końcu mogę pochwalić system ride by wire w wykonaniu inżynierów z Hamamatsu. Tu odnotowałem duży postęp względem zeszłorocznych modeli z tej stajni. Bardzo subtelna jest tez jak na Suzuki kontrola trakcji, jak zawsze pozwala na wiele, ale czuwa nad bezpieczeństwem, zwłaszcza w deszczu i na sypkiej nawierzchni. Skąd to wiem? A właśnie stąd, że postanowiłem wjechać motocyklem na sam szczyt. I to nie byle jaki.

Naszła mnie ochota na szczyt Ochodzitej

Z trójstyku skierowałem się ku górze. Potrzebowałem punktu widokowego, z którego nie tylko zobaczę panoramę Beskidu Śląskiego, lecz zrobię to siedząc na motocyklu. I to nie crossowym, czy chociażby ADV, lecz na sportowo-turystycznej Hayabusie. Udałem się na Ochodzitą i stromym betonowym duktem wjechałem na sam jej szczyt. Rozpościera się stamtąd niesamowity widok na Beskid Śląski. Jest kilka punktów widokowych oraz wyciąg narciarski. Można odpocząć na ławeczkach, relaksując się wspaniałym pejzażem. Na dole, przy samym wjeździe na górę, znajduje się Karczma o tej samej nazwie co szczyt.

Podobno miejsce bardzo znane i popularne wśród motocyklistów. Z założenia omijam znane atrakcje, toteż odpuściłem sobie tę kultową restaurację, by wieczorem znaleźć coś nowego i myślę, że opłacało się.

Metoda na upał w podróży

Sam nie wiem czy to od tych atrakcji, czy pod wpływem motocykla a może to ta pogoda? W końcu mamy szczyt sezonu letniego i motocyklowego. Tak czy inaczej zrobiło mi się gorąco. Podobnie jak w przypadku deszczu, również, nadmierny upał potrafi mi zepsuć zabawę na motocyklu. Oczywiście z dwojga złego wybieram tę drugą opcję ale tylko dlatego, że wiem, jak się ubrać w podróży. Porzuciłem swój testowy kombinezon SECA ARRAKIS II w którym jeżdżę od początku sezonu na korzyść pewnej nowości dedykowanej przez firmę SECA na bardziej letnie wypady. Kurtka i spodnie SECA X-Tour w jasnej szacie graficznej to produkt który postanowiłem założyć na siebie na ten letni wyjazd.

Przede wszystkim kolorystyka GRAY mniej nagrzewała się od słońca podczas jazdy i niechlubnych wiślanych przestojów, do tego duża ilość wywietrzników i zdecydowanie lżejsza gramatura stroju niż w przypadku ARRAKISA zadecydowały o tym, że to ten komplet zabrałem ze sobą na test. Nie chcę opisywać tutaj produktu bo to nie miejsce i czas jeszcze na to ale zrobił na mnie całkiem dobre wrażenie. A było też z nim zabawnie, ponieważ kombinezon nie posiada tradycyjnych guzików zewnętrznych lecz wszyte są w to miejsce magnesy. Póki co pozostawię waszej wyobraźni ciąg dalszy tej historii ale każdy chyba wie, że z magnesami bywa wesoło.

Ż jak życie

Po przybyciu do tego miejsca może ono zostać zamknięte w ciągu pół godziny – nawigacja przypomniała mi, jak szybko mija czas i która już godzina. W bramę następnej atrakcji, którą pragnąłem zobaczyć, wjeżdżam 15 minut przed jej zamknięciem. Podenerwowany strażnik zapytał, czy mam ochotę zwiedzać, bo jeżeli tak, to szybko zaprasza po bilet, zaraz kończą pracę. Oczywiście, że chcę zwiedzać. Poszedłem do kasy i nabyłem ostatni tego dnia bilet wstępu do Muzeum Browaru Żywiec. Obiekt odzyskał swą świetność dwa lata temu, po gruntownym remoncie. Jest bardzo nowoczesny i multimedialny, aż nie pasuje do niego łatka muzeum. Wśród wielu pomieszczeń każde jest tematycznie związane ze złotym trunkiem, lecz nie tylko pod kątem jego produkcji, ale i spożycia oraz dystrybucji.

Przyglądając się temu obiektowi od wewnątrz, drugi raz tego samego dnia, naszła mnie ta sama myśl, że można połączyć nowoczesną elektronikę, z tradycyjnym wdziękiem, nie tracąc na jakości i nie wystawiając się na pośmiewisko. Pierwszy raz oczywiście myślałem o motocyklu, który testuję, teraz o muzeum browaru Żywiec. Na koniec zwiedzania każdemu, kto przebrnął przez szereg multimediów, przysługuje skosztować miejscowego specjału. Dla kierowców oczywiście w wersji zero. Koszt zwiedzania to 30 zł za osobę dorosłą oraz 15 zł za osobę nieletnią, lecz pod opieką osoby dorosłej. Część wystawy jest zamknięta z uwagi na jeszcze panujące obostrzenia, ale to, co już tam zobaczyłem, wywarło na mnie wrażenie, więc nie mam powodu żeby żałować tej wizyty. Później rozmawiałem z kilkoma osobami mieszkającymi na terenie Żywca i okolic, które ze zdziwieniem przyjęły informację o tym, że takie muzeum istnieje i, że tak wygląda. A ja się dziwiłem, że oni tego nie wiedzą. Ot, żyć trzeba umieć jak głosiła reklama.

Żar zachodzącego słońca

Zachód słońca w tej okolicy najlepiej podziwiać jest z góry Żar. Odpaliłem Suzuki i przy basowym akompaniamencie silnika wciągnąłem się serpentynami na sam wierzchołek obranego celu. Zdążyłem na piękny zachód, podziwiając panoramę gór i jeziora. Teraz mogę jechać do hotelu na zasłużony wypoczynek. Kieruję się w stronę Bielska, lecz po drodze przystaję jeszcze na Zaporze Tresna, miejscu spotkań okolicznych motocyklistów. Krótka rozmowa o spędzonym dniu z innymi fanami jednośladów okazała się na tyle owocna, że już wiedziałem, dokąd mam się udać na kolację.

Za namową spotkanych motocyklistów uległem golonce w wlikowickiej Coloracie. Danie nie było lokalnym specjałem, lecz strawą bardzo polecaną przez miejscowych, niech będzie, że się liczy. Potężny kawał pieczonej golonki w asyście musztardy i chrzanu zawsze robi na mnie dobre wrażenie, i tym razem się nie zawiodłem. Po pysznej kolacji zjazd na hotel w Rybarzowicach i znów tradycyjne moje pytanie, czy w pokoju są gniazdka 230V. Dalej stały rytuał, piwo, socialmedia i spanie. Ale nim zasnąłem, zrobiłem sobie mały rachunek sumienia, cały czas czegoś mi brakowało. Były atrakcje, były przygody, było jedzenie, ale nie było dobrych dróg. Niestety zabrakło w tym wszystkim dobrej jakości asfaltów i nietuzinkowych przełęczy. Burczało mi w baku z głodu zakrętów. Dobrze, że jeszcze jeden dzień miałem w zanadrzu, postanowiłem więc znaleźć przełęcz w okolicy, godną Hayabusy.

Starcie dnia Kocierska vs Przegibek

Wstałem trochę wcześniej, a przez otwarte okno pokoju wdzierał się już mocny aromat kawy ze śniadania. Miałem już plan na nietuzinkowe przełęcze i sam nie wiem czy bardziej głodny byłem strawy czy zakrętów, które miały mnie czekać. Szybkie śniadanie, pakowanie i w trasę.

Nowa Suzuki Hayabusa III generacji 2021 – elektronika rządzi! [dane techniczne, moc, cena]

 

Przełęcz Kocierska na mapie wyglądała całkiem dobrze, gorzej już było z nią podczas wizji lokalnej. Dziurawy jak ser asfalt, zapadnięte pobocza oraz zarośnięte krzakami rowy ograniczające widoczność, to nie było to, czego szukałem. Na drodze spotkałem sporo motocyklistów, jadących bardzo turystycznym tempem. Ostatnia deska ratunku to Przełęcz Przegibek, to nią miałem wjechać do Bielska i wrócić autostradą do Warszawy. Ten plan nie zawiódł, trochę w ucieczce przed burzą, lecz suchą nogą przejechałem całą przełęcz z uśmiechem na ustach. Nowy asfalt, dobrze wyprofilowane zakręty i wspaniałe widoki towarzyszyły mi przez cały przejazd. Mam swoje asfalty. Poczułem się spełniony. Teraz mogłem wracać do Stolicy.

Powroty bywają szybkie

Znów hayateleportacja i stoję przed salonem Suzuki. Człowiek się szybko przyzwyczaja do dobrego, toteż ciężko mi było się rozstać z potężną, japońską rzędową czwórką. Wiedziałem doskonale, że nasze drogi jeszcze się kiedyś kolejny raz skrzyżują. Tym razem nie jestem zawiedziony, a wręcz zachwycony tym sprzętem. Warto było dać mu drugą szansę, by odkryć go na nowo, aby mógł się wykazać w zadaniach, do których został pierwotnie stworzony. Hajka okazała się wiernym kompanem nie tylko na autostradzie, ale i na rozkopanych wiślanych trasach czy żywieckich przełęczach. Nie wspomnę już o tym, że wdrapała się na szczyt, szczyt swoich możliwości.

Hayabusa jest kolejnym wcieleniem tego samego modelu, ale w dużo lepszym wydaniu. Fajnie, że są jeszcze takie motocykle, przy produkcji których, myśli się co by tu jeszcze poprawić, a nie jak by tu taniej go zrobić. Takie jednoślady zawsze same się obronią.

Hubert Zawieja
Prawdopodobnie urodzony z benzyną we krwi, o czym świadczyć może prowadzone przez niego życie. Właściciel serwisu samochodowego, z zawodu mechanik i elektronik pojazdów samochodowych. Nauczyciel praktycznej nauki zawodu szkolący młodych adeptów sztuki zafascynowanych jak on motoryzacją. Prywatnie zakochany bezgranicznie w motocyklach sportowych, miłośnik sportowej turystyki oraz szalonej przygody. Wolny czas spędza na torach wyścigowych, lub w górach, mierząc się w walce z ostrymi winklami. Zimową porą szlifuje formę na nartach i marzy o nowym sezonie. Na służbie w Motovoyager doniesie o wszystkim, o czym powinniście wiedzieć by nic Was nie ominęło i byście mogli czerpać garściami z najwspanialszego hobby na świecie.


ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

POLECAMY

Jakie są zalety motocykli? Raport Oxford Economics

Motocykle przede wszystkim kojarzone są z hobby i jazdą dla przyjemności, jednakże poza sprawianiem radości niosą za sobą mnóstwo korzyści, które właśnie zaprezentowane zostały...

Jadąc motocyklem zawsze należy mieć kask ochronny, ale jest jeden wyjątek – kiedy nie musimy go zakładać?

Co do słuszności tego przepisu raczej nie możemy mieć żadnych wątpliwości, gdyż kask ochronny w ubiorze motocyklisty jest rzeczą zdecydowanie najważniejszą i pełniącą najważniejszą...

Ministerstwo Infrastruktury nie poparło interpelacji producentów tablic rejestracyjnych w sprawie zmiany czcionki

Ministerstwo Infrastruktury odrzuciło interpelację producentów tablic rejestracyjnych, którzy wnioskowali o zmianę wzoru czcionki. Swoją propozycję argumentowali faktem, że byłyby one wówczas lepiej widoczne i...

Ceny egzaminów na prawo jazdy mogą wzrosnąć aż o 45%

Ceny egzaminów na prawo jazdy obowiązują od 2013 roku i przez cały czas nie pojawiła się jakakolwiek propozycja zmian cennika. Jednakże wraz ze wzrostem...

Tak Motofiesta zakończyła lato w Pirenejach! I ty możesz poznać uroki motocyklowej jesieni w Hiszpanii…

Już mamy jesień! Niby to stwierdzenie jest prawdą, ale tylko jeśli chodzi o naszą szerokość geograficzną. W innych miejscach w Europie nadal jest lato!...