Kaplica Sykstyńska na kołach
Po odbiór Electry jadę z duszą na ramieniu. Z jednej strony ogromna ekscytacja, z drugiej świadomość gabarytów i wartości rynkowej pojazdu skutecznie podnoszą ciśnienie. Nic to – jeśli nie podołam maszynie, spokojnie zdążę spłacić powstałe szkody. W końcu statystycznie przede mną jeszcze kilkadziesiąt lat życia, a dzieci nie muszą iść na zagraniczne studia.
Brama garażu idzie do góry, a przede mną wyrasta szczyt motocyklowego baroku w amerykańskim wydaniu. W pełnym słońcu Electra robi piorunujące wrażenie, które potęguje metaliczny lakier w kolorze amber whiskey. Złocistorudy odcień wódy pędzonej na myszach idealnie pasuje do tej Kaplicy Sykstyńskiej na dwóch kołach.
Motocykl to pełnoprawna Electra, a jedyne co rzuca się w oczy to mocno wyprofilowane siodło, nieco mocniej wbite w konstrukcję maszyny. Cała reszta, czyli owiewka wielkości żagla na Darze Pomorza, potężny V-Twin śmiało eksponujący swoje wdzięki, system przepastnych kufrów i chrom kapiący jak lody w czerwcowy dzień nie pozostawiają wątpliwości z czym mamy do czynienia.
Wisienką na torcie jest pokładowy Media Markt, czyli rozbudowany system audio, razem z radiem i nawigacją obsługiwany poprzez duży dotykowy ekran. Tegoroczna edycja Electry korzysta oczywiście z dobrodziejstw Projektu Rushmore, czyli szerokiego programu poprawek wprowadzanych w oparciu o opinie użytkowników. Okazuje się, że nie jest to tylko marketingowy bełkot – nowe Harleye z kapryśnej biżuterii wyrosły na przyjazne, niezawodne i w miarę nowoczesne maszyny.
Za obniżeniem siodła poszło jeszcze kilka modyfikacji mających ułatwić życie niewysokim bikerom. Zmieniła się nieco konfiguracja podestów i dźwigni zmiany biegów, a sama kierownica jest trochę bliżej i niżej. Muszę przyznać, że mimo mojego dosyć słusznego wzrostu bardzo ułatwiło mi to początki z Electrą. Pierwsze uniesienie motocykla z bocznej nóżki można porównać z porankiem po niezbyt przemyślanym uniesieniu w towarzystwie pani w rozmiarze XXXL.
Czuć ogromną masę, nogi drżą, a człowiek zastanawia się, czy aby na pewno dobrze zrobił. Kolejnym wyróżnikiem wersji Low są rączki kierownicy o nieco mniejszej średnicy, które łatwiej złapać drobną dłonią i podobno lżej chodzące klamki. Niemało się napociłem operując tymi precjozami, w standardowej Electrze musi to więc być permanentny wycisk dla dłoni. Chwili przyzwyczajenia wymaga obsługa kierunkowskazów, oddzielnymi przyciskami po dwóch stronach kierownicy, która po chwili okazuje się bardzo wygodna, zwłaszcza że po wyjściu z zakrętu migacze wyłączają się same.
Poza typowymi przełącznikami znajdziemy na kierownicy mnogość dodatkowych sterowników, które potrafią na początku lekko przytłoczyć, stłamsić i zirytować (wypisz wymaluj wizyta w ZUS-ie). Po poświęceniu im kilkunastu minut okazuje się jednak, że są dobrane bardzo intuicyjnie i da się sprawnie obsługiwać bonusowe funkcje (radio, nawigacja itp.) nawet w czasie jazdy. Jedyny minus to sterownik kursora na wyświetlaczu, umieszczony w okolicach kciuka pod manetką rolgazu. Jeden fałszywy ruch i zwiększamy obroty silnika, co może mieć przykre skutki na drodze.
Ujeżdżany przeze mnie egzemplarz pozbawiony jest wstecznego biegu, więc manewry parkingowe to cały zestaw ćwiczeń gimnastycznych z dużym obciążeniem. Nie oszukujmy się – obniżona Electra to wciąż ponad 400 kilogramowa Electra, która wymaga od kierowcy naprawdę sporej krzepy. Po kilku nieporadnych ruchach zaczynam jednak czuć motocykl i znajdować drobne patenty, dzięki którym udaje mi się w miarę sprawnie manewrować tym kolosem. Pierwsza jazda miejska ujawnia zabójczą skuteczność potężnej owiewki.

Jedna uwaga-napedzany jest paskiem zebatym a nie lancuchem.Reszta sie zgadza
Jerzyk58 – dzięki, jasne, że pas! Coś automatem poszło i stąd ten błąd.