Efekt Mojżesza
Traf chce, że odbieram motocykl w upalny czerwcowy dzień i mam do przejechania całą Warszawę. Przy niskich prędkościach powietrze za owiewką dosłownie stoi, więc bardzo szybko zmieniam się w pętko białej kiełbasy podgrzewanej na wolnym ogniu. Jazda w korku między autami to w przypadku tego motocykla mocno ryzykowne zajęcie, stoję więc pokornie w sznurze dwuśladowych towarzyszy niedoli, z trudem przełykając doznane upokorzenie.
Na pocieszenie często udaje mi się wywołać tak przeze mnie lubiany „efekt Mojżesza”. Kierowcy aut widząc w lusterku błyszczącego mastodonta chętniej robią miejsce, swoje robi też donośny gulgot potężnego V-Twina. Mimo dużego stopnia stłumienia, wymuszonego normami emisji hałasu, dźwięk wydobywający się z tłumików to prawdziwa symfonia, w której z lubością wychwytujemy kolejne instrumentalne smaczki.
Poza miastem mogę w końcu mocniej odkręcić gaz i przekonać się o turystycznych walorach Electry, które z założenia powinny być imponujące jak biust Dolly Parton. Po pierwsze, nie wiem jak amerykańscy inżynierowie to zrobili, ale motocykl prowadzi się bardzo przewidywalnie i znakomicie wchodzi w zakręty. Oczywiście nie ma mowy o jeździe w sportowym stylu, ale daleko jest Electrze do kredensu na kołach.
Silnik zachwyca momentem obrotowym, który ciągnie niemiłosiernie od samego dołu, jest przy tym niesamowicie elastyczny. Trzeci bieg to w zasadzie namiastka automatu, spokojnie jeżdżę na nim od 20 do 120 km/h. Kiedy jednak przyjdzie już do zmiany biegu, w okolicznych wioskach baby wystawiają w oknach gromnice, a kury przestają się nieść. Biegi wskakują precyzyjnie, ale z dużym łoskotem. Tak ma być!
Nad zatrzymaniem tego parowozu czuwają solidne hamulce tarczowe z ABS-em, które w odróżnieniu od poprzednich generacji Electry po prostu działają i nie przyprawiają o dodatkowe emocje. Kolejny raz okazało się też, że strach ma wielkie oczy, w tym przypadku strach przed dystrybutorem paliwa. Luksusowa hulajnoga spaliła średnio 7,5 litra/100 km, co przy takich gabarytach uznaję za wynik bardzo przyzwoity.
Bardzo dobrze sprawdzają się lusterka wsteczne, które umieszczone są w idealnym miejscu i mimo niewielkich rozmiarów dają dokładny obraz sytuacji za moimi plecami, za którymi można będzie znaleźć również szeroko uśmiechniętego pasażera. Walka o miejsce dla plecaczka to sprawdzony scenariusz na kolejny sezon „Gry o Tron” – gwarantuję, że wszyscy będą się o nie zabijać. Szczerze mówiąc w tym modelu pasażer ma dużo lepiej niż kierowca.
Fotel, bo inaczej nie można tego nazwać, jest obszerny, miękki i posiada wielgaśne oparcie. Zachwycone będą zwłaszcza pasażerki, którym Electra oprócz cielesnej wygody zapewnia masę miejsca w kufrach na zupełnie niepotrzebne klamoty typu lokówka i dodatkową parę szpilek na spacery po Krupówkach.
Dość powiedzieć, że w głównym kufrze spokojnie mieści się kompletny strój motocyklowy plus np. mała lodówka, która dzięki gniazdku 12V szybko schłodzi zapas chmielowego eliksiru. Do dyspozycji są jeszcze dwa duże boczne kufry, spokojnie można więc z połową życiowego dobytku zwiedzać świat. W motocyklu tej klasy (i za te pieniądze) przydałby się natomiast centralny zamek, którego niestety brak.

Jedna uwaga-napedzany jest paskiem zebatym a nie lancuchem.Reszta sie zgadza
Jerzyk58 – dzięki, jasne, że pas! Coś automatem poszło i stąd ten błąd.