Ojcowska salsa
Wyjeżdżamy z Ogrodzieńca – na odcinku do Ojcowa przekonamy się jak sprzęty sprawują się w kategorii „frajda”. Niezliczone zakręty, długie proste i wzniesienia pokażą czy „szosowe enduro” (a fuj!) zasługują na miano motocykli adventure.

Już pierwsze dwa długie łuki upewniają nas, że oba sprzęty w kategorii stabilności mogą być wzorem dla innych. W szybko pokonywanych zakrętach minimalnie na prowadzenie wychodzi V-Strom, zapewne dzięki nieco sztywniejszym nastawom zawieszenia. Versys także zakręty pokonuje z gracją chińskiej gimnastyczki, ale miękki przód w sytuacjach granicznych nie pozwala o sobie zapomnieć.
Zarówno Versys, jak i V-Strom są prawdziwymi mistrzami salsy. Na krętej jak wątki Amber Gold drodze z Olkusza do Ojcowa wystarczą delikatne ruchy bioder by wprawić każdy z motocykli w dowolnej głębokości złożenia. Kręte drogi dla obu podróżników to z całą pewnością naturalne środowisko. Do podniesienia z zakrętu wystarczy przy tym delikatny ruch manetki… „To jak, z powrotem do Olkusza?” – pyta Mariusz. Ten odcinek to zdecydowanie najprzyjemniejsza część testu.

Nadchodzący zmierzch boleśnie odkrywa jedną z najważniejszych wad nowego Versysa 1000 – oświetlenie. Choć reflektor V-Stroma też trudno uznać za wojskowy szperacz, drogę oświetla dość równomiernie i poprawnie. Miniaturowe świecidełko Versysa, choć pięknie współgra z linią motocykla, daje tak mało światła, że muszę cały czas jechać na długich. Zapewne dlatego zapobiegliwy importer wyposażył testówkę w dodatkowe halogeny.

Ostatnim denerwującym szczegółem, o którym wypada wspomnieć jest akcesoryjny wyświetlacz biegów. Po zmroku świeci on tak jaskrawym czerwonym światłem, że nie sposób skupić się na jeździe. Najgorzej jest podczas deszczu – czerwona żarówa odbija się od kropel zostawiając na wizjerze feerię barw. Jako gwóźdź do trumny tego, pożal się Boże, „akcesorium” dodam, że cyfry, które wskazuje nie mają NIC wspólnego z załączonym biegiem. Wskakują losowo, zmieniając się czasem nawet podczas jazdy.
Nie umiem pojąć dlaczego Akashi nie wyposażyło Versysa w normalny wskaźnik w kokpicie – taki, jaki ma V-Strom. Jeśli to celowa robota dla wyłudzenia paru groszy za trefne akcesorium, to… nie, to pewnie tylko zapomnienie.

Wybór między Versysem i V-Stromem nie jest jednak tak trudny jak mogłoby się wydawać. Przy całym ogromie podobieństw każdy z motocykli reprezentuje odmienną filozofię jazdy. V-Strom jest niemiecko twardy – w brzmieniu silnika pobrzękują duchy VW Garbusa i Transportera, wszystko jest kanciaste, poukładane i przemyślane. Versys, mimo swojego niemal agresywnego anturażu, jest motocyklem bardzo łagodnym, przyjaznym i miękkim. Nie dosłownie miękkim, choć z tym widelcem coś bym zrobił, ale miękkim jak miękki fotel prezesa – siadając na jego kanapie od razu czujemy się dobrze i nabieramy przeświadczenia, że to miejsce czeka właśnie dla nas.