Umyłem go, a właściwie ją. Dokładniej niż przez cały poprzedni sezon. Szczoteczką, między szprychami, za chłodnicę też zajrzałem, a nawet w miejsca, których kupujący nie zobaczy przy wymianie napędu i to nie teraz, bo napęd jest igła. Potem zrobiłem zdjęcia. Do ogłoszenia poszły trzy. Na dysku zostało pozostałe trzydzieści siedem.
Tekst: Michał Gessler
Człowiek myśli, że robi dokumentację. Człowiek się myli.
Kupujący przyjechał w sobotę, lawetą, z gotówką w kopercie i z synem, który za miesiąc zdawał na A. Obejrzał, postukał, zapytał o olej, po januszowemu coś tam powymyślał — normalny facet, robiący normalne oględziny i jakieś targowanki o cenę. Ja w tym czasie wygłaszałem instruktaż, o który nikt nie prosił: że na zimno trzeba jej dać minutę, że nie lubi niskich obrotów, że rysa na baku jest spod Waplewa i proszę jej nie polerować, bo to nie jest rysa, tylko wspomnienie. Mówiłem „ona”. On mówił „to”. Spuściłem tysiąc, bo chłopak wyglądał na takiego, co nie będzie stawał na tylnym na osiedlu.
Z boku wyglądało to jak transakcja. Od środka bardziej jak przekazanie dziecka pod opiekę dalszej rodzinie.
Szukasz akcesoriów motocyklowych? Jeśli tak, to polecamy sklep naszych przyjaciół z Motormind. Klikając w poniższy link i dokonując przez niego zakupów dokładacie cegiełkę do rozwoju i utrzymania naszego portalu. Dziękujemy!
Odzież i akcesoria motocyklowe – MotorMind
Russell Belk opisał w 1988 roku „ja rozszerzone”: nasze rzeczy są kawałkiem nas, więc ich utrata jest kawałkiem ubytku. Brzmi jak akademicki ozdobnik, dopóki nie zajrzy się, na czym to zbudował — na rozmowach z ofiarami włamań, które opowiadały nie o stracie mienia, tylko o naruszeniu, i z ludźmi, którzy stracili dobytek w osuwisku i przechodzili coś podejrzanie podobnego do żałoby. Belk zakładał przy tym, że dotyczy to strat mimowolnych, bo rzeczy sprzedane dobrowolnie mamy przecież z głowy.
I tu Belkowi coś się w garażu nie zgadza
Bo decyzję podjąłeś TY. Ogłoszenie twoje, cena twoja, uścisk dłoni twój. Z tego prostego faktu wynika jasny regulamin: przysługuje ci wyłącznie satysfakcja z dobrze zrobionego interesu. Gdybyś stracił motocykl w wypadku albo przez złodzieja, dostałbyś współczucie, herbatę i trzech kolegów pod telefonem. Ponieważ sprzedałeś go sam, dostajesz gratulacje
i pytanie, co bierzesz następne.
Kenneth Doka nazwał w 1989 roku takie sytuacje żałobą nieuznaną: stratą, której nie wypada otwarcie przyznać, publicznie odbyć ani liczyć przy niej na wsparcie. Doka zwracał uwagę, że unieważnieniu podlega czasem nie sama strata, lecz relacja — bo są relacje, których się społecznie nie honoruje. Relacji z maszyną nie honoruje się szczególnie stanowczo – zwłaszcza poza motocyklową bracią. Nie ma na nią nawet przyzwoitego słowa. Jest „przywiązanie do sprzętu”, brzmiące jak rozpoznanie z ICD-11, i jest „sentyment”, brzmiący jak usprawiedliwienie.

Rytuał na szczęście i tak sobie wywalczyliśmy, tylko udajemy, że to coś innego. John Lastovicka i Karen Fernandez opisali w 2005 roku, co ludzie wyprawiają z rzeczami, które coś dla nich znaczą, zanim oddadzą je obcemu. Nazwali to rytuałami odłączenia. Jeden z nich — transfer ikoniczny — polega na sfotografowaniu przedmiotu przed sprzedażą, żeby zatrzymać to, co prywatne, a oddać tylko to, co publiczne. Trzydzieści siedem zdjęć na dysku nie było więc gromadzeniem. Było zabezpieczeniem roszczenia.
Ci sami badacze zauważyli jeszcze jedno: sprzedający potrafią uznać za ważniejsze od ceny to, żeby rzecz trafiła do właściwego człowieka. Po polsku nazywa się to „w dobre ręce”. Fraza żywcem z ogłoszeń o szczeniaczkach — i nikt, absolutnie nikt w tym środowisku nie widzi w tym nic dziwnego.
Pożegnanie…
Ale na grupach motocyklowych znajdziesz pełną oprawę pogrzebową. „Sprzedana. Dzięki za osiem sezonów”, trzy zdjęcia z trasy, w komentarzach czterdziestu chłopa pisze „szacun” i „powodzenia dla nowego właściciela”. To jest nekrolog z kondolencjami i konduktem, odprawiany online, ponieważ w kuchni, w swoim domu, co bardzo prawdopodobne by nie przeszedł. Mężczyźni potrafią zorganizować sobie ceremonię żałobną w mediach społecznościowych, żeby tylko nie musieć powiedzieć na głos, że im przykro. Podziwiam tę pomysłowość bez cienia ironii. Ciekawi mnie jak to jest z co raz większą ilością kobiet, dziewczyn które też jeżdżą i tak jak my przechodzą i przez ten etap motocyklowej kariery.

A teraz część, którą regulamin też przemilcza. Każdy motocykl (z wyłączeniem tych pachnących świeżością salonowych perełek), który kochałeś, kupiłeś od kogoś, kto stał dokładnie tam, gdzie ty stoisz teraz. Ktoś umył go szczoteczką nie omijając szprych. Ktoś zrobił czterdzieści zdjęć i trzy wstawił. Ktoś spuścił ci tysiaka, bo wyglądałeś na takiego, co nie będzie stawał na tylnym. Te osiem sezonów, które właśnie oddajesz, dostałeś od poprzedniego właściciela, któremu było głupio przyznać, że mu głupio. Łańcuch działa w obie strony i w żadnym miejscu się nie rwie.
W pustym miejscu w garażu w okresie bez motocykla stał kompresor. Postał…, a ze trzy tygodnie. Potem musiał się przesunąć ;)
