Niby pierwsza połowa września, ale każdy z nas zaczyna odczuwać, że jesień już nadchodzi. A ten jesienny czas z każdym kolejnym sezonem wygląda podobnie. Nie tylko my, ale i garaż zaczyna powoli przechodzić w stan zimowej hibernacji. Powoli, jak ze zmianą wystroju miejsca w jakim żyjemy na jesienny, tak i w moto-garażu zachodzi coroczny rytuał — stabilizator do baku, ładowarka na klemach, opony pompowane o pół bara ponad normę, żeby nie zrobiły płaskiej stopy do marca…
Tekst: Michał Gessler
To wszystko to krótki rytuał, wykonywany bez entuzjazmu, właściwie nawet ze smutkiem i rozczarowaniem — trochę jak zamykanie domku letniskowego. A potem, w domowym zaciszu, kiedy oswoimy już to uczucie pustki po zakończonym sezonie, każdy z nas walczy, żeby znowu TO poczuć i zadaje to jedyne pytanie, które jesienią, po sezonie, ma jakąś temperaturę — No i gdzie w przyszłym roku?
Destynacyjne konotacje
I tu zaczyna się rzecz, o której motocyklowa gawiedź mówi dużo, a wie mało. Bo odpowiedź na powyższe pytanie nie jest odpowiedzią geograficzną. Jest deklaracją statusową. Zanim ktokolwiek wymieni nazwę kraju, w głowie odbywa się cicha kalkulacja: czy to jeszcze brzmi dobrze. Czy nie jest za wcześnie — bo nikt nie kojarzy. Czy nie jest za późno — bo kojarzą wszyscy. Alpy? Owszem, ale trzeba to powiedzieć z lekkim uśmieszkiem, żeby zaznaczyć dystans. Rumunia? Zależy który rok. Albania? Tu już trzeba się tłumaczyć.
Efekt snoba definiuje się nieintuicyjnie, ale precyzyjnie: to sytuacja, w której wartość dobra dla konsumenta maleje wraz ze wzrostem liczby innych konsumentów tego dobra. Nie chodzi o zatłoczenie parkingu. Chodzi o to, że sama obecność innych odbiera rzeczy wartość. Leibenstein pisał o kapeluszach i biżuterii. My jeździmy „tym” po serpentynach.
Jedno zdanie, które zmieniło wszystko
Warto też pomyśleć skąd bierze się pierwszy impuls? Nie z powolnego dojrzewania świadomości. Z jednej emisji. Transfăgărăszan otwarto dwudziestego września 1974 roku i przez trzydzieści pięć lat była to po prostu droga. W listopadzie 2009 roku ten jeden odcinek „Top Gear” (1 odcinek, sezon 14) z tej trasy obejrzało sześć milionów siedemset tysięcy brytyjskich widzów, Clarkson powiedział zdanie, które wszyscy znamy na pamięć (przytoczymy w oryginale: „We were wrong! This is better than the Stelvio. This is the best road in the world.” ) — i droga stała się jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji Rumunii. Jeden program. Jedno zdanie. Jeden podstarzały złośliwiec, którego i tak wielu lubi – między innymi za złośliwostki oraz „speeeed and power” – jako panaceum na wszelkie problemy gatunku Homo sapiens.
Podobnie sprawa ma się ze sprzętem, a żeby to zaobserwować musimy cofnąć się jeszcze o pięć lat. W 2004 roku dwóch aktorów objechało pół świata na BMW R1150GS Adventure, a segment adventure z niszy stał się rdzeniem rynku. Zwróćmy uwagę na kolejność, bo jest sprzeczna z tym co podpowiada intuicja: najpierw zmienia się flota, potem mapa. Nikt nie kupił GS-a, bo marzył o szutrach w Albanii. Ludzie kupili GS-y, a potem trzeba było znaleźć dla nich szuter.
Motocyklowy zakaz
I dochodzimy do końca wyliczanki. W austriackim Tyrolu od 2020 roku obowiązuje sezonowy zakaz wjazdu na wybrane drogi — w tym na Hahntennjoch — dla motocykli przekraczających dziewięćdziesiąt pięć decybeli, z mandatem dwustu dwudziestu euro. Dwie liczby towarzyszące. Pierwsza: limit przekracza około siedem procent motocykli użytkowanych w Austrii. Druga: czterdzieści cztery procent mieszkańców Tyrolu deklaruje, że odczuwa skutki ruchu motocyklowego od wiosny do jesieni. Siedem procent hałasuje. Czterdzieści cztery procent ma dość. W Tyrolu Południowym poszli dalej i zakazali organizowanych, komercyjnych wycieczek motocyklowych z przewodnikiem, w ramach regionalnego planu klimatycznego. To już nie jest spadek popytu. To gospodarz zamykający drzwi, bo za dużo gości.
I nie jest to ani przypadek, ani złośliwość urzędnika. Richard Butler opisał ten scenariusz w 1980 roku jako cykl życia obszaru turystycznego: eksploracja, zaangażowanie, rozwój, konsolidacja, stagnacja, schyłek albo odmłodzenie. Sześć faz, zawsze te same, różni się tylko czas trwania. Alpy przerabiają właśnie ostatnie pozycje z tej listy.
Wolisz Łódź czy do Tokaj?
A teraz rzecz, którą powinienem był napisać na początku, ale wtedy by nie zadziałała. Na przykład osoba motocyklowa mieszkająca pod Tarnowem. Z Tarnowa do Łodzi, przez świętokrzyskie, jest jakieś dwieście siedemdziesiąt kilometrów. Z Tarnowa do Tokaju na Węgrzech — przez Nowy Sącz, Preszów i Koszyce — mniej więcej tyle samo. Ta sama liczba na liczniku. Ta sama liczba godzin. Ten sam jeden bak – „z hakiem”.
Tyle że w jednym przypadku jedziemy do Łodzi, a w drugim do stolicy regionu winiarskiego wpisanego na listę UNESCO, przez pół Słowacji, po drogach, na których w środku tygodnia można nie spotkać nikogo. I nie mam nic do Łodzi, odwrotnie do Adasia Miauczyńskiego.
I to jest moment, w którym cała ta konstrukcja z Leibensteinem, Butlerem i decybelami w Tyrolu zaczyna wyglądać na coś więcej niż akademicką zabawę, a według innych po prostu bełkot. Skoro wartość kierunku spada wraz z liczbą ludzi, którzy tam jadą — to logika nakazuje szukać nie dalej, tylko gdzie indziej. A „gdzie indziej” wcale nie musi znaczyć „dwa i pół tysiąca kilometrów stąd”.
Dlaczego w Alpy a nie do Estonii?
Powiem to wprost, bo mam wrażenie, że w naszym środowisku jest to lekko wstydliwe: Polska, Słowacja, Czechy, Litwa, Łotwa i Estonia są, z punktu widzenia mody motocyklowej, wciąż w fazie eksploracji. Nie dlatego, że nikt tam nie był. Byliśmy „wszyscy”, przejazdem, tankując na obwodnicy. Ale nikt ich nie przerobił. Nie ma tam etapu, którego przejechanie coś by w garażu znaczyło. Nie ma zdjęcia, które jesiennym wieczorem kończy dyskusję.
Sprawdźmy je zresztą pod tą samą listą warunków, która decyduje o tym, czy kierunek w ogóle ma szansę zapłonąć. Brak wizy — jest. Tanio — bywa. Korytarz dojazdowy omijający strefy konfliktu — jest, i to bez jednej granicy do przejechania. Góry albo puste przestrzenie z ruchem bliskim zeru — są. Przepisy decybelowe zamykające drogi — nie ma. Wyzwalacz medialny, który to zapali — nie ma.
I to jest jedyna brakująca pozycja. Jedna. Wspomniany już Jeremy Clarkson aktualnie ma inne wyzwania i mam nadzieję, że im sprosta.
Bo Grossglockner jest walutą. Jeszcze…

Całość można też odwrócić i zapytać złośliwie: dlaczego, żeby zobaczyć pustą górską drogę, jedziemy trzy dni w jedną stronę, skoro dwie do czterech godzin od domu mamy Beskid Niski, przez który latem można przejechać czterdzieści kilometrów i wyprzedzić trzy samochody? Odpowiedź nie brzmi „bo tam jest ładniej”. Odpowiedź brzmi: bo Beskid Niski nie jest walutą. Nie da się nim „zapłacić” (czyt. przechwalać) w rozmowie. A Bałkany czy Grossglockner Hochalpenstrasse, po którym w samym 2022 roku przejechało dziewięćdziesiąt dwa tysiące motocykli, jeszcze tak — a przynajmniej przez chwilę. Sam Grossglockner Hochalpenstrasse zdaje się, że jest królem kierunku wypraw w mijającym sezonie 2026.
Bałtyk też nie jest walutą. Nikt nie opowiada w garażu o Kurlandii, o Wysoczyźnie Litewskiej, o estońskich drogach żwirowych, o Wyspie Sarema, do której wjeżdża się promem i po której jedzie się jak po innej planecie, tylko z zasięgiem i kartą płatniczą. Nikt nie opowiada, bo to za blisko. Za łatwe. Za mało heroiczne.
A przecież heroizm nie jest kryterium jakości drogi. Jest kryterium opowieści o drodze i… To dwie różne rzeczy i my je mylimy od, a niech będzie, dwudziestu lat.
Awangarda odpuszcza w fazie wzrostu
Zsumujmy zatem prawidłowości, bo układają się w coś spójnego. Kierunek zawsze przechodzi ten sam cykl. Zapala go pojedynczy przekaz, nie dojrzewanie. Podąża za sprzętem, nie odwrotnie. Napędza go różnica cen. A kończy się nie wtedy, gdy przestaje być piękny, tylko wtedy, gdy staje się pełny — czasem z woli rynku (cała masa odwiedzających), czasem z woli „wojewody”. I ostatnia, najbardziej gorzka kwestia: grupa, która kierunek „odkryła” i pokazała go innym zarażając tym samym chęcią pojechania tam, opuszcza go w fazie wzrostu. Czyli dokładnie wtedy, gdy większość dopiero się tam wybiera. Stąd to powtarzalne wrażenie, że już nie warto, że kiedyś było lepiej, że trzeba dalej. Nie jesteśmy zblazowani. Jesteśmy dokładnie tam, gdzie przewiduje model.
Więc uczciwie, bo nie zamierzam zgadywać i sprzedawać zgadywania jako prognozy: nie wiem, dokąd pojedziemy w 2027 roku. Chyba nikt tego jeszcze nie wie. Wyzwalacz z definicji jeszcze nie zaistniał — gdyby zaistniał, nie byłby wyzwalaczem, tylko trendem.
Więc pytam Was, całkiem serio, bo sam nie umiem tego rozstrzygnąć:
Ilu/Ile z Was przejechało w tym sezonie więcej kilometrów po Polsce i krajach sąsiednich niż w drodze na jakiś Wielki Kierunek? I ilu z Was przyznało się do tego głośno? Bo mam podejrzenie — i chętnie dam się z niego wyprowadzić w komentarzach — że najmodniejszym kierunkiem sezonu 2027 będzie ten, o którym nikt nie napisze pod tym tekstem.
