Ten motyw kojarzy chyba każdy motocyklista, który jeździ dalej niż do dyskontu po buły o poranku. Stacja paliw, kask ląduje pod pachą. Zdejmujesz rękawicę, bo ekran telefonu nie uznaje skóry, z której zrobione są palce. Poprawiasz trasę na mapie i przypinasz telefon do rachitycznej trzymaczki (nie mam na myśli każdego rozwiązania), którą wozisz na kierownicy. Zakładasz rękawicę z powrotem — a to wszystko razem zajmuje mniej więcej tyle, co zapięcie kombinezonu narciarskiego przez dwuletnie dziecko.
Tekst: Michał Gessler
A gdyby telefon został w kieszeni?
Dwadzieścia kilometrów dalej okazuje się, że nawigacja uznała za drogę coś, co owszem, ma status drogi, ale wyłącznie w oczach algorytmu. Zjeżdżasz więc, zdejmujesz rękawicę i powtarzasz cały opisany wyżej proces. Znowu.
Można z tym żyć. Większość z nas żyje tak od lat i uważa to za element motocyklowego folkloru. Do tego na pewno nie przyzna się przed samym sobą, a tym bardziej przed kumplami od polatanki, że ta powtarzająca się regularnie sytuacja jest po prostu wk… Ale ponieważ w tym tekście mam rozstrzygnąć, czy dany przedmiot jest gadżetem, czy rzeczywiście użytecznym sprzętem, przykręciłem go sobie do kierownicy — CPMC N6, czyli w wersji sześciocalowej, z czujnikami ciśnienia w kołach — i pojechałem sprawdzić, po której stronie jestem. Za czy przeciw temu rozwiązaniu?
Co to właściwie jest?
CPMC N6 to wodoodporny ekran dotykowy montowany na kierownicy, wyposażony w bezprzewodowe Apple CarPlay i Android Auto. Sens całej konstrukcji można zmieścić w jednym zdaniu: telefon zostaje w kieszeni. Nawigacja, muzyka i połączenia lądują na wyświetlaczu, a telefon — suchy, bezpieczny i nieporysowany — leży tam, gdzie leżeć powinien.

Producent deklaruje szczelność na poziomie IP67. Oznacza to pełną ochronę przed pyłem (6) oraz ochronę przed skutkami krótkotrwałego zanurzenia w wodzie (7). Nie czarujmy się — raczej mało prawdopodobne jest, że typowy użytkownik tego ekranu pojedzie na pełną Saharę albo będzie topił motocykl po kierownicę w Amazonce czy innym Nilu.
Warto jednak pamiętać, że taki ekran nie jest tylko gadżetem zapewniającym wygodę i pośrednio chroniącym nasz telefon. Smartfon zamocowany na kierownicy dostaje solidnie w kość. Drgania silnika przenoszone przez uchwyt mogą uszkodzić lub pogorszyć działanie optycznej stabilizacji obrazu w aparacie, przed czym ostrzegają sami producenci telefonów. Do tego dochodzą słońce, deszcz, kurz i temperatura.
A telefony, poza tym, że niejednokrotnie kosztują kilka razy więcej niż opisywane urządzenie, zawierają często znacznie cenniejszą dla nas zawartość niż sam sprzęt. Ekran zaprojektowany specjalnie do jazdy ma więc nad telefonem zasadniczą przewagę: to on ma przyjmować na siebie warunki panujące na motocyklu, podczas gdy smartfon bezpiecznie zostaje w kieszeni.
Montaż – poszło szybciej, niż się spodziewałem

W zestawie są dwa mocowania: kulowe na kierownicę o średnicy od 20 do 26 milimetrów oraz uchwyt na 12-milimetrową belkę nawigacyjną. To pokrywa zapotrzebowanie większości tego, co stoi dziś w polskich garażach — od turystyków z fabryczną belką po nakedy, gdzie i tak wszystko wisi na kierownicy.
Zasilanie działa z USB albo ACC. Ta druga opcja jest wygodniejsza w codziennym użytkowaniu: ekran budzi się i zasypia razem z zapłonem, więc nie trzeba o nim pamiętać. A pamiętanie o kolejnym urządzeniu to dokładnie ta rzecz, której na motocyklu nikt nie potrzebuje — na liście rzeczy do ogarnięcia przed jazdą każdy z nas ma już i tak wystarczająco dużo.
Cały montaż wraz z pierwszym uruchomieniem zajął mi około 20 minut. Po prostu plug and play. Nie mam tu nic więcej do dodania i uważam to za duży plus tej konstrukcji.
TPMS, czyli funkcja, dla której naprawdę warto go kupić

Teraz rzecz według mnie najważniejsza w całym zestawie — i paradoksalnie niemająca nic wspólnego z CarPlayem. Testowana przeze mnie wersja ma TPMS, czyli system monitorowania ciśnienia w oponach.
To dokładnie ta funkcja, której na motocyklu, zwłaszcza starszym, brakuje najbardziej, choć — znowu — mało kto się do tego przyznaje. W samochodzie powolny spadek ciśnienia oznacza kontrolkę na desce i podjazd na stację przy okazji. Na dwóch kołach oznacza zmianę prowadzenia, o której możesz dowiedzieć się dopiero w złożeniu, w zakręcie — czyli w miejscu, w którym najmniej lubimy poznawać nowe właściwości naszego motocykla.
Klasyczna alternatywa? Kontrola raz w tygodniu. Albo kolanem. Albo na oko. Metoda znana, powszechna i lokująca się w rankingu wiarygodności gdzieś pomiędzy wróżeniem z fusów a sprawdzaniem poziomu oleju przez wąchanie.
Z TPMS spadek ciśnienia widzisz wcześniej, zanim zacznie wyraźnie wpływać na prowadzenie. To jedyna funkcja w tym zestawie, która nie tylko poprawia komfort, ale może również realnie zwiększyć bezpieczeństwo jazdy.
Szybkozłączka, czyli bohater drugiego planu

Dużym zaskoczeniem podczas tego testu okazała się rzecz najbardziej prozaiczna. Uchwyt między stacją dokującą a urządzeniem ma szybkozłączkę — ekran zdejmuje się jednym przyciskiem.
Brzmi jak detal z ostatniej strony instrukcji, a w praktyce zmienia sposób korzystania ze sprzętu. Postój, kawa, parking pod sklepem — ekran idzie z tobą, lądując w kieszeni, i nie zostaje na kierownicy jako zaproszenie dla przypadkowego przechodnia o elastycznym podejściu do prawa własności. Nie ma więc sceny rozglądania się po parkingu i szacowania, jak bardzo okolica wygląda na uczciwą.
Jazda

Na trasie sprawdza się dokładnie to, co miało się sprawdzać: nawigacja jest tam, gdzie patrzysz, obsługa nie wymaga zdejmowania rękawic, a telefon przez cały dzień nie opuszcza kieszeni.
Rzeczy, których nie robisz, są w tym teście ważniejsze od tych, które robisz. Nie zatrzymujesz się co kilkadziesiąt kilometrów, nie grzebiesz w kieszeni kurtki na światłach, nie zastanawiasz się, czy telefon w kiepskim mocowaniu przeżyje odcinek tłucznia, który właśnie ktoś postanowił nazwać drogą.
To nie jest sprzęt, który robi wielkie wrażenie przez pierwsze pięć minut. To sprzęt, który usuwa drobne irytacje — a suma drobnych irytacji jest tym, co odróżnia dobry dzień na motocyklu od dnia, po którym mówisz: „w sumie fajnie było, ale…”.
Co również istotne, informacje na ekranie pozostają wyraźnie widoczne niezależnie od natężenia światła słonecznego i od tego, czy słońce świeci ci w plecy, czy prosto w oczy.
Warianty i cena

Poza testowaną przeze mnie wersją sześciocalową z TPMS producent oferuje model N7 z ekranem siedmiocalowym o rozdzielczości 1024 × 600 pikseli. Obie przekątne dostępne są także w wersjach bez TPMS — taniej, jeśli czujniki ciśnienia nie są ci potrzebne. Choć, jak pisałem wyżej, moim zdaniem warto je wziąć.
Testowany zestaw, czyli sześć cali z TPMS, kosztuje około 700 zł. Ceny pozostałych wariantów najlepiej sprawdzić bezpośrednio na stronie producenta. Czy to dużo, czy mało? Każdy musi rozstrzygnąć sam.
Opinia końcowa: gadżet czy sprzęt?
Uczciwie: to zależy od wersji. Sam ekran z CarPlayem i Android Auto jest przede wszystkim wygodą. Bardzo konkretną, odczuwalną każdego dnia i taką, do której szybko się przyzwyczajasz — ale nadal wygodą. Bez niego też dojedziesz, tylko prawdopodobnie z większą liczbą przystanków i większą liczbą drobnych irytacji po drodze.
Wersja z TPMS to już inna rozmowa. To element tego zestawu, który wychodzi poza kategorię „komfort” i wchodzi również w „bezpieczeństwo”. I dla mnie właśnie on przesądza sprawę. Bo nawigację jakoś ogarniesz. Ciśnienia w tylnej oponie na oko nie ogarnie nikt. Gdybym nie miał już innego rozwiązania zamontowanego na swoim motocyklu, poważnie rozważyłbym zakup dokładnie takiego zestawu, jaki testowałem.
A jeśli ty, drogi czytelniku, chcesz go kupić, to mamy dla ciebie rozwiązanie. Po kliknięciu w poniższy link i wpisaniu kodu Motovoyager22 uzyskasz 22% rabatu na testowane urządzenie:
CPMC N6 / N7 Motorcycle CarPlay Screen with Plug-and-Play Bracket

Pytanie z czystej ciekawości:
a są jakieś rozwiązania które nie potrzebują cały czas połączenia z telefonem ?
Takie android auto z własnym gps i mapami offline …
Bo z tym opisanym to jedyną zaletą jest że telefon w kieszeni…
na kabelku bo zaraz bateria padnie bo i gps i internet i bluetooth…