Do jazdy potrzebny jest nam jedynie motocykl. Można sobie poradzić bez koleżanek i kolegów. Nie potrzebujemy żadnych towarzyszy, nikogo do konkurencji, ani widowni, aby wzajemnie smyrać się po ego i pokazywać kto jest fajniejszy, kto ma super sprzęt czy jeździ lepiej. Prawda jest taka, że aby cieszyć się drogą niezbędny jest jedynie pojazd, paliwo i chęci.

Nie skaczmy jednak zbyt pochopnie do konkluzji. Piszę jedynie, że inni ludzie nie są w tym równaniu niezbędni. Jasne, wiele osób może się nie zgodzić z takim twierdzeniem – mieć własne zdanie, mówić, że tylko w grupie motocyklizm ma sens. Walić ręką w stół i wykrzykiwać do monitora, że motocykl to jedynie półśrodek do życia społecznego w gronie ludzi, którzy mają to samo skrzywienie, a wspólny postój jest ważniejszy niż wspólna droga. No nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że jest inaczej… Zwyczajnie, uważam, że niezależnie od tego, czy jesteś zwierzęciem stadnym, czy samotnym wilkiem – samotna jazda potrzebna jest każdemu.

Moje pierwsze kilka lat przygody z jednośladami upłynęło pod znakiem kręcenia się z dużą, zorganizowaną grupą motocyklistów. W jej skład wchodzili jegomoście każdej maści, dosiadający najróżniejszych rumaków. Ludzie posiadający odmienne temperamenty czy umiejętności jazdy i ogromny zapał do imprezowania. Uważałem wtedy, że ta przynależność była niemalże koniecznością, ponieważ od grupy mogłem sporo się nauczyć. Nie musiałem szukać sobie celów wycieczek motocyklowych. W trasie zaś czułem się bezpieczniej.

LWG – komu macham, komu nie… [FELIETON]

Jakie są realia takiego funkcjonowania, to temat na zupełnie inny tekst i nie będę tego jakoś szczególnie eksplorował. Napiszę jedynie, że to był dobry układ. Mogłem się wiele nauczyć. Było też gdzie jeździć… do pewnego stopnia. W trasie miałem i oferowałem wsparcie.

Z czasem jednak zacząłem dostrzegać pewne symptomy potrzeby bycia samemu. Stado jest silne, charyzmatyczne, ale stado jest jak fala – porywa cię. Nie licząc (potwornie nudnych i żenujących) parad motocyklowych. Nie, piszę o czymś innym. Kto nie jechał w zorganizowanej, dobrze znającej się grupie minimum 20 motocykl, nie wie czym jest charyzma takiej kawalkady. Jadąc w stadzie musisz trzymać szyk, konkretną prędkość i co najważniejsze – jedziesz tam gdzie wszyscy. Jeżeli stado się zatrzymuje – ty się zatrzymujesz. Jeżeli stadu się nie spieszy – tobie też nie może się spieszyć. Jeżeli stado pędzi – musisz dotrzymać mu kroku. Dla mnie motocykl oznacza wolność. Co to za wolność, kiedy musisz dostosowywać się do grupy? Wolnym niestety można być jedynie samemu.

Czytałem kiedyś w horoskopie, że strzelce mają problem z pozostaniem w jednym miejscu. Lubię się trzymać tej bzdury, bo poprawia mi humor. Może to dlatego nie cierpię zlotów motocyklowych? Nudzą mnie niemiłosiernie i pomimo tego, że jest organizowanych w Polsce parę znakomitych imprez (i co najmniej jedna w Niemczech) – nie jestem w stanie na nich bywać zbyt często. Szkoda, bo spotyka się tam starych znajomych, czy poznaje nowych, często ciekawych ludzi… Niezależnie od tego, potwornie mnie męczy siedzenie na dupie bez przemieszczania. Jeżeli mam już czas na wyjazd, to chcę zwiedzać, poznawać i odkrywać. Pragnę być tam, gdzie jeszcze mnie nie było i uczyć się rzeczy, których wcześniej nie wiedziałem. Chcę wykorzystywać czas do granic możliwości, a kiedy przyjdzie wracać do domu – jak najszybciej znaleźć się z rodziną. Nie usiedzę więcej niż parę godzin na zlocie, a postój nad morzem czy jeziorem możliwy jest dla mnie na góra jeden dzień. Pozwiedzać, popływać, odpocząć – jechać dalej. Nie piję też zbyt wiele na biwakach, zlotach czy innych popasach, bo następnego dnia chce być świeży, wskoczyć na moto i gnać dalej. Najgorsze co może być, to czekać aż towarzysze będą w stanie używalności i nie będzie groziła im utrata prawa jazdy. To tak jakby ktoś nałożył ci niewidzialne kajdany. Czas ucieka, a ty stoisz w miejscu.

Aplikacje na telefon dla motocyklistów – Calimoto [RECENZJA, TEST, OPIS FUNKCJI]

No dobra, ale nie trzeba jeździć w stadzie. Można latać w 2 – 3 osoby i cieszyć się wyjazdami. Większa grupa to większa zależność, a w mniejszej łatwo się dogadać. Takie wyjazdy są dla mnie znośne, choć przyznam, że bywają momenty, kiedy mam dość. Ponownie rzecz rozbija się o zależności. Nawet jeżeli jesteś w gronie przyjaciół – ludzi, których znasz, cenisz, lubisz z nimi spędzać czas, zawsze będą różnice. Zawsze jedna osoba chce spać pod namiotami, inna w hotelu, a jeszcze inna ma kompletnie odmienny pomysł. Ktoś chce jechać szybko, ktoś oglądać widoki, a ktoś musi zatrzymywać się co 100 km żeby zapalić… Na dłuższą metę, jeżeli na takie bzdury nie ma się kompletnie wywalonych gratów, człowieka zaczyna cholera ciskać. Czemu muszę się zatrzymywać, kiedy nie chcę? Czemu muszę gonić towarzyszy po górskich drogach, kiedy wolę cieszyć się widokami? Czemu jestem ciągnięty, żeby jechać choć powietrze na postoju pachnie tak orzeźwiająco? Czemu inni mają znosić moje fanaberie?

Co zatem dla mnie działa? Nie mam kompletnie żadnego problemu by pokonywać setki kilometrów mając za towarzyszy jedynie swoje myśli. Dla mnie droga jest jak medytacja. W świecie, gdzie wszystko mnie irytuje, jest to jedna z niewielu rzeczy, które mnie uspokajają. Jadę, skupiam się na sobie, swojej ukochanej maszynie. Kiedy chcę, to cisnę. Kiedy słabnę, jadę wolniej, spokojnie. W chwilach szaleństwa – świruję, a w innych jadę zachowawczo. Zatrzymuję się gdzie chcę. Śpię gdzie wybiorę. Zwiedzam, poznaję, chłonę. To jest właśnie ta ulotna nutka wolności, której od czasu do czasu potrzebuje każdy z nas.

To co uwielbiam, to te letnie noce, kiedy po wyjątkowo upalnym dniu miasto się schładza. Budynki i ulice oddają nagromadzone za dnia ciepło, a mimo wszystko czuć delikatny chłodny powiew. Nie licząc sporadycznie pojawiających się samochodów czy nocnych autobusów, ulice są puste. Jedne światła drogowe działają, a inne są już w trybie nocnym. Miasto staje się wtedy otwarte, a ulice chcą byś myślał, że należą tylko do ciebie. Można wtedy jeździć, kręcić się, kąpać w kolorach reklam i neonów. Niezwykle odprężające doświadczenie. Strasznie fajnie jest też robić takie nocne jazdy w małej grupie. Nie mówię tu o świrowaniu na prostych i budzeniu ludzi rykiem silników. Nie ma się co spieszyć, bo miasto nocą robi się strasznie małe. Wszędzie da się dojechać w kilka, kilkanaście minut. Dla mnie szaleństwo robi się wtedy kompletnie bezsensowne. Można za to szukać nocnych knajpek. Zatrzymywać się na burgera czy lody i rozmawiać z ludźmi, którzy wracają lub kręcą się miedzy imprezami.

Choć staram się żyć tak, aby szklanka była zawsze do połowy pełna, to trudno jest mi odciąć się od otaczającej nas dołującej nieco rzeczywistości. Klimat się zmienia, w polityce jak zwykle bagno, w banku kredyt, podatki do zapłacenia, Covid, rasizm, powszechna głupota… i ktoś znowu wyrzucił śmieci do lasu! Niezależnie od tego co nas wyprowadza z równowagi, każdy ma inny sposób na reset. Jedna osoba chodzi na siłownię, inna skacze ze spadochronem, a inna jeszcze pije do nieprzytomności… i ja to rozumiem. Myślę, że każdy z nas powinien mieć taką swoją odskocznię. Coś, co sprawia, że świat staje się odrobinę lepszy, my łapiemy oddech i przez jakiś czas nie myślimy o głupotach. Wiem też, że dla wielu to właśnie te rzeczy, od których uciekam, mogą być remedium na znoje dnia codziennego. Nie piszę przecież o was, tylko o sobie.

Dlaczego wolę jeździć sam? Bo cenię sobie wolność. Bo wiem, że mam trudny charakter i nie chcę męczyć ludzi lub zastanawiać się czy znowu problem nie leży bardziej po mojej niż po ich stronie. Mam trochę znajomych – koleżanek i kolegów motocyklistów. Od czasu do czasu świetnie jest wyskoczyć na spotkanie, wspólny wyjazd, przebieżkę czy na zlot nawet. Dla mnie jednak samotność w drodze jest zdrowa. Od wszystkiego czasem trzeba odpocząć.

PS. Nie będę jeździł sam w terenie. Nie będę jeździł sam w terenie. Nie będę… może jak napiszę to sto razy, to się nauczę. Kto nie próbował sam wyciągać mastodonta z bagna, nie będzie wiedział jaka to męka. Jedyne co mnie uratowało to moje stare, dobre buty enduro (Gaerne)… po kolana prawie w wodzie, a po pół dnia walki w tym błotnym klimacie stopy były jedyną czystą i suchą częścią mojego ciała… Nie będę jeździł sam w terenie…

5 KOMENTARZE

  1. W 100% zgadzam się z tym że jak jadę sam zupełnie nie czuję potrzeby zapie***,zdecydowanie spokojna turystyczna jazda z rozglądaniem się gdzie i co ciekawego zobaczyć.Pozdro.

  2. Trafiłem tu przypadkiem, ale będę częściej. Fajnie piszesz. Też wolę jeździć sam. Cowiek na co dzień otoczony jest mnóstwem ludzi. Nawet od dzieci trzeba czasem odpocząć. Przy okazji mam pytanie, co to za moto na samym początku artykułu, przykryte tekstem tematu?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.