Parking gdzieś w Mikołajkach, końcówka czerwca, południe. Termometr na budce
z goframi pokazuje trzydzieści cztery stopnie (jak na razie), ale asfalt pod nogami mówi co innego. Tak samo jak plastikowe krzesło przed budą z lodami, które wygięło się w kształt, którego projektant nie przewidział, natomiast dziwnie może się kojarzyć z tym, co widzimy oglądając „Trwałość pamięci” S. Dali.
Tekst: Michał Gessler
Ja w tym czasie stoję (na szczęście) w cieniu drzew, piję wodę i patrzę na krajową szesnastkę między Mikołajkami a Mrągowem. Wystarczy popatrzeć, skupić się
i obserwować. Na tej drodze, i nie tylko tej, dzieją się właśnie te rzeczy, które warto opisać, bo każda z nich jest studium tego, co temperatura robi z ludzkim mózgiem.
Bohater pierwszoplanowy, bohater tragiczny
Pierwszy przejeżdża motocyklista. Pełen ekwipunek, tekstylna kurtka, szczelny kask — widać, że sprzęt dobry, przemyślany, kupiony pewnie po lekturze recenzji – być może nawet niejednej. Problem w tym, że ten sprzęt został zaprojektowany do ochrony przed asfaltem, nie przed piekłem. Facet jedzie, ale jedzie inaczej niż jechałby przy temperaturze dwudziestu paru stopni. Ciało pochylone do przodu odrobinę za bardzo, głowa nieruchoma, wzrok przyklejony do pasa przed kołem. Nie skanuje otoczenia. Nie sprawdza lusterek. Nie widzi rowerzystki, która za sto metrów zjedzie z pobocza, żeby ominąć słupek. On w tej chwili nie jeździ — on walczy o przetrwanie.
Uwaga
Upał nie zabiera ci motocykla. Upał zabiera ci mózg — po kawałku i niezauważalnie, jak letarg podczas nudnego wykładu, albo monotonnej pracy. Najpierw odchodzi uwaga.
W dwudziestu stopniach motocyklista skanuje otoczenie szeroko: lusterka co kilka sekund, pobocze, skrzyżowanie za łukiem, cień pod drzewem, w którym może czaić się sarna, dzik albo traktor z przyczepą. W trzydziestu czterech stopniach pole uwagi zawęża się do pasa jezdni przed przednim kołem. Mózg w upale oszczędza energię i odcina bodźce, które uznaje za zbędne. Problem polega na tym, że „zbędny” według mózgu może okazać się piasek na łuku albo pieszy, który wchodzi na jezdnię. Na niego też działa ta sama temperatura i tak samo wycina jego uwagę.
Refleks
Potem odchodzi refleks. Badania mówią o dwudziestu, trzydziestu procentach spadku szybkości reakcji w temperaturze powyżej trzydziestu dwóch stopni. Brzmi abstrakcyjnie? Przy prędkości dziewięćdziesięciu na godzinę to dodatkowe cztery, pięć metrów drogi hamowania. Cztery metry to jest dziecko na hulajnodze, które wyjechało zza zaparkowanego kampera. Albo tylny zderzak przyczepy kempingowej, która nagle zahamowała, bo kierowca zobaczył zjazd nad jezioro i postanowił skręcić bez kierunkowskazu, bo przecież „widać, że skręcam”.
Drażliwość
Następna przychodzi drażliwość. To klasyka w upale, ludzie trąbią szybciej, wyprzedzają bliżej, gestykulują częściej. Dotyczy to wszystkich uczestników ruchu, bez wyjątku. Ale kierowca, który wpadnie w szał drogowy, ma między sobą a konsekwencjami blachę, airbagi i strefę zgniotu. Motocyklista ma kask, kurtkę, spodnie, rękawice, buty i nadzieję. Rowerzysta ma kask za sto pięćdziesiąt złotych i kamizelkę odblaskową, która w teorii i jego własnym przekonaniu czyni go widzialnym. Pieszy nie ma nic.
Odwodnienie
I jest jeszcze jedno — najgorsze, bo niewidoczne. Odwodnienie działa jak lekki alkohol: nie czujesz, że „jesteś gorszy”. Wręcz przeciwnie — czujesz się dobrze. Może nawet lepiej niż zwykle, bo upał daje takie dziwne, lekko euforyczne poczucie, że dajesz radę. To jest dokładnie ten moment, w którym motocyklista podejmuje decyzję o wyprzedzaniu na trzeciego na drodze pod Mrągowem, kierowca SUV-a wchodzi w zakręt o dziesięć za szybko, a rowerzysta w słuchawkach skręca w lewo bez oglądania się, bo „przecież tu nikt nie jeździ”.
Bohaterowie drugiego planu
Siedzę na tym parkingu i obserwuję drogę jak kibic podczas meczu, w którym obie drużyny grają źle, ale też każda z nich jest przekonana, że prowadzi.
Jest kierowca z otwartym oknem. Łokieć wystawiony, muzyka z radia, wzrok gdzieś między jezdnią a marzeniem o pomoście, czymś chłodnym do picia i zabawą. Lusterka istnieją, ale pełnią funkcję dekoracyjną — służą do poprawiania okularów przeciwsłonecznych. Kiedy motocyklista zmienia pas obok niego, reaguje tak, jakby tamten zmaterializował się
z powietrza. Może dlatego, że dla niego — tak właśnie było.
Jest kierowca z lodami albo goframi. Jedzie jedną ręką, bo w drugiej trzyma coś, co się topi szybciej niż jego cierpliwość do utrzymania się w pasie ruchu. Pas traktuje orientacyjnie, jak sugestię, nie jak przepis. Ma na twarzy wyraz skupienia, ale to skupienie dotyczy cieknących po ręce przysmaków, a nie kierunkowskazu motocyklisty z tyłu.
Jest rodzina w drodze nad jezioro. Bagażnik załadowany pod sufit, kajak na dachu, dwójka dzieci z tyłu, pies na kolanach żony, żona z telefonem i mapą do kwatery w Kosewiu. Tata prowadzi, mama nawiguje, nikt nie patrzy w lusterka, bo przecież „na tej drodze nic się nie dzieje”. Motocyklista jadący za nimi jest niewidzialny — dosłownie, bo kajak zasłania pół lusterka wstecznego, a drugie pół zajmuje materac.
I jest kierowca z klimatyzacją ustawioną na maksimum, który żyje w innym wymiarze. Dla niego lato to jest dwadzieścia dwa stopnie, cisza i podcast o produktywności. Dla niego motocyklista to dziwak, który sam sobie wybrał cierpienie. Rowerzysta to przeszkoda. Pieszy to anomalia — ktoś, kto najwyraźniej nie ma samochodu.
Empatia wymaga wspólnego doświadczenia, a tu — za szybą i dwoma tonami klimatyzowanej blachy — wspólnego doświadczenia nie ma absolutnie żadnego.
Mijani, czyli znieczulica współczesnego motocyklisty [felieton] | Artykuł – Motovoyager
Są też i piesi i rowerzyści
O pieszych na mazurskich drogach w upale trzeba powiedzieć osobno, bo to jest osobna kategoria problemu. Drogi między miejscowościami, w tamtej części naszego pięknego kraju, nie mają w dalszym ciągu chodnika na wielu odcinkach. W okresie letnim tymi drogami chodzą ludzie — z plaży do sklepu, ze sklepu do kwatery, z kwatery na plażę. Idą poboczem, czasem jezdnią, czasem czymś pomiędzy. Idą w klapkach, z dmuchanym flamingiem pod pachą, w słuchawkach, tyłem do ruchu, bo tak wygodniej. Idą z dziećmi, które biegną pięć metrów przed nimi, bo dziecko w upale ma dwa tryby — bezruch i sprint, nic pomiędzy. Nikt z nich nie spodziewa się motocykla. Motocykl jest cichy, szybki i wąski — a więc niewidoczny, dopóki nie jest za blisko.
O rowerzystach można napisać osobny tekst, ale wystarczy jedno zdanie: jadą tak, jakby „droga należała” do nich, a wszyscy inni na niej byli tylko gośćmi, którzy powinni się dostosować. Jadą środkiem pasa, bo na poboczu jest żwir. Jadą po dwóch, albo więcej, obok siebie, bo rozmawiają. Jadą w słuchawkach, bo trasa jest nudna. I chyba najcudowniejsze – jadą i rozmawiają przez telefon, ale nie przez słuchawki, tylko trzymając urządzenie w jednej ręce, a kierownicę w drugiej. Skręcają bez sygnalizowania, bo „przecież widać”. I absolutnie żaden z nich nie ma pojęcia, że motocyklista z tyłu, ten w pełnym ekwipunku, w trzydziestu czterech stopniach, z odwodnieniem na poziomie lekkiego kaca, właśnie zdecydował się wyprzedzić, bo nie wytrzymał jazdy z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę za rowerem — a zza zakrętu jedzie kamper z hamburską rejestracją.
Plan dramatu
Problem polega na tym, że droga jest jedna, a w upale wszyscy użytkownicy tej drogi są „gdzieś indziej”. Najczęściej niestety nie tam, gdzie być powinna skupiona ich uwaga. I tu powinienem sam popatrzeć w lusterko, bo uczciwy obserwator nie chowa się za obserwacją.
Ten motocyklista, którego widziałem przed chwilą — ten z dobrym sprzętem
i wzrokiem przyklejonym do asfaltu — za kilka kilometrów otworzy wizjer kasku, bo „musi oddychać”. Straci czterdzieści procent ochrony twarzy i całą aerodynamikę, ale za to złapie strumień gorącego powietrza, który da mu złudne poczucie ulgi. Mam nadzieję, że nie złapie owadów w oczy – następstw tego opisywać nie trzeba. Odepnie górną klapę kurtki — bo „to tylko na prostym odcinku”. Napije się za mało wody, bo zatrzymywanie się „zabiera czas” — a czas zaoszczędzony na postoju straci na obniżonej koncentracji przez kolejne pięćdziesiąt kilometrów, tyle że tego spadku nie poczuje, bo odwodnienie nie poinformuje
o sobie.
I pojedzie „jeszcze ten kawałek”. Bo do noclegu zostało czterdzieści kilometrów, bo „nie ma sensu się zatrzymywać tak blisko”, bo benzyna jeszcze jest, bo on da radę. Te ostatnie czterdzieści kilometrów to statystycznie najtrudniejszy odcinek — zmęczenie kumuluje się nieliniowo, a subiektywne poczucie bliskości celu usypia czujność skuteczniej niż jakakolwiek monotonna prosta.
Znam tego motocyklistę. Nie osobiście — ale znam typ. Widziałem go wielokrotnie. Czasami w lusterku tego czym akurat jechałem.
I tak siedzę na tym parkingu w Mikołajkach, piję drugą z rzędu wodę, i dalej patrzę na drogę. Trzydzieści cztery stopnie były pół godziny temu. Za chwilę ktoś przejedzie za szybko, ktoś wejdzie na jezdnię bez patrzenia, ktoś skręci bez kierunkowskazu, a ktoś jadący na dwóch kółkach wyprzedzi tam, gdzie nie powinien. Żaden z nich nie jest złym człowiekiem. Każdy z nich jest po prostu człowiekiem w trzydziestu czterech stopniach — a w trzydziestu czterech stopniach nikt nie jest sobą.
W trzydziestu czterech stopniach nie jesteś tym samym motocyklistą co przy dwudziestu. Nie jesteś tym samym kierowcą. Nie jesteś tym samym rowerzystą ani tym samym pieszym. Wszyscy jesteśmy gorsi. Wszyscy widzimy mniej, reagujemy wolniej, decydujemy głupiej. Tylko że jedni z nas w tej konkretnej sytuacji mają wokół siebie tonę albo więcej blachy, drudzy motocyklowy komplet, trzeci kask za sto pięćdziesiąt złotych (przy dobrych wiatrach – i nie ma w tym ironii; na upadek z roweru to spokojnie może wystarczyć, ale na spotkanie z czymś większym…), a czwarci — dmuchanego flaminga i klapki.
Trzydzieści cztery stopnie. To nie jest pogoda. To jest poziom trudności.
