śr., 01 gru 2021

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

-

Historia, którą właśnie zaczęliście czytać, traktuje o charakterach, trudach podróży po wspaniałej, zachwycającej, ale też pełnej kontrastów Turcji, w której spędziłem niespełna miesiąc, latem 2021 roku… Przed wami piąta część moich przygód. 

Autor tekstu i zdjęć: CeloFan

Jeżeli spotykacie się z moją wyprawą dopiero przy piątej części, wklejam od razu linki do pierwszej

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.1: Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria]

drugiej

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.2: Bułgaria, Turcja – Stambuł]

trzeciej

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.3: Eskisehir, Mikrodrogi, Morze Czarne]

oraz czwartej

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.4: Of, Bayburt, Góry Pontyjskie]

Nadrobiliście zaległości? To jedziemy po Turcji dalej…

Dzień 12 – Nigdy nie myśl, że wiesz dokąd poprowadzi droga i co będzie na jej końcu…

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Z Bayburt od razu zjechałem w boczne drogi. Wąski, nowy asfalt, wokół czarno, czerwono, żółte pola uprawne na wzgórzach. Pachnie wsią. Słońce rozlewa przedpołudniowe światło, a rzadkie chmury tworzą malownicze plamy cienia. Jeśli tak mam spędzić cały dzień, to chcę! Silnik miarowo buczy swoją melodię, zbiorniki zatankowane do pełna. Niczego więcej nie potrzeba.

Asfalt marnieje i kończy się na rzecz ubitej drogi, potem mniej ubitej, aż zamieniła się w kamienno – ziemisty szlak, wytyczony dawno temu kołami samochodów. Tutaj kluczyłem trochę między domostwami. Wyglądały na opuszczone. W końcu wjechałem między wzgórza łagodne i zdawało by się bezludne. Tak natknąłem się na Tuczmę i jego córkę, Elif.

– Salam aleykum – Tyle co umiem, mówię na przywitanie.

Stary tylko skinął głową, chyba nie mogąc uwierzyć, skąd taki kosmita się tu znalazł. Dziewczyna za to odpowiedziała i jeszcze duuużo słów dodatkowych dodała. Oczywiście niczego nie zrozumiałem.

Kiedy Tuczma zorientował się, że żaden ze mnie Turek, ożywił się nieco. A ja wciąż nie mogłem oderwać oczu od tych dwoje. Magiczną i błogą ciszę zakłócają tylko ptaki, szum strumyka i trzask palonych patyków. Tuczma jest pasterzem. Przez całe życie przegania swoje stado krów z pastwiska na pastwisko i ze wzgórza na wzgórze. Ma czworo dzieci. Pokazał mi synów w smartfonie. Jego córka Elif, właśnie parzy herbatę na ognisku w starym, osmolonym garnku. Ojciec siedzi zamyślony na kocu, popalając skręcanego papierosa. Obok szary osioł skubie trawę. Wokół rozproszone stado krów. Kiedy zobaczyłem tych dwoje, bezmyślnie zatrzymałem się, wyłączyłem silnik i… po prostu przywitałem się jak umiałem.

Spędziłem z nimi jakiś czas. Tuczma zaprosił mnie na swój pled. No to poczęstowałem go tytoniem. Elif nalała herbatę, wysypała ze słoiczka na pokrywkę czarne oliwki, odsupłała z papieru biały ser już pokrojony w kostkę i przełożyła do szklanego pojemnika. Na koniec przerwała wielką bułkę na pół, kładąc jedną połówkę na ściereczce, a drugą zajadając.
Dużo mówiliśmy, co nie znaczy, że wszystko było zrozumiałe. Każdy po swojemu opowiadał, pytał, snuł domysły, ale gdzie na świecie nie wiadomo co znaczy papa, kiedy córka wskazuje na ojca, albo co znaczy czaj, kiedy pokazuje się osmolony czajnik, małą szklaneczkę i cukier.

Tych dwoje i prosta nasza rozmowa i śmiech szczery, tchnęły we mnie spokój, którego już nie pamiętałem. Nie potrafiąc inaczej się odwdzięczyć, oddałem Tuczmie swój wielozadaniowy scyzoryk. Pewnie nie wie co dla mnie zrobił. Nie musi. Nie każdy musi wiedzieć jak bywa potrzebny, nawet nieznajomemu.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

***
Po tym spotkaniu, wszystko stało się lepsze, działo się lepiej i więcej i bardziej. Szuter nie chciał się skończyć, a jak się skończył, wjechałem na asfalt meandrujący tak, jak pozwalały na to góry. Prawdziwe pustkowie. No, może czasem jakiś samochód przejechał.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

W końcu wyjechałem na główną drogę. Prosta jak drut, prowadzi wzrok po horyzont. Już cieszyłem się, że burzę ominę, ale jej czarne sklepienie nadciąga w moją stronę, a na dodatek droga „zawróciła” w jej kierunku. Nasze spotkanie było kwestią czasu.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Za bardzo się rozpisuję. Miałem w skrócie opisać to czy owo. Może kiedyś rzetelnie podejdę do opisu tej podróży. W skrócie: trzy burze, czerwona rzeka, żółta rzeka, „normalna” rzeka, ptaki jak myszy, zimno, gorąco, fryzjer, dzieciak-hazardzista i jeszcze kilka zdarzeń.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]***
Na koniec dnia:

– Dokąd to? – Nonszalancki typ pyta i zagradza mi drogę do holu recepcji. To znaczy tak sądzę, że zapytał, ale widać w jego postawie i głosie, że dla przybłędy miejsca tu nie ma.
Rzeczywiście ciuchy przykurzone już i zszarzały. Garnitur to to nie jest. Ależ muszę być wyzuty z człowieczeństwa, jak mnie tak per noga potraktował.

– Przyjechałem z Polski, na kontrolę jakości w waszym hotelu – odrzekłem, wiedząc, że rozumie tyle po polsku, co ja po turecku.

Jak młody portier usłyszał język obcy, jego postawa zmieniła się diametralnie. Wyciągnął dłoń, zapraszająco wskazując wejście i tak ją trzymał idąc tuż przede mną prawie do recepcji. W recepcji przejął mnie Starszy Recepcjonista. Człowiek z doświadczeniem, płynnie mówiący po angielsku.

– Dzień dobry. Pokój jedna osoba, jedna noc? – zapytałem.
– Dzień dobry Panu. To hotel czterogwiazdkowy – zaznacza z dumą, a potem pisze cenę na kartce, żeby nie było nieporozumień.
– Okej – odpowiedziałem.

Cud. Młody po tym „okej”, nie odstąpił mnie już na krok. Starszy osobiście pokazał, gdzie mogę postawić bezpiecznie motocykl. Oczywiście najbezpieczniej jest przy samym wejściu do hotelu. Jak już ustawiłem obelisk, to Starszy odszedł do swoich obowiązków, a młodszy koniecznie chciał wziąć cały bagaż. Odwodziłem go od tego pomysłu bo torby brudne, a on na biało. Uparł się jednak. No to jak już wszystko rozplątałem, hyc! i pierwszy zarzuciłem najbardziej brudną torbę na ramię. Nie miał wyjścia. Nazawieszał na sobie resztę klamotów i poszliśmy do recepcji. Tutaj wręczyłem Starszemu paszport, a ten wprowadził dane do komputera.

– Dzień dobry Mister Arthur. Witamy w Hotelu Marathon w Elazig – zaczął.
– Mister Arthur, ma Pan możliwość spędzenia na różne sposoby czasu w naszym hotelu. A potem naopowiadał mi jakie to atrakcje czekają gości. Spa, siłownia, masaże różnych odmian, restauracja na samej górze, room service, taksówka hotelowa na życzenie. Tyle zrozumiałem, bo Starszy za dobrze włada angielskim.

Jak już wysłuchałem wszystkich opcji, młody znów naobwieszał się moim bagażem i zaprasza do windy. Jakimś cudem otworzył mi nawet drzwi, choć ręce miał zajęte. W pokoju pokazał gdzie klimatyzator się obsługuje, jak działa barek z lodówką, od kiedy do kiedy śniadania, że kawa i woda są w cenie i że można palić przy oknie. Natrudził się nieborak i nawet rozumiem jego opryskliwość początkową. Taka praca. No musiałem dać napiwek.

Tak więc dziś woda prysznica płynie do mnie z podziemi, na szóste piętro hotelu Marathon. Nie trzeba tu uważać na ściany i uszczelki, a nawet można usiąść na specjalnym, kamiennym podwyższeniu, jeśli ma się ochotę na masaż wodny. Tylko słuchawka prysznica coś nisko. A nie. U sufitu wielki, matowo-srebrny krążek z otworami. Wystarczy wajchę przełączyć.

Gdybym mógł wybrać, po stokroć wolałbym towarzystwo Tuczmy, jego spokój, szczery uśmiech, prostotę zasad i trajkoczącą zabawnie Elif, kiedy bez skrupułów zalewała mnie potokiem słów, wiedząc, że ani słowa nie zrozumiem. A blichtr, pozory wyimaginowanej lepszości, efekciarstwo, salony? Niby każdy lubi, kiedy się go łechce w EGO, ale żyć tak na dłuższą metę potrafią chyba tylko ludzie tak puści, że aż dudni kiedy kroczą po salonach. Tylko że oni myślą, że to echo tych salonów.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Dzień 13

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Jestem okrążony. Psy ujadają, ale nie atakują. Chyba zaskoczyło je, że się zatrzymałem. To bardzo oddane i nie znające strachu zwierzęta. Nareszcie mam okazję złapać je w aparat z bliska. W Turcji jest ich pełno. W zasadzie widząc stado krów, owiec, czy kóz, można być pewnym, że są tam też owczarki anatolijskie. Są bystre i nie ganiają bez potrzeby za intruzem, tak jak robią to czasem psy pasterzy rumuńskich czy bułgarskich.
Za strumieniem jest ich więcej, bo tam są stada owiec. Tamte nawet nie patrzą w moją stronę. Z motocykla nie zsiadam, bo to mogłoby być jak START dla sprinterów i już bym miał po ciuchach, zanim ktoś by psy powstrzymał. Zrobiłem swoje i powoli ruszam. Psy niechętnie rozstąpiły się. Żaden nie pobiegł za mną. Mądre psy.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Tylko że… Pomyliłem drogi. Sto metrów dalej szuter zamienił się w pole usłane kamieniami. Wracam i ta sama sytuacja. Tyle, że nie zatrzymałem się już, a od razu wjechałem w dość szeroki strumień. Na dnie otoczaki, więc zatańczyłem popisowo. No i wyciem silnika wystraszyłem dzielone właśnie owce, które koniecznie zapragnęły znów być razem. Ale narobiłem zamętu! Pasterze pohukują, machają kijami, rzucają kamieniami w powietrze, żeby tylko owce nie połączyły się w jedno stado. Psy biegają i ujadają na to wszystko.

– Jedź! Jedź! – krzyczy mężczyzna, machając znacząco ręką.

***

Niewyraźny szlak, jakby przypadek stworzył. Wiedzie obok, a czasem korytem rzeki okresowej. Teraz jest sucho, ale jak to w takiej rzece, sporo kamieni. Te mniejsze, owalne strzelają spod koła. Wtedy dostaję prądem po plecach. Niby wiem, ale zawsze to zaskoczenie, kiedy tylne koło przeskakuje samowolnie w bok. Jadę już kilka kilometrów i wokół żywego ducha. Nie ma pól uprawnych, bydła, zabudowań. Wzgórza pokryte wysuszoną trawą, kamienie i gdzieniegdzie niskie krzewy. Słońce rozgrzewa ubranie, a obelisk dodaje od siebie swoje ciepło. Wiatrak nie przestaje pracować. Jak to możliwe, że człowiek tak nieprzystosowany do środowiska, ma na nie tak przemożny wpływ?
Spłoszyłem lisa. Jest tak szybki, że nie zdążyłbym wyjąć aparatu. Wbiegł na wzgórze, ciągle się oglądając. Tutaj nie są rude. A może to nie lis? To jedyne zwierzę, które widziałem przez długi czas.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Zatrzymałem się, żeby posłuchać tego upału. Silnik zamilkł. Nie słychać ptaków, cykad ani nic innego. Otaczają mnie martwe wzgórza. No może nie martwe. Są wielkie mrówki. Jedyny dźwięk jaki słyszę, to benzyna przelewająca się z bulgotem, ze zbiornika do zbiornika i cykanie stygnącego metalu. Powietrze stoi. Dolinę, przed wiatrem, strzegą okoliczne wzniesienia. Wszedłem na jedno, żeby się zorientować, czy przypadkiem nie jadę obok asfaltu. Wokół, jak okiem sięgnąć, to samo – żółte, martwe wzgórza.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

***

Kapeć. Sprawa jest łatwa i każdy, kto jeździ motocyklem, powinien być na to przygotowany. Jednak będąc zdanym tylko na siebie, drobne rzeczy nabierają kolosalnego znaczenia.
Przykład: brak zwyczajnej „maszynki” do odkręcania wentyla może znacznie wydłużyć operację, póki nie znajdzie się jakiegoś rozwiązania. Nie da się zadzwonić do kumpla, zatrzymać samochodu, podjechać na stację, czy do sklepu. W samym podróżowaniu czas nie ma znaczenia. Tu przeciwnie. Upał wysysa siły podwójnie, a jeśli pije się za mało wody, jeszcze bardziej. Im więcej czasu spędzi się na rozwiązywaniu stworzonego przez zapominalstwo problemu, tym szybciej traci się energię i zapał przechodzi w rozzłoszczenie, a potem zwątpienie. Zwątpienie to nasz wróg. Koniec przykładu.

To nie poradnik. Zwyczajne rozważania o tym, jak łatwo można znaleźć się w potrzasku, przez najmniejsze niedopatrzenie. Moim niedopatrzeniem, jest niewielka ilość wody jaką ze sobą zabrałem na dziś. Uporałem się z kołem dość szybko, ale… pompka nie chce pompować. Nakombinowałem się, nakręciłem, nawymyślałem. Już chciałem kompresor rozkręcać, kiedy coś drgnęło. Zegar po długim czasie pokazał 2 atmosfery i więcej napompować nie może. Tyle wystarczy, żeby gdzieś dojechać.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

***

Wioska wygląda na pustą, choć to mało prawdopodobne. Pewno upał zagnał ludzi do domów, albo są w pracy. Zatrzymałem się w cieniu drzewa. Widzę ruch. Ze stodoły wychodzi mężczyzna.
– Salam alejkum! – wołam.
– Alejkum salam – odpowiada mężczyzna, kiedy już mnie zauważył.
– Otolastik? – pytam, kopiąc w koło motocykla. Chyba źle wymawiam „wulkanizator”, bo mój rozmówca zdaje się nie rozumieć. A może to ja nie rozumiem, że w tak małej wiosce wulkanizatora być nie może.
– Otolastik, kompresor – próbuję kolejny raz, pokazując na koło.
– Aaaaa, kompresor! – I krzyczy z całych sił po swojemu, w kierunku domu. Na to wychodzi dwóch młodych chłopaków. Przedyskutowali sprawę i z samochodu jeden z nich wyjął… kompresor. W jedną chwilę koło wróciło do formy.

Dostałem tez zimną wodę. Kiedy ja łapczywie piłem, Abidin, bo tak ma na imię ów poczciwy człowiek, opowiadał o sobie. Zrozumiałem i zapamiętałem, że zanim przeszedł na emeryturę, pracował długo we Włoszech w Livorno, jako inżynier. Ma dwóch synów i córkę. Córka zejść nie może, bo ma małe dziecko. Wygląda teraz za to przez okno domu na piętrze, uśmiecha się i macha radośnie na powitanie, albo pożegnanie.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Z dalszego przemieszczania się nieutwardzonymi drogami mimo pewnego wyczerpania, nie zrezygnowałem z banalnego powodu. Droga asfaltowa jest w remoncie i prowadzi w przeciwnym kierunku niż mam zamiar jechać.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Kilka kilometrów wśród pól i znowu jestem sam na sam ze sobą. Moim oczom ukazał się widok tak irracjonalny, że wyobraźnia od razu przeniosła mnie w świat dziecięcej wyobraźni.
Pośrodku niczego, pod krzakiem, wypłowiała na różowo sofa. Za czasów swojej świetności mogła być czerwona, albo i bordowa. Wokół z rzadka rosną krzewy. Wyglądają, jakby wszystkie zaraz miały iść w jej kierunku. Jakby krzewy-ludzie zaraz miały ustawić się w kolejkę, żeby usiąść i odpocząć chwilę. Założę się, że kiedy nikt nie widzi, właśnie tak robią.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Wjechałem na asfalt. Jest taki, jakby na niezrównanej ziemi ktoś niechcący upuścił rolkę papieru toaletowego, a ta fantazyjnie rozwinęła się wzdłuż krawędzi skarpy, przy tym esując mocno. Tutaj można z góry zobaczyć wielkie rozlewisko, do którego wpada rzeka Eufrat, żeby spowolnić swoje wody.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

***

Cztery wioski i dwoje ludzi. Wioski to kilka, może kilkanaście domów, wyglądających jak sklecone z czego się da ściany. Trochę słomy, trochę glinianych, niewypalanych cegieł. Dachy pokryte blachą wyglądającą jak z pociętego kontenera. Nie ma nawet psów. Gdzie są wszyscy? Droga przez ostatnią wioskę, jest zarośnięta z obu stron krzakami, dając nieco wytchnienia od słońca. Nie jest szersza niż na szerokość samochodu osobowego i wiedzie w górę, w górę, w górę.

Tych dwoje ludzi spotkałem za wioską, na końcu asfaltu. Kobieta i mężczyzna. Wyglądają jak nomadzi w podróży, ale wydają się być stąd. Ona niesie tobołek na plecach, on dzierży kostur a przez ramię przewieszona, zwisa płócienna torba. Oboje okutani w derki zwisające do kostek. Na głowach chusty. Mam wrażenie, że na ich twarzach rysuje się niedowierzanie, że ktoś tędy jedzie. Czy można odczytać taką informację, widząc kogoś kilka sekund? Nie sądzę. To raczej moja niepewność, czająca się z tyłu głowy. Wtedy nie wiedziałem, że to ostatni ludzie jakich widzę przez długi czas.

***

Silnik wyje na najwyższych obrotach. Motor wdrapuje się ostro pod górę, a każdy zakręt zdaje się być ostatnim przed wywrotką. Zdawało by się, że nic trudniejszego już mnie nie spotka. O, jak bardzo się myliłem!

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Marny, wąski asfalt, nieograniczony niczym od przepaści, skończył się. Teraz trzeba wspinać się drogą z kamieni i ubitej ziemi. Każde, najmniejsze wypłaszczenie podjazdu, to fizyczna ulga. Zapomniałem oddychać. Motor podskakuje na kamieniach. Koła, raz przednie, raz tylne, tracą kontakt z podłożem, kiedy najadę na większy odłamek. Trochę lepiej jest, kiedy nie trzymam się kurczowo kierownicy. Wtedy, obelisk jakby za mnie decydował. Uszy zatkane zmianą wysokości, a w ustach pustynia. Nie mogę przełknąć śliny. I adrenalina… Jakby żuć prąd o metalicznym posmaku.

Podjazd się skończył, ale natura stawia przede mną nowe przeszkody. Droga przylepiona do zbocza pod szczytem, i tak wąska, zasypana jest bordową materią. Pewno po ostatnich burzach, wszystko to zsunęło się, pchane siłami o których nie chcę nawet myśleć.
Jak się zatrzymam, będę miał wątpliwości. Zacznę się zastanawiać i w końcu strach weźmie górę. Strach nie jest dobry. Paraliżuje ośrodek decyzyjny, podpowiada nielogiczne rozwiązania, dopuszcza wątpliwości, zakłóca rytm.

Bordowe błoto rozstępuje się pod ciężarem motocykla, ale tylne koło myszkuje w stronę przepaści. Teraz strach wziął górę. Bezmyślnie odkręciłem manetkę gazu i… jakoś znalazłem się po drugiej stronie barykady nie do przejechania. Ślad tylnego koła, poszerzony o uślizg, skończył się tuż przy krawędzi. Część błota zsunęła się bezpowrotnie w dół. Beze mnie. Nie zatrzymuję się, bo jestem między pryzmą błota a kamieniami, które góra zrzuciła na szlak, jak trochę wcześniej błoto. Przejechałem! Jakoś przejechałem.
Stop. Spokój. Spokój i cisza. Nagle opanował mnie taki spokój, jakbym zrzucił z siebie wszystkie przewinienia życia. Przypomniałem sobie starego Tuczmę, odpoczywającego na pledzie wśród wzgórz i Elif, parzącą ojcu herbatę w wysłużonym, osmolonym garnku. Potok wśród traw i cichą muzykę natury, jaką tym dwoje ów potok przygrywał. Krowy pasące się na wzgórzu i ten sielski spokój, który znów mi się udzielił.

Zaciągnąłem się dymem z papierosa. Patrząc w przestrzeń zapełnioną górami po horyzont, jakbym poczuł fizycznie swoje życie. Gdzieś tutaj jest jego granica. Czy po to tu się wdrapałem przypadkiem? Żeby szukać swoich granic?

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Łagodny zjazd z mojej góry strachu, napawa optymizmem. Czuję się jak zwycięzca. Dałem losowi kuksańca w nos. Do czasu…

„W drodze, nigdy nie oferuj sobie luksusu pewności siebie, póki nie dojedziesz do celu”.

W oddali widać wieżę meczetu i wiejskie domy. Dzieli mnie od nich łagodny zjazd, a na drodze pole kamieni, ciągnące się kilkaset metrów. Po tej stronie, burze i ulewy zrzuciły ze zbocza luźną masę skał. Nie otoczaków jak w rzece. Takich nie obrobionych czasem i wodą, surowych i ostrych brył, przeciętnie wielkości średniej doniczki albo cegły. Znów nie mogę się zatrzymać i zacząć myśleć. Jednak motocykl nie ma gmoli. Jeśli upadnę, a właściwie KIEDY już upadnę, może się stać wszystko. Pęknie zbiornik, może pokrywa silnika, może jego osłona…

Zrobiłem to, co na górze przed błotną przeszkodą. Bezmyślnie odkręciłem manetkę.
Pierwsze uderzenie koła w skały, oderwało mnie od motocykla. To szybko uczy. Trzeba na stojąco. Cofnąłem się, aż na lędźwiach poczułem bagaż. Gaz, gaz, gaz! Obelisk rozpędza się, bo droga w dół, a ja jeszcze dodaję mu pędu. Przeskakuje po kamieniach jak pijany. Rwie do przodu, to znów staje dęba. Mam wrażenie, że na ułamki sekund, całkowicie odrywa się od tej zgrozy. Czasem przednie koło nurkuje w wolną przestrzeń i uderza o pionową przeszkodę. Po tym, strzela w powietrze, żeby za chwilę zanurkować i teraz tył wyskakuje jak z procy. W końcu jadę tak szybko, że gdybym stracił pion, motocykl wydłubywałbym z pomiędzy szczelin, jeśli byłbym w stanie.

Wszystko działo się tak szybko i w zasadzie bez mojej ingerencji, że trudno mi opisać co się działo.

Nie przewróciłem się. Nie przewróciłem się! N i e p r z e w r ó c i ł e m s i ę !!!

To zadziwiające ile desperacji i determinacji, drzemie w człowieku, w beznadziejnym położeniu. W sytuacji bez wyjścia. Odpuszczenie gazu, przyhamowanie nawet, to pewność roztrzaskania się. Prędkość bez kontroli i umiejętności, to samo. Cholera! Nie wiem jak to się stało, że znalazłem się po drugiej stronie osuwiska.

Nie zatrzymałem się. Nie oglądałem się za siebie. Tylko zwolniłem. Obroty silnika spadły i znów miarowo grzechotał po swojemu. Jak zwykle. Jakby nic się nie stało. Jakby nigdy nic. Przedmioty martwe nie mają pamięci. Nie przeżywają.

Dopiero za kilka minut, złapałem się na tym, że cały czas kurczowo ściskam kierownicę.
Kiedy nic nie można zrobić oprócz trwania w konkretnej okoliczności, człowiek staje się jak szczur zapędzony przez kota w pułapkę. Szczur broni się atakując. Nie z odwagi. Ze strachu.

Jestem pewien, że ktoś z dużym doświadczeniem terenowym, pewno przejechałby tę drogę męki i szybko zapomniał. Opis jest wyłącznie moim wrażeniem i doświadczeniem. Kto wie, może moja Góra Strachu, to więcej wymysł wyobraźni podsycanej przymusem samoradzenia, niż prawdziwe niebezpieczeństwo. To zostawię do oceny, jeśli ktoś ma potrzebę oceniania. Dodam tylko, że wiedząc co jest na górze, nie wybrałbym się tam nawet pieszo.

***

Łagodne wzniesienia przecina wąski, przyjemny szlak nieutwardzonej drogi. Napawam się widokami i doceniam łatwość z jaką mogę jechać. Tak dotarłem do nieuczęszczanego asfaltu. Ten doprowadził mnie do drogi ekspresowej. Przeciąłem ją, choć cztery razy szybciej dojechał bym na miejsce, które sobie wyznaczyłem. Rychły zachód słońca, wcale mnie nie poganiał. Zapętlona droga nad Eufratem, niespiesznie, kilometr za kilometrem, przybliżała mnie do zasłużonego odpoczynku.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

Turystyczne miasteczko Kemaliye, ze wzniesienia na którym zatrzymałem się ostatni raz dzisiejszego dnia, nienachalnie rozświetlało gęstniejącą noc. Tam musi być jakiś pokój dla mnie.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

A obelisk? Kiedy zatrzymałem się na wspomnianym wzniesieniu, na jednej z serpentyn, postawiłem go na podpórce bocznej na jeszcze włączonym silniku. Zagrzechotało złowrogo, czerwona kontrolka oleju zamigotała ostrzegawczo swoim czerwonym STÓJ.

– To bardzo niedobrze – pomyślałem. Od razu wyłączyłem silnik. GPS pokazuje, że przede mną niecałe osiem kilometrów. Kiedyś już jechałem z takimi oznakami mechanicznej śmierci obeliska i przetrwał te kilka kilometrów, póki nie dolałem oleju. Teraz też przetrwa.
O dziwo, w pionie wszystko wróciło do normy. Powoli, powoli, z górki, dojechałem do upatrzonego otelu. Chłopak z obsługi zagaja, zachęca, pyta czy chcę nocować, czy zjeść coś.

– Nie teraz – warknąłem przesadnie, żeby dał mi spokój. Zrozumiał i odszedł do swoich gości, zabawiając ich rozmową.

Obelisk na centralkę. Poziom oleju w porządku. Wycieków nie ma. Nic nie popękało. Kamienie po których „przelatywał” motocykl, niczego nie uszkodziły.
Jedna z pomp oleju zawodzi? Chyba są dwie.

I tak rozmyślam sobie, aż wpadłem na prawdopodobną przyczynę zaświecenia się znienawidzonej kontrolki. Być może jednak, dramatyczny „przelot” po osuwisku z kamieni, poruszył i motocykl. Może najcięższe złogi, szlam, odpady, opiłki i co tam jeszcze jest, przez tak silne uderzenia, przeciążenia i wibracje, oderwały się i dotarły do któregoś z filtrów, zapychając go. To jedyna uspokajająca nieco myśl, jaka przyszła mi do głowy. Inne są zbyt wstrząsające, żeby je tu przywoływać.

– Proszę pana. Ekskjuz mi! Chciałbym wynająć pokój na jedną noc.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

***

Dziś miałem przejechać 140 km. Tyle pokazywał GPS. Zmodyfikowałem trasę i zrobiło się dwa razy tyle.

280km to i tak niewiele, prawda? To zależy. Ile to godzin od 9 do 19:30? Tyle właśnie czasu, zajęło mi przetelepanie się po różnych nie asfaltowych szlakach, nawyginanie się po tysiącu asfaltowych zakrętach, przejechanie drogi po której pieszo bym nie przeszedł gdybym nie musiał, dotarcie na dwa szczyty, i naprawienie kapcia.

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…] Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.5: pasterz, przebita opona, bordowe błoto nad przepaścią…]

c.d.n.

CeloFan

Motovoyagerhttps://motovoyager.net
Nasi czytelnicy to wybrana grupa ludzi. Motocykliści, którzy w Internecie szukają inteligentnej rozrywki, konkretnych porad lub inspiracji do wyjazdów motocyklowych. Nie jesteśmy serwisem dla każdego, zdajemy sobie z tego sprawę i… uważamy, że jest to nasz atut. Nie znajdziesz u nas treści nastawionej jedynie na kliki, która nie wnosi niczego merytorycznego. Nasza maksyma to: informować, radzić, bawić nie zaśmiecając głów czytelników bezsensownymi treściami.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

POLECAMY

Prawo po stronie motocyklisty? Czy duże koncerny będą zadowolone z tego, że zapłacą za odbiór wadliwego jednośladu?

Już niebawem, bo 1 stycznia 2022 roku ma wejść w życie nowelizacja Ustawy o prawach konsumenta. W myśl europejskich zasad, wszystkich konsumentów w Unii...

Elspeth Beard – samotna podróż motocyklem przez Świat

Na motocyklowych podróżników wciąż czyha wiele niebezpieczeństw i zagrożeń. Jednak śmiałkowie podejmujący się kilkadziesiąt lat temu wyprawy dookoła świata, nie mogli liczyć na wiele...

Aprilia SR GT – wielozadaniowy skuter z Włoch

Niezwykle cieszyć może fakt, że kolejny producent motocykli dostrzega w skuterach ogromny potencjał, wyposażając je w znacznie bardziej uniwersalne cechy. Poznajcie świeżutką Aprilię SR...

Motocykl po turecku – wyprawa starym KTM-em 990 ADV do Wschodniej Anatolii [cz.8: lepki upał, serwis Obeliska, śródziemnomorska plaża]

Historia, na którą się właśnie natknęliście, traktuje o charakterach ludzi, trudach letniej, trwającej miesiąc podróży po pięknej, zaskakującej i nieprzewidywalnej Turcji. Przed wami ósma...

Powrót Kalendarza Pirelli – „On the road” autorstwa Bryana Adamsa w hołdzie gwiazdom muzyki

Okładka winylowej płyty zawierająca jednak nie płytę, ale Kalendarz Pirelli 2022, zatytułowany „On the Road”, ze zdjęciami autorstwa Bryana Adamsa – uhonorowanie międzynarodowych gwiazd...