Złośliwość rzeczy martwych
Zjazd w stronę Malaucene jest przez kilka kilometrów wyjątkowym wyzwaniem, ale później to już sama przyjemność. Ponowne odwiedziny Vaison la Romaine tym razem kończą się powodzeniem. Zwiedziliśmy stare miasto i odkrywamy kolejnego kota, ale tym razem sierściuch warczy na sam widok przyjaznej ręki.
Vaison zachwyca swoja architekturą i kolorami. Ostatnie niemal godziny w Prowansji spędzamy w deszczu. Ulewa podmywa nieco nasze umiłowanie dla francuskiej ziemi. W nocy, gdy namiot zaczyna przeciekać, odliczam godziny do powrotu.
Plany wyjazdu z Francji są mgliste, ale konkretne – trzeba wrócić do Polski, bo panowie z wypożyczalni urwą mi jaja. Trasa przez Włochy i Węgry spalona. Winiety też idą w diabły. Trzeba jechać przez Szwajcarię, Bawarię i Czechy. Pogoda wyraźnie skłania się do jesiennej chandry, a i nam jest coraz mniej do śmiechu, bo w końcu do pokonania w dwa dni zostało 1900 km. Wyruszamy 13 września przed południem.
Buis, a i Prowansja żegna nas słońcem i przyjemnym morskim powietrzem. Po kilkunastu kilometrach postanawiam, że warto zatankować, bo przecież pełny bak to gwarancja sukcesu. Podjeżdżamy pod dystrybutor, odkręcam zawór i zaczynam kląć. Nasza karta kredytowa zostaje odrzucona. Skrupulatne wyliczenia wskazywały, że na koncie powinna być jeszcze kwota wyższa niż dwa tysiące. Co robić? Nerwowe spojrzenia i gesty.
Plecaczek łapie za telefon i kontaktuje się z infolinią banku. Pomocna pani prosi o podanie stu dwudziestu cyferek. Znaliśmy tylko numery najbliższego losowania Lotto, ale żadnych innych kodów, pinów. Co tu robić? „Dzwonię do Agi!” – zabrzmiał głos Plecaczka. Rozmowa trwała 30 minut, ale udało się zorganizować środki na innym rachunku, bo na naszej kredytówce widniały blokady na 1300 tys. zł.
W końcu tankujemy. Na bramkach przed Grenoble ponownie kłopot z kartką, która została odrzucona. Całe szczęście mamy drobne. Kolejne tankowanie i czary mary nad portfelem. Transakacja zakceptowana. Jedziemy dalej. Przed godziną 19 docieramy do Szwajcarii. Po niespełna dwóch kolejnych godzinach byliśmy na przedmieściach Zurichu, ale za to głodni i zmęczeni.
Postój na stacji wychodzi nam bokiem. Paliwo 75 zł, jedzenie 80 zł, a dodać trzeba, że nasze menu jest nader skromne: dwie herbaty, cztery słodkie bułki. Plecaczek zaczyna marudzić. Chłód tańczy coraz odważniej, a temperatura spada gwałtownie. „Zanocujmy gdzieś” – słyszę ten tekst częściej niż rodzice słowo „kup mi”. Nie myślę o postoju, bo wiem o uciekającym terminie zwrotu maszyny.
Drogowy hardkor
TDMa ciągnie do przodu. Grubo po północy przejeżdżamy obok St. Gallen, które tonie w ciepłych podmuchach Jeziora Bodeńskiego. Przyjemne 25 kilometrów wokół wspomnianej miejscowości nieco poprawia nasze humory. Granica szwajcarsko-austriacko-niemiecka w Bregenz i Lindau kręci moim zmysłem orientacji. W końcu docieramy do Bawarii. Ponownie jedziemy do Monachium, ale nie ma mowy o dłuższym postoju.
Gdzieś przed Memmlingen zatrzymujemy się na dwie godziny w całodobowej restauracji. Obsługująca nas pani jest pomocna i uprzejma. Widać, że takich jak my widuje co wieczór. Nie robi żadnych kłopotów, a jeszcze podaje nam wyjątkowo dobrą zupę. W trasie jesteśmy już od 16 godzin. Plecaczek zasypia na stojąco, a ja nawet przez moment nie mam kryzysu. Gdzieś nad ranem dojeżdżamy na stację benzynową przed Ratyzboną. Ponowny postój, który wymagał niemałej gimnastyki, bo po raz kolejny karta bankowa przestaje działać. Wykorzystujemy sieć bezprzewodową i uruchamiamy gotówkę na trzecim plastiku.
Zjadliwe śniadanko dodaje nam nieco animuszu, a tymczasem za oknem pada deszcz. Leje właściwie. Czekamy a nadzieją, że jednak… Nic z tego. Granicę niemiecko-czeską pokonujemy z radością i obawą, bo przecież wjeżdżamy w strefę betonu. Czesi powinni wprowadzić na swoich „autostradach” dwie winiety: dla busów/tirów oraz dla czołgów.
Czytaj dalej tutaj

Ciekawie napisana relacja z wyprawy motocyklowej. Autorzy mają niezłe pióro. Lekko i przyjemnie się czyta. Będzie cdn?
Minos – będzie kontynuacja w przyszłym roku. Wybieramy się na kolejne szalone wakacje, ale tym razem na V Stromie. Zapewne skorzystamy z gościnny motovoyagera, o ile będzie zainteresowanie ze strony redakcji.
Oczywiście, że będzie :-)
Ciekawa wyprawa, świetny motocykl :) Ale ten desperacki powrót aby tylko zdążyć na czas z oddaniem sprzęta moim skromnym zdaniem lekko ryzykowny. Trochę jakbyś dał w zastaw swój dom, a ew dzień opóźnienia miałby skutkować jego zajęciem przez mafię.
Szacunek dla pasażerki za przetrwanie( tym większy, jeśli w TDM była seryjna kanapa).
Nie planowaliśmy ryzyka, ale nieco namieszał nam hotel w Budapeszcie i sprawa zamykania granic. W TDMie była kanapa nieco inna niż ta seryjna. Pasażerka raczej nie narzekała. Pozdrawiamy
Swietna wyprawa i ciekawy opis. Gratulacje. Mnie chyba zabila by ta jazda rowerem na samo zakonczenie :) Wiele opisow wypraw, jak zauwazylem, zaplanowanych jest chyba bez brania pod uwage powrotu. Zbyt malo czasu planuje sie na trase powrotna i potem ludzie jada jak opetani przez dzien i noc. To powoduje stres i zagrozenie. W waszym przypadku to juz bylo male wiariactwo. Podziwiam twojego plecaczka za wytrzymanie tego wszystkiego :) Ja staram sie potraktowac powrot jako czesc wyprawy i planuje po drodze jakis nocleg i postoj. No ale, zeby do tego dojsc, to tez nieraz tak sie wracalo… Powodzenia przy nastepnych wyprawach.
Dziękujemy, wbrew pozorom planowałem dokładnie każdy dzień, ale choroby nas rozłożył :-). W tym roku będziemy już bardziej uważni. Pozdrawiamy