Jest taka fotografia, którą pewnie i wy widzieliście ze trzysta razy, choć za każdym razem podpisana jest innym nazwiskiem albo nickiem. Jest na niej inny motocykl oparty o tę samą barierkę, w tle most albo serpentyna, a światło rzucone nisko, bo to „złota godzina”. Kask leży na stoliku, obok kawa, której nikt nie wypił do końca, bo połowa to akurat idealna ilość na dobry kadr. Motonita stoi bokiem, patrzy w dal, jakby właśnie coś przeżył — nie, nie przeżył, ustawił. Jak wspomniane już wyżej ze trzy setki jego poprzedników.
Tekst: Michał Gessler
I tu nie chodzi o nią czy o niego. Chodzi o to, że ta fotografia zjadła nam jazdę od środka, a większość z nas nawet tego nie zauważyła…
Chłonąłem, koniec i kropka
Bo przyznajmy sobie coś szczerze, zanim pojedziemy dalej. Kiedy ostatnio zatrzymaliście się w naprawdę pięknym miejscu i po prostu tam byliście — bez wyciągania telefonu? Nie „zrobiłem zdjęcie i chłonąłem”, tylko chłonąłem, koniec i kropka. I nikt się o tym nie dowie. Jeśli musicie się chwilę zastanowić, to ten tekst jest właśnie o was. O nas.
Lajk = jesteś kimś
Psychologia ma na to celną nazwę: autoprezentacja. Człowiek od zawsze gra przed publicznością — Goffman opisał to z sześć dekad temu, na długo przed pierwszym hashtagiem. Nowe jest tylko to, że publiczność mamy teraz w kieszeni, dwadzieścia cztery godziny na dobę, i że reaguje w czasie rzeczywistym cyferką albo innym serduszkiem pod zdjęciem. A mózg — mały, głupi, chemiczny — tę cyferkę traktuje jak dowód, że istniejemy, jako wskaźnik naszej wartości. Lajk to nie jest opinia o zdjęciu. To zastrzyk potwierdzenia, że byłeś, że warto było, że jesteś kimś. I jak niektóre zastrzyki — uzależnia, podnosi próg i każe brać więcej.
W końcu przestajesz jeździć
Bierzemy więc więcej. Trasa przestaje być trasą, a staje się scenografią. Nie jedziesz tam, gdzie droga jest najlepsza, tylko tam, gdzie tło jest najlepsze. Nie zatrzymujesz się, kiedy coś cię poruszy, tylko kiedy coś dobrze wyjdzie w kadrze. Wyjazd planujesz pod światło, nie pod przyjemność prowadzenia. I w pewnej chwili — tego momentu nikt nie zauważa, bo nie ma alarmu, który by go ogłosił — przestajesz jeździć. Zaczynasz inscenizować siebie jeżdżącego. Płynność tej granicy do złudzenia przypomina mi granicę między uzależnieniem a wolnością od tego stanu.
Widoki widziane przez ekran
A teraz część, czytając którą możesz poczuć fizyczny ból. Pomyśl o swoim ostatnim sezonie. Ile masz z niego wspomnień, które istnieją wyłącznie w wersji opublikowanej? Zakręt, którego nie pamiętasz, ale masz go na storce. Widok, który „widziałeś” przez ekran, ustawiając ekspozycję. Poranek, z którego został post, a nie poranek. A teraz pytanie jak gwóźdź do przysłowiowego piórnika: co się stało z resztą? Z tymi wszystkimi kilometrami, których nikt nie polubił, bo ich nie wrzuciłeś? Czy one w ogóle się wydarzyły — czy w twojej głowie liczy się już tylko to, co przeszło przez weryfikację cudzego kciuka?
Obcy decydują, które fragmenty twojego życia mają wartość
Bo to jest cena, o której nikt na profilu nie napisze. Oddajesz obcym ludziom prawo do decydowania, które fragmenty twojego życia były coś warte. Nieznajomy przewijający feed
w kiblu, jednym kciukiem, nie odrywając się od porannej rutyny, staje się recenzentem twojej pasji. Jeśli polubi — było dobre. Jeśli przewinie — było niewidzialne, a więc jakby go nie było. I ty się na to zgodziłeś. Dobrowolnie. Za darmo. Za cyferkę.
Najsmutniejsze jest to, że motocykl był ostatnią rzeczą, która miała być tylko twoja. Wsiadałeś na niego z myślą, żeby uciekać — od szefa, od oczekiwań, od ciągłego bycia ocenianym. A przywiozłeś oceniających ze sobą, w kieszeni kurtki, i posadziłeś ich na tylnym siedzeniu. Teraz jeżdżą z tobą zawsze. Pytają: dobry kadr? warto wrzucić? co powiedzą?
I nie usłyszą odpowiedzi, bo ty sam już jej nie znasz. Nie wiesz, czy ta droga podobała się tobie, czy tylko dobrze wyglądała.
Następnym razem…
Więc następnym razem, gdy ustawisz motocykl pod mostem i sięgniesz po telefon, zadaj sobie jedno pytanie — i odpowiedz na nie uczciwie. Robisz to zdjęcie, bo chcesz zapamiętać ten moment? Czy ten moment istnieje wyłącznie po to, żeby zrobić to zdjęcie? Bo jeśli to drugie — pojawia się pytanie, czy jesteś jeszcze motocyklistą, czy już tylko modelem, który „wynajął” sobie motocykl jako rekwizyt. I płacisz za ten wynajem jedyną walutą, której nie da się odzyskać…
