W krainie kiełbasy
Za Augsburgiem dostaję pierwsze poważne ostrzeżenie od życia i TDM-y. Zatrzymujemy się na poboczu i czuję, że motocykl leci na lewą stronę. Głośne pouczenie Plecaczka, żeby nie schodził bez wcześniejszego poinformowania skutkuje. Udaje mi się podnieść sprzęt, ale w krzyżu coś tam boli. W samym Dillingen kręcimy się jak osa wokół lodów. Adres znamy, ale nie potrafimy dotrzeć pod dom cioci. W końcu pytamy tubylców, którzy perfekcyjnie wskazują nam trasę liczącą 500 metrów.
Pobyt w krainie białej kiełbasy wypada uroczo, ale to przede wszystkim zasługa cioci, która przyjmuje nas pod swój dach. Karmi i poi dobrym bawarskim piwem. Przy okazji mamy kilka niezapomnianych nocy z muzyką rozrywkową. Dodatkowym smaczkiem jest polska kuchnia w wersji bawarskiej oraz piwo, ale o tym już wspomniałem.
Bliskość Monachium skłania nas do wizyty w tamtejszych Pinakotekach, czyli galeriach sztuki wszelakiej. O ile wizyta w budynku starej kolekcji nie jest zaskoczeniem, choć trzeba dodać, że obraz przedstawiający wyobrażenie dzikiego Krakowa wzbudza nasz uśmiech, o tyle wizyta w galerii ze sztuką nowoczesną rozczarowuje nas kompletnie.
Wszystkie eksponaty i dzieła wydają się być zebrane przypadkowo, a ich ekspozycja wręcz skłania do interwencji. Niestety – Tadeusz Kantor właśnie z tego powodu został sprowadzony do lalkarskiego dziwadła. Szkoda! Całe szczęście, że w bliskiej odległości od Dillingen leży Ulm. Wycieczka do miasta z najwyższą kościelną wieżą widokową świata (161 m) robi na nas oszałamiające wrażenie i przez dłuższy czas pamiętamy kilkudziesięciominutową wspinaczkę po schodach.
Równie mocno zapada w pamięć wizyta w lokalnym browarze, zlokalizowanym w byłej fabryce. Piwo wyśmienite w dwudziestu odmianach. Długi czas nie mamy ochoty opuszczać Bawarii, bo Plecaczka bierze w opiekę pogotowie grypowe, a w dalszej kolejności i mnie, ale wycieczki zawsze muszą mieć początek i swój koniec. Nasz planujemy w Genewie, a później Budapeszcie.
Przejazd z Dillingen do Genewy nie jest trudny. Wsiadasz i jedziesz, bo przecież jesteś w Niemczech. Porządek, obowiązek i logika. Jasne? Ulegamy tej mitologicznej narracji. Zamiast szybkiej podróży trafiamy na Trójkąt Bermudzki! W okolicach Jeziora Bodeńskiego zwiedzamy niemal wszystkie zakamarki, bo znaki prowadzą nas w różne okolice. Przy okazji ucinamy sobie miłą pogawędkę z Polakiem, który jedzie z Austrii do Szwajcarii.
Po blisko pięciu godzinach jazdy wokół Lindau wyruszamy brzegiem jeziora w kierunku Konstancji. Widok cudowny tylko zapadający zmrok nieco zmienia układ sił. Plecaczek wyraźnie informuje, że na dzisiaj ma dosyć. Jadę twardo, ale w końcu ulegam namowom i zatrzymuję się w Konstancji, gdzie około północy szukamy noclegu. Udaje się. 88 Euro mniej w portfelu, ale za to wyśmienite śniadanie w cenie i widok nabrzeża jeziora wart wszystkich pieniędzy! Po krótkim spacerze po zabytkowej części miasta wyruszamy do Genewy. Przejeżdżamy niemal całą Szwajcarię, która jest nudna i sterylna. W Genewie okazuje się, że nie mamy do końca sprecyzowanej lokalizacji domu znajomych Plecaczka. Wycieczka nieco się wydłuża, a dodatkową atrakcją jest krzyczący z radiowozu policjant, któremu zajeżdżam drogę (bez mandatu).
Czytaj dalej tutaj

Ciekawie napisana relacja z wyprawy motocyklowej. Autorzy mają niezłe pióro. Lekko i przyjemnie się czyta. Będzie cdn?
Minos – będzie kontynuacja w przyszłym roku. Wybieramy się na kolejne szalone wakacje, ale tym razem na V Stromie. Zapewne skorzystamy z gościnny motovoyagera, o ile będzie zainteresowanie ze strony redakcji.
Oczywiście, że będzie :-)
Ciekawa wyprawa, świetny motocykl :) Ale ten desperacki powrót aby tylko zdążyć na czas z oddaniem sprzęta moim skromnym zdaniem lekko ryzykowny. Trochę jakbyś dał w zastaw swój dom, a ew dzień opóźnienia miałby skutkować jego zajęciem przez mafię.
Szacunek dla pasażerki za przetrwanie( tym większy, jeśli w TDM była seryjna kanapa).
Nie planowaliśmy ryzyka, ale nieco namieszał nam hotel w Budapeszcie i sprawa zamykania granic. W TDMie była kanapa nieco inna niż ta seryjna. Pasażerka raczej nie narzekała. Pozdrawiamy
Swietna wyprawa i ciekawy opis. Gratulacje. Mnie chyba zabila by ta jazda rowerem na samo zakonczenie :) Wiele opisow wypraw, jak zauwazylem, zaplanowanych jest chyba bez brania pod uwage powrotu. Zbyt malo czasu planuje sie na trase powrotna i potem ludzie jada jak opetani przez dzien i noc. To powoduje stres i zagrozenie. W waszym przypadku to juz bylo male wiariactwo. Podziwiam twojego plecaczka za wytrzymanie tego wszystkiego :) Ja staram sie potraktowac powrot jako czesc wyprawy i planuje po drodze jakis nocleg i postoj. No ale, zeby do tego dojsc, to tez nieraz tak sie wracalo… Powodzenia przy nastepnych wyprawach.
Dziękujemy, wbrew pozorom planowałem dokładnie każdy dzień, ale choroby nas rozłożył :-). W tym roku będziemy już bardziej uważni. Pozdrawiamy