Grecja o rzut beretem
Tego dnia odpoczywamy od jazdy. Idziemy całą ekipą nad morze, jednak plażing nie trwa długo – po południu nachodzi chmura i lekkim deszczem przegania nas do hotelu. Przez resztę dnia spacerujemy po okolicy i jemy pyszną kolację w nadmorskiej restauracji. Niewątpliwą zaletą urlopu w Albanii są bardzo atrakcyjne ceny. W Chorwacji niekiedy łapałem się za głowę widząc ceny dań rybnych lub owoców morza. W Albanii nie ma tego problemu, gdyż różnice w cenach dań są niewielkie, a w przeliczeniu na nasze za 50 zł można dostać wypasiony talerz małży, do tego zjeść wielką sałatkę i wszystko przepić pysznym, lokalnym czerwonym winem. I nie chodzi o jeden kieliszek, ale o dzbanek pojemności 7oo ml. Generalnie wszyscy jesteśmy zachwyceni albańską kuchnią – tanio, świeżo i bardzo smacznie.
Kolejnego dnia postanawiamy zrobić sobie wypad na kilka godzin do Grecji, gdzie mamy rzut beretem. Celem jest portowe miasteczko Ladochorion, skąd wypływa się na pobliskie Korfu. Dojazd do granicy zajmuje ok. godziny, w międzyczasie przeprawa drewnianym promem przez małą cieśninę w pobliżu parku archeologicznego Butrint. Podchodzi do nas miejscowy nastolatek pomagający obsłudze i wskazując na rejestrację w Marcina Tigerze mówi „uć, uć”. Na początku nie wiemy, o co kaman, jednak szybko łapiemy, że chłopakowi chodzi o Łódź. Marcin jest z Łodzi, więc na jego rejestracji widnieją litery EL. Bystrzak z tego malucha. Pytam chłopaka czy wie, skąd ja jestem, jednak litery RTA nic mu nie mówią.
[sam id=”24″ codes=”true”]
Tak czy inaczej na koniec rzuca jeszcze kilkoma nazwiskami znanych polskich piłkarzy, żegnamy się i odjeżdżamy w kierunku greckiej granicy. Na miejscu chodzi nam po głowie zapakować motocykle na jeden z promów i objechać kawałek wyspy Korfu, jednak kiedy analizujemy kwestię czasu i kosztów stwierdzamy, że nie ma to sensu. Jemy greckiego gyrosa w pobliskiej knajpie, a wracając w stronę parkingu spotykamy pana od Hondy Africa Twin, z którym rozmawialiśmy na granicy albańskiej. Siedzi sobie w knajpce i leniwie popija kawę. Zapytany o plany mówi, że póki co posiedzi tutaj kilka dni, a później zobaczy, może jeszcze na południe, może w stronę Turcji. Po raz kolejny trochę zazdrościmy takiego luzackiego podejścia, życzymy sobie powodzenia i wracamy do Ksamil. Kto wie, czy za kilka dni znów się nie spotkamy gdzieś po drodze.
Kolejnego dnia rano wita nas błękitne niebo, zapowiada się gorący dzień. Ekipa jedzie na kilka godzin do miejscowości Gjirokaster, natomiast ja postanawiam iść na plażę i trochę popływać.
Kamil, uczestnik wyjazdu
Wyruszamy do Gjirokaster z zamiarem zwiedzenia tamtejszego zamku władcy Epiru – Ali Paszy. Po drodze mijamy kilka patroli policji. Ciekawa sprawa, człowiek nie ma pewności, czy to prawdziwa policja, czy przebierańcy. No bo, mundur jest, lizak jest, spluwa jest, ale na poboczu stoi stary cywilny VW Golf II (tak jest, przyjeżdżają na patrol prywatnymi samochodami). Wjeżdżając do Gjirokaster przez chwilę wątpię widząc patrol policji, gdzie 5 na 7 stróżów prawa stało uzbrojonych w AK47…
Jest, zamek Paszy, góruję nad całym miastem. Wspinamy się coraz to wyżej i wyżej nierównym, stromym brukiem (jako budowlaniec stwierdzam, że wykonany z łupka) i nagle się okazuje, że jesteśmy pod samymi wrotami do zamku. Coś, co jest nie do pomyślenia u nas i zachodniej Europie tam jest wykonalne. Nie ma stada kasujących parkingowych i dziesiątek znaków „zakaz wjazdu”.
Zostawiamy motongi przed bramą i idziemy zwiedzać. Niestety to, czym przed chwilą się zachwycałem, ma też swoje wady. W zamku mijamy dostawcze busy, ale nic, idziemy dalej. Wychodząc na dziedziniec okazuje się, że dzień wcześniej było organizowane tutaj wesele – i co? – oczywiście syf i śmieci. Dobra, dosyć tego narzekania. Widoki z fortecy – genialne. Całe miasto i dolina jak na dłoni. Teraz rozumiemy, dlaczego Gjirokaster określa się mianem „srebrnego miasta” – większość budynków jest pokryta szaro-srebrzystą dachówką (tak, zgadza się, też z łupka), która mieni się przepięknie w słońcu.
Jako że jest coraz cieplej, postanawiamy wrócić i zahaczyć po drodze o inną atrakcję – Blue Eye. Majestatyczne źródło rzeki w postaci głębokiej, pionowej jaskini o średnicy ok. 3-4 metrów, z krystalicznie czystą wodą – aż chce się wskoczyć do rzeczki.
Wracając chcemy jeszcze wymienić Euro na Leki. Niestety okazuję się, że w Sarandzie w niedziele kantory już dawno pozamykane. Jankowi udaje się znaleźć informację turystyczną, a pani tam pracująca sprowadziła nam albańskiego cinkciarza. Mimo, że urodziłem się pod koniec okresu PRL, dane mi było w XXI wieku doświadczyć uroków lat 70. komunistycznej Polski. „Czincz manej, gud prajs” nabrało realnego charakteru. Mały, ubrany w zielone polo i szare dżinsy dziadek dał nam lepszą cenę niż w kantorze. Z pewnymi obawami, czy pieniądze nie są fałszywe ruszamy na stację zatankować Tigera. Zalane, zapłacone, oryginalne. Wracamy do Ksamil.
W drugiej części dnia opływamy rowerem wodnym okoliczne wysepki, jemy kolację i testujemy lokalne, swojskie winko, zakupione przez Janka w jednym z licznych, przydrożnych straganów. Jest naprawdę świetne, a półtoralitrowa butelka kosztuje śmieszne pieniądze. Polecam choć raz spróbować każdemu, kto będzie w Albanii. Zwłaszcza w górzystych terenach okoliczni mieszkańcy rozstawiają się przy drodze i sprzedają lokalne, swojskie wyroby. Jednak jutro rozpoczynamy trasę powrotną, więc aby wstać rano w dobrej formie kończymy wcześniej, do pokonania będziemy mieli około 550 km, a celem jest Zabljak- czarnogórska miejscowość położona w górach Durmitoru.

[sam id=”24″ codes=”true”]

„emeryten party”. Relacjonujący nie powinien pisać o swoich „off” doświadczeniach w Rumunii, bo się przykro robi. Jak przeczytałem tylko kawałek relacji o drodze, którą wszyscy w ten sam sposób pokonują omijając Słowenię to miałem wrażenie, że czytam relację „pojechaliśmy Vectrą do Chorwacji” (mało pasuje do doświadczeń motocyklowych). Generalnie dramat, przeczytałem tylko 2 strony
konkretna wyprawa, Albania chodzi mi po głowie od dłuższego czasu i chyba w tym sezonie uderzę właśnie w tym kierunku. Mam pytanie apropo komentarza kolegi Daniela, nie wiem może ja trochę niedowidze z racji wieku, ale- gdzie w relacji jest info o wyprawie „off” po Rumunii( jak rozumiem chodzi o offroad) ? I Słowenii chyba nie ominęli z tego co jest napisane w relacji
Fajna relacja, kawał drogi za wami. Tempo i przerwy na plażing i zwiedzanie idealne dla mnie.
PS. DanielD chyba jakiś gorszy dzień? Każdy jeździ tak jak chce chyba, ze masz monopol na jedynie udane wyprawy. Jesli tak to mozesz na tej stronie dać poznać innym popełniając artykuł .
Tak krótko napiszę, aby wyjaśnić dość ciekawy tok rozumowania kolegi Daniela i potwierdzić to, co napisał Bartosz. Wyprawa do Rumunii miała charakter typowo szosowy, celem było zaliczenie Transfogarskiej i Transalpiny oraz krótki wypoczynek nad morzem czarnym. Także nie mam pojęcia, skąd wywnioskowałeś, że było to doświadczenie ”off”( o ile chodziło o offroad). W przypadku wyjazdu do Albanii jechaliśmy przez Słowenię, co jest również opisane w relacji, także intryguje mnie skąd domysł, że ominęliśmy ten kraj. Zwłaszcza, że jechaliśmy lokalnymi drogami, a nie na zasadzie jak najszybszego przelotu przez autostradę. Tak czy inaczej, wnioskując po wpisie, zapewne masz bardzo bogate doświadczenie w wyprawach ”typowo” motocyklowych, odpowiednie dla nielicznej garstki prawdziwych globtroterów. Bardzo chciałbym zobaczyć chociaż jedną relację z Twojego wyjazdu, gdzie dowiemy się, jak wygląda prawdziwa motocyklowa wyprawa. W razie jest już gdzieś w necie- podrzuć link. Pozdrawiam.
…fajna zarówno traska jak i relacja, opiniami malkontentów nie przejmuj się zbytnio … .
Paweł, spoko relacja. Nie przejmuj się DanielemD. Trolli nie brakuje :)
Ciekawy region, ciekawa relacja, przydałby się krótki filmik z gopro tego przejazdu w ulewie przez dubrovnik, aby uczulić początkujących motofanów, że nawet w chorwacji nie zawsze świeci słońce a zawsze trzeba być gotowym jadąc moto na różne warunki nawet w takim regionie. Pozdr
@DanielD
„Generalnie dramat, przeczytałem tylko 2 strony” – Jak widać p. R.Betnarski posiłkował się chyba twoim przykładem zamieszczając na tym forum jakże wnikliwy spostrzeżeniami felieton „Prawdziwy Motocyklista czyli studium postaci tragicznej” .
A może Daniel to tylko motocyklowy bajerant erotoman weżmy i to pod uwagę nie przejmujcie się takimi komentarzami zazwyczaj najwięcej mają do powiedzenia ci którzy nic nie widzieli i nigdzie nie byli a śmigają tylko w koło komina jeśli nie to opis i foto jak kolega pozdrawiam obu.
Być może, dlatego zawsze staram się na miękko podchodzić do podobnych komentarzy :) Pewne jest to, że wielu ma różne wizje i preferencje dotyczące podróżowania, często uzależnione od sprzętu, ilości czasu wolnego, warunków finansowych i składu, w jakim się jedzie. Jeden woli spędzić miesiąc tułając się samotnie po mongolskich stepach, jedząc tyrolską z puchy i śpiąc w namiocie i będzie uważał taki rodzaj turystyki za jedyny słuszny. Większość z nas jednak ma ograniczenia czasowe oraz finansowe i planując trasę musi oprócz tych dwóch aspektów uwzględniać również kwestię możliwości posiadanego sprzętu oraz preferencji uczestników wyjazdu.
Początkowy plan uwzględniał powrót przez Macedonię oraz Rumunię, jednak głównie względy czasowe uniemożliwiły jego realizację. Może wtedy byłbym chociaż trochę bardziej Pro a tak to wyszło po emerycku ;)
Pozdrawiam