Tegoroczny sezon motocyklowy, a w szczególności jego początek, był nieco inny niż poprzednie. Wkurzał, drażnił, wprowadzał dezorientację, a to wszystko przy promieniach słońca wpadających przez okno i słupku rtęci, przekraczającym piętnastą kreskę. Poniedziałek 20 kwietnia był dniem przełomowym i to nie za sprawą spadku cen za baryłkę ropy poniżej dolara, a możliwością dalszego wyjazdu motocyklem. Dokładnie tak zrobiłem, tylko co w tym dziwnego?

Wiadomo, motocykliści nazywają się wolnymi i osobiście uważam, że to zdecydowanie najważniejsza wartość jednośladowego stylu życia. Wobec tego każdy zaczyna sezon według własnego widzimisię – czy to od rozpoczęcia na Jasnej Górze, czy nie kończąc go w ogóle i korzystając z każdego słupka na termometrze powyżej zera, uprawiając motocyklizm nawet, gdy za przejażdżkę na motocyklu uważamy wyjazd do osiedlowego sklepu. W moim przypadku sprawa ma się nieco inaczej – prawdziwe rozpoczęcie sezonu zwiastują muchy, obowiązkowo z innego województwa, które rozbiły się o dymioną szybę mojego Schubertha C4 PRO.

Warto przeczytać: Ducati Multistrada 950 po 50 000 km – wyniki testu długodystansowego.

Po zmianie obostrzeń długo nie myślałem, zapakowałem kufry i postanowiłem pojechać odwiedzić czekającą na mnie drugą połówkę, której rodzinny dom oddalony jest od mojego, o niespełna 400 km. Radościom na nadchodzący wyjazd nie było końca i nijak miało się to w porównaniu do pokonanych już 700 km wokół komina. Cały wieczór poprzedzający moment wyjazdu stał się niejako motocyklową ceremonią, która trwała w akompaniamencie muzyki Marka Knopflera i mogłaby trwać o wiele dłużej. Wyjazdy motocyklowe nauczyły mnie jednej ważnej rzeczy – celebrowanie podróży, to nie tylko sam moment dojazdu do obranego na celownik punktu, a cała otoczka związana z podróżą – planowanie, pakowanie, jazda. Wobec tego nauczyłem się przedłużać w głowie swoje motocyklowe przejażdżki minimum o 2-3 dni. Nie inaczej było podczas wyjazdu, który rozpoczął na dobre mój ósmy sezon na jednośladach.

Zapewne doskonale znacie to uczucie – motocykl spakowany i zatankowany, a przed wami jeszcze cała noc do wytrzymania, która akurat w przeddzień wyjazdu jest nadzwyczaj długa i męcząca. Rano pobudka i niepotrzebna jest kawa, ponieważ nadmiar endorfin, które produkuje mój, mózg wiedząc o nadchodzącym wyjeździe, z nadwyżką rekompensuje jej brak. Odpalam interkom Sena SC1 i gdyby nie uszy, uśmiech miałbym dookoła głowy. Pomimo, że dopiero zaczynałem swoją podróż, to w mojej głowie wyjazd trwał już o 2 dni dłużej. Sobotni wieczór spędziłem na planowaniu dobrzej już mi znanej trasy przy tlącym się ognisku, które tylko potęgowało mój ulubiony klimat. Z boku stał nowy namiot, który rozłożyłem, aby sprawdzić jego funkcje oraz szybkość montażu. W tle brakowało mi jedynie szumiącego morza gdzieś na południu Europy…

Niedziela przebiegła pod znakiem przemyślanego pakowania, ważenia zawartości kufrów i prawidłowego rozłożenia masy. Ostatnie sprawdzenie stanu oleju, smarowanie i kontrola naciągu łańcucha oraz przeprowadzenie reszty czynności eksploatacyjnych potwierdziło gotowość Fazera do wyjazdu. Dwa poprzedzające dni zazwyczaj każdy traktuje normalnie, w moim przypadku jest to wyciszenie organizmu i nastawienie go na odpoczynek oraz relaks związany z wyjazdem motocyklowym. Sam moment wyjazdu jest niejako zwieńczeniem zimowej pracy przy motocyklu, ale również pełnoprawnym rozpoczęciem sezonu motocyklowego. Wielokrotnie narzekamy na brak czasu czy zbyt krótki urlop, ale może wystarczy w inny sposób podejść do sprawy?

Zobacz również: Patenty na chłodną noc pod namiotem.

Przede wszystkim warto całą otoczkę związaną z podróżą na motocyklu traktować już jako wyjazd i celebrować go maksymalnie. Przygotowania, pakowanie, planowanie trasy zabiera nam wiele czasu, który możemy spędzić tworząc sobie motocyklowy miniklimat – jedni wieczory lubią spędzać na wyjazdach przy ognisku, inni przy grillu, natomiast inni z dala od zgiełku miast, w kompletnej ciszy na łonie natury. Drugą rzeczą jest sama podróż do celu. Wielokrotnie przez użytkowników aut traktowana jest jako katorga, motocykliści natomiast pozwalają, aby sama jazda była przyjęta przez nas jako ważna, albo wręcz najważniejsza część wyjazdu. Wielokilometrowe przejazdy autostradą traktujemy jak tranzyt, ale gdyby tak część jej zmienić na jazdę wzdłuż niej, podziwiając malownicze wioski, przyglądając się codziennemu życiu w innych regionach Polski czy Europy? Fakt, czasowo może trochę stracimy, ale w końcowym rozrachunku zyskamy mnóstwo korzyści. Unikniemy wieczornego bólu głowy spowodowanego szumem wiatru, wskaźnik paliwa zacznie z nami współpracować, wolniej opadając, a i my poznamy kawał kultury i widoków. Zmiana postrzegania pozwoli stworzyć zupełnie inny wymiar podróży motocyklem.

Jako wolni motocykliści spróbujcie sami zmienić otoczkę przed i po wyjeździe, aby nie tylko trwać w wyjeździe motocyklowym dłużej, ale również zyskać więcej. Zresztą, skoro wolni, to niech każdy uprawia motocyklizm na swój sposób. Ja zaś chętnie poznam wasze sposoby na motocyklowe podróże – mój punkt widzenia już znacie. Czasem po prostu trzeba nieco się oszukać.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.