Wujek bestia
Podróż węgierską autostradą uświadamia mi jak mądrą decyzję podjąłem instalując akcesoryjny deflektor. Seryjna szyba chroni przed wiatrem tylko symbolicznie – chyba że użytkownik szczyci się wzrostem prezesa Kaczyńskiego. Deflektor pozwala uczynić autostradowe przeloty znośnymi nawet przy prędkościach znacznie powyżej dozwolonych.
Zupełnie dobrze radzą sobie z ochroną przed naporem wiatru owiewki – ani przez chwilę nie czuję, że coś podwiewa albo szarpie. Wyprofilowanie przedniej części motocykla zapewnia także przyzwoitą ochronę rąk. Ubocznym efektem szerokiego silnika GSX1250FA jest spory kąt rozchylenia nóg, który – w moim przypadku – skutkuje bólem kolana po około dwustu kilometrach. Dużym plusem są natomiast bardzo niewielkie wibracje silnika, które nie powodują mrowienia dłoni typowego dla motocykli z widlastymi dwójkami.

Kolejnego dnia porzucam główne drogi i jadę prosto na osławioną drogę Kotor-Cetinje w Czarnogórze. Czas rzucić moją łagodną bestię w wir szalonych zakrętów. Tutaj przydaje się znakomite wyważenie motocykla i krótki rozstaw osi. Choć GSX bez problemu daje się prowadzić przeciwskrętem, wybieram bardziej sportowy styl jazdy – kładę motocykl w zakręty kolanem. Masę motocykla czuć tylko w ekstremalnie ciasnych łukach – w pozostałych zakrętach GSX prowadzi się lekko i daje duży zapas dla poprawy ewentualnych błędów.
Ta cecha przydaje się, kiedy dwa-trzy razy źle oceniam profil zakrętu i muszę dohamowywać w łuku. GSX reaguje na te nieporadne manewry ze spokojem poczciwego wujka. Mam wrażenie, że gdyby rzeczywiście był moim wujkiem, pogłaskałby mnie po głowie i powiedział „oj Rafałku, Rafałku. Weź no ty się za gymkhanę”. Dobrze wujku, tak właśnie zrobię.
Dopiero przed szczytem drogi, kiedy zatrzymuję się by zrobić zdjęcie, orientuję się, że mam z tyłu 60-litrowy wór o wadze około 40 kilogramów. Motocyklowi jest wszystko jedno – podczas manewrów po szalonych łukach zupełnie nie czuję dodatkowego obciążenia. Prawdziwy żywioł Suzuki GSX1250FA to jednak długie zakręty – takie jak na drodze Budva-Cetinje.
Jadę stabilnie niemal w maksymalnym złożeniu słysząc od czasu do czasu dźwięk podnóżka trącego o asfalt. Motocykl w takiej pozycji zachowuje się, jakby była ona najnaturalniejsza na świecie – chociaż do asfaltu mam bliżej niż gdybym na nim leżał. Do wyprostowania motocykla wystarczy lekki ruch manetką gazu – super!
D… jak herbata
Cały dzień ostrego testowania możliwości motocykla ujawnia poważną – jak na turystyka – wadę. Najważniejsza część ciała motocyklisty – ta, na której spoczywa odpowiedzialność utrzymania jego ciężaru podczas podróży – błaga o litość. Kanapa, mimo wyglądu obiecującego komfort, spełnia swoje zadanie tylko przez około 300 kilometrów. Potem zamienia się w madejowe łoże lub coś o równie niewyśrubowanej wygodzie. Prawdę powiadają, że dupa motocyklisty jest jak herbata – tym mocniejsza im dłużej parzona.
To bolesne doświadczenie kładzie się cieniem na wartości użytkowej GSX1250FA jako turystyka. Kanapa, po końcówce wydechu, jest drugą rzeczą do wymiany na porządne akcesorium. Sytuację ratuje nieco zawieszenie z regulacją wstępnego napięcia sprężyn, (z tyłu także z regulacją siły odbicia) które – mimo, że nie ingeruję w nastawy – bardzo dobrze tłumi nierówności bocznych dróg Czarnogóry i Bośni. Właściwości zawieszenia mam okazję sprawdzić dokładniej już w Polsce – jazda z pasażerem nie zaburza stabilności motocykla, a pozycja z tyłu kanapy sprzyja dalszym wyjazdom.
Suzuki GSX1250FA plusy-minusy
+ fantastyczna elastyczność
+ dynamiczny wygląd
+ znakomite prowadzenie
+ sprawdzona konstrukcja
+ niskie koszty serwisu
+ niewygórowana cena
– niewygodna kanapa
– spore spalanie
– brak seryjnych kufrów
Blisko cztery tysiące kilometrów podróży bocznymi drogami Bośni i Hercegowiny, Czarnogóry i Chorwacji nie przyniosły zaskoczenia – Suzuki GSX1250FA to znakomity kompan. Może nie daje takiej ekscytacji jak GSX-S1000 ani takiego komfortu jak Kawasaki GTR1400, ale brakuje mu do konkurentów bardzo, bardzo niewiele.

W segmencie motocykli turystycznych Suzuki GSX1250FA jest trochę beniaminkiem – dostał się tutaj awansem z segmentu nakedów, nie ma takich zasług i takiej legendy jak utytułowani konkurenci. Ma jednak sporo cech, które pozwalają mu z nimi konkurować – jest od nich znacznie zwinniejszy, prostszy w obsłudze i tańszy w eksploatacji. Choć niskim spalaniem GSX pochwalić się nie może (średnio 7 l na 100 km), to z czego może być dumny, to cena – 38 900 zł.
Za niecałe 40 000 otrzymujemy nienajmłodszą, lecz sprawdzoną w bojach konstrukcję, minimum elektroniki, pokaźną porcję frajdy i przydatność na co dzień. Dla kogoś, kto w motocyklu ceni przede wszystkim maszynę, zaś komputery woli pozostawić na inną okazję, ten sprzęt może okazać się przyjacielem na długie lata.

Warto dodać że ten silnik jest po prostu niezniszczalny. Bez żadnych przygód można zrobić bez problemu 100 tyś km. Motocykl nie miał tez żadnych akcji serwisowych. Bardzo udana – niedoceniona w PL konstrukcja. Bo za mało lanserski.
Ide o zaklad ze na hamowni motocykl pokazał by ok 120 KM. Silnik bandita słynie z tego ze ma sporo wieksza moc i moment od tego co pisze producent. Co prawdopodobnie wynika z przepisów podatkowych niektorych krajow (wiekszy podatek mocy powyzej 100KM). Po wymianie dolotu i wydechu moc może siegac nawet do 140 KM.
Ciekawe jakim cudem spalił 7L – 100km?
Mi na trasie 5000 km w 6 dni spalił 6,2 L/100km z czego 3000 km autostrad jechałem 150-180.
Czy możesz zdradzić jaki rozmiar (30?,25?) i model deflektora zainstalowaleś? Mam wlaśnie taki moto i mimo mojego wzrostu 172 ciężko jest mi przetrwać przy wyższych prędkościach.