Uff… nareszcie przyszedł weekend, sobota, dziesiąta rano. Masz czas, żeby podrzucić moto do warsztatu bo, co najważniejsze, nadeszła twoja kolej, na którą czekałeś już dość długo. Sam warsztat pachnie jak warsztat – nic szczególnego: benzyna, stary olej i coś jeszcze, czego nie da się nazwać, a co każdy motocyklista rozpozna z zamkniętymi oczami. Na podnośniku stoi czyjś motocykl, już do połowy skręcony albo rozkręcony, a obok, pod ścianą, jego. Ten sam, który mniej więcej od trzech sezonów „zaraz będzie gotowy”, bo szewc bez butów chodzi, a mechanik nie na swoim motocyklu jeździ – na swój po prostu nie ma czasu.
Ulep u mechanika, to nie musi być motocykl…
Na stole narzędziowym, gdzieś z brzegu, czajnik i dwie szklanki, a w nich herbata z cukrem. Nie pyta, ile słodzisz, bo wie. Wiózł cię na lawecie spod Nowego Sącza, kiedy ci padł regulator, i pamięta, że wtedy też słodziłeś dwie – na przemian popijając ten ulep i bluzgając pod nosem. Pyta, co cię sprowadza tym razem, a ty mówisz: „Coś mi szarpie na niskich”. Przykłada długi śrubokręt do bloku, drugim końcem do ucha i słucha. Ty w tym czasie patrzysz na to i zastanawiasz się, czy on odprawia jakieś gusła, rytuały vodou, czy bezpardonowo robi sobie z ciebie jaja.
Garażowy alchemik = kumpel
Mimo wszystko słuchasz, aż wyrocznia przemówi. W międzyczasie opowiada ci, że jego młody znowu coś tam nawywijał. Ty, że w robocie jakoś ciężko i „stary” cię wku… Rozmowa skręca na dysze, pływak i poziom paliwa w komorze, potem wraca do młodego, potem znowu do gaźnika. Nikt nie prowadzi, nikt się nie spowiada, obaj po prostu mówicie. A po godzinie okazuje się, że powiedziałeś mu więcej niż komukolwiek od przynajmniej kilku tygodni. On tobie zresztą też.
Kiedyś był „panem od motocykla” czy „kluczmistrzem”. Potem przeszliście na ty, a w twoim telefonie zamiast imienia ma wpisane „garażowy alchemik”. Potem spotkaliście się kilka razy, przypadkiem, na zlotach. Dziś, gdyby ktoś zapytał, kim dla ciebie jest, zawahałbyś się między „mechanik” a „kumpel”. Pewnie dlatego, że od dawna to jedno i to samo.
Obok, nie naprzeciw
Psychologia ma na to całkiem precyzyjną nazwę. Paul H. Wright w 1982 roku, podsumowując ponad dekadę badań nad przyjaźnią, opisał różnicę w stylu: kobiece relacje są częściej „twarzą w twarz”, męskie zaś „ramię w ramię”. Mężczyźni budują bliskość przez wspólne robienie czegoś, a nie przez siadanie naprzeciw siebie i rozmowę… Caldwell i Peplau w tym samym roku dołożyli do tego swoje dwa grosze: mężczyźni są (jednak) równie otwarci jak kobiety, gdy rozmowa dotyczy hobby czy sportu, ale znacznie rzadziej sami z siebie poruszają sprawy intymne, takie jak miłość czy samotność. Mam nadzieję, że to akurat zmieni się jeszcze za mojej kadencji na tym łez padole.
Ale wracając do tematu, bo tu jest cały geniusz warsztatu. Oficjalny temat to hobby, więc wolno. Motocykl na podnośniku jest tą trzecią rzeczą, na którą obaj patrzycie i dzięki której nie musicie patrzeć na siebie. Sprawy intymne przechodzą przemytem, schowane między regulacją luzów zaworowych, wymianą uszczelki i wyjazdami, które już były, albo które dopiero planujecie. Nikt tego nie nazywa rozmową o życiu, bo gdyby ktoś nazwał, to by się natychmiast skończyła. Najciekawsze jest jednak to, co Wright zauważył na marginesie: w przyjaźniach bardzo silnych i długotrwałych różnice między płciami praktycznie znikały. Czyli „ramię w ramię” nie jest męskim sufitem, tylko męskimi schodami. Zaczyna się od gaźnika, a po latach okazuje się, że rozmawiacie o wszystkim, a ten przysłowiowy gaźnik jest już tylko pretekstem. Albo i nie, bo twój motocykl naprawdę szarpie na niskich.
Warsztat jest osobnym światem
Innym, równie ważnym faktem jest też to, że warsztat jest osobnym światem. Zick Rubin w latach siedemdziesiątych opisywał, jak łatwo zwierzamy się ludziom spoza naszej codziennej sieci, bo to, co powiemy, nie wróci do domu ani do pracy. Kumpel z warsztatu jest bliski, ale z innego obiegu, a ta świadomość daje nam poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Nie siedzi z tobą przy wigilijnym stole, nie zna twojego szefa i nie grilluje z teściową – chyba że akurat jest tego fanem. Ma za to jedną przewagę nad każdym spowiednikiem: sam też jeździ, sam też leżał na asfalcie i sam też czasem nie wie, jak rozmawiać ze swoimi dzieciakami. Rozgrzeszenia nie daje, ale mówi „mam tak samo”, a to często działa lepiej.
Wartość, której nie ma w cenniku
Dobry mechanik-kumpel to wartość na kilku poziomach naraz. Technicznym, bo od jego rąk zależy, czy będziesz miał czym wyrwać się na przejażdżkę, żeby wywietrzyć z głowy stresy minionego tygodnia. Finansowym, bo powie, że tej części nie trzeba wymieniać, i jeszcze się obrazi, jak będziesz chciał zapłacić za to, że „tylko zerknął”. I tym trzecim, którego nie ma na fakturze: dwie godziny rozmowy, po której wracasz do domu lżejszy, choć w baku masz tyle samo. Terapia grupowa, grupa dwuosobowa, z herbatą w cenie.
Mnie wystarczy – czyli A2 do końca życia [Słowo na niedzielę, felieton] | Artykuł – Motovoyager
Wymierający gatunek
Tylko że coś się kończy. Gaźniki odchodzą w przeszłość, wyparte przez wtryski, a razem z nimi odchodzą ludzie, którzy potrafili je stroić. „Młody” mechanik podpina interfejs diagnostyczny, laptop wyrzuca kod błędu i wszystko jest jasne. Szybko, sprawnie, bez śrubokręta przy uchu. Tylko że przy laptopie nikt nie siada na skrzynce po piwie, żeby pogadać, bo nie ma na co razem patrzeć. Wraz z tymi ludźmi zaczynają wymierać maszyny. Bo co z tego, że masz piękny, gaźnikowy motocykl z lat siedemdziesiątych, ba, dziewięćdziesiątych, skoro nie ma komu zsynchronizować gaziutków ani wyczuć po dźwięku, że coś jest nie tak z zapłonem? Motocykl bez swojego mechanika staje się eksponatem. Ładnym, ale milczącym.
P.S.
Części do gaźnika wciąż zamówisz przez internet, kumpla, który ci go wyreguluje — już nie.
