Poznałem całkiem niedawno nowego kolegę „po pasji”. Od słowa do słowa wyszło, że kategorię A ma od jedenastu lat. Jeździ pięćsetką. Powiedział mi, że kiedy ktoś na parkingu pod barem pyta, kiedy się przesiada na „coś poważnego”, on odpowiada, że już jeździ na czymś poważnym — i widzi w oczach rozmówcy ten błysk („zwarcie” dysonansu poznawczego), jakby powiedział coś nie tylko dziwnego, ale lekko podejrzanego. Jakby odmówił awansu, na który wszyscy motocykliści jak świat długi i szeroki ciężko pracują każdego sezonu.
Tekst: Michał Gessler
Bo w świecie motocyklowym istnieje scenariusz, którego nikt nie zapisał, a wszyscy znają na pamięć. Zaczynasz od pięćdziesiątki, potem stodwudziestkapiątka, bo musisz. Potem A2, bo prawo. Potem, nareszcie „pełne” A — i tu, teoretycznie, jest wolność. W praktyce zaczyna się druga drabina, już bez przepisów: pięćset, siedemset pięćdziesiąt, litr, litr dwieście i dalej gdzie tylko ułańska fantazja zaniesie nas i producentów motocykli. Każdy szczebel ma być lepszą wersją ciebie. Każdy zjazd w dół tej drabiny wygląda jak porażka, którą trzeba tłumaczyć, a motocyklowa brać najchętniej zakułaby takiego delikwenta w dyby i pokazywała na każdym zlocie – krzycząc za sarmatami z serialu 1670 – „Potwarz!”.
Szukasz akcesoriów motocyklowych? Jeśli tak, to polecamy sklep naszych przyjaciół z Motormind. Klikając w poniższy link i dokonując przez niego zakupów dokładacie cegiełkę do rozwoju i utrzymania naszego portalu. Dziękujemy!
Odzież i akcesoria motocyklowe – MotorMind
Drabina, na którą nikt cię nie zapraszał
Najciekawsze w tej „drabinie” jest to, że nie ma jej w żadnym regulaminie ani kodeksie. Nikt nie wydał rozporządzenia, że dojrzały motocyklista musi jeździć litrem. A jednak presja jest realna i da się ją usłyszeć w drobnych zdaniach: „taki duży chłop na takim małym motocyklu”, „poczekaj, aż spróbujesz prawdziwej mocy”, „to fajne … na początek”. Wszystkie one zakładają, że to, na czym jeździsz, jest etapem przejściowym. Że jeszcze nie dojechałeś tam, gdzie powinieneś – jakby Ci oni, inni, mieli decydować gdzie powinieneś dotrzeć.

To nie jest przypadek tylko motocyklowy. To ten sam mechanizm, który każe zmieniać mieszkanie na większe, samochód na droższy, stanowisko na wyższe — nawet wtedy, gdy poprzednie w zupełności wystarczało. Psychologia nazywa jedną z odsłon tego zjawiska adaptacją hedoniczną: dostajemy to, czego chcieliśmy, przyzwyczajamy się w kilka tygodni, a poprzeczka satysfakcji przesuwa się wyżej, jakby nic się nie wydarzyło. Zawsze brakuje jednego szczebla. I zawsze ten jeden szczebel ma być tym, który wreszcie wystarczy.
Tyle że nie wystarcza. Bo cała konstrukcja jest tak pomyślana, żeby nie wystarczało.
Co naprawdę robi mniejszy motocykl, a co robi większy?
Tu z rzetelności do tematu i uczciwości do Was drogie czytelniczki i czytelnicy trochę się rozwinę, bo łatwo z tego tekstu zrobić laurkę dla małych pojemności, a nie o to w nim chodzi. Lżejszy motocykl o umiarkowanej mocy ma realne, niewymyślone zalety, i nie są to zalety pocieszenia dla tych, których nie stać na więcej. Mniejszą masę łatwiej prowadzić
w zakrętach i podnosi się ją z ziemi bez pomocy. Niższą półkę mocy można wykorzystać
w całości, legalnie, na drodze publicznej — co na maszynie o mocy stu kilkudziesięciu koni jest fizycznie niemożliwe poza torem. Można też łatwiej stracić lejce i kilka innych ważniejszych rzeczy… Jest takie zdanie zaczerpnięte z mądrości starożytnych górali Podhala, że więcej frajdy daje szybka jazda wolnym motocyklem niż wolna jazda szybkim. Innymi słowy na mniejszej maszynie używasz tego, co masz, zamiast wozić ze sobą rezerwę, której nigdy nie ruszysz.
Trzeba też przedstawić drugą stronę. Większy motocykl nie jest pomyłką ani próżnością. Na długiej trasie autostradą mocniejsza jednostka jest mniej zmęczona, co też samo w sobie mniej męczy kierowcę. Komuś, kto jeździ głównie w dwie osoby z bagażem, większa pojemność realnie się przydaje.
![Voge 500 AC motocykl do miasta na kategrię A2 (18) Mnie wystarczy – czyli A2 do końca życia [felieton]](https://motovoyager.net/wp-content/uploads/2023/06/Voge-500-AC-motocykl-do-miasta-na-kategrie-A2-18.jpg)
Dlatego jak sami widzicie nie ma w tym temacie jednej słusznej odpowiedzi — a tekst, który by ją sprzedawał, kłamałby. Rzecz nie w tym, że mniejsze jest obiektywnie lepsze. Rzecz w tym, że wybór powinien wynikać z tego, jak i gdzie jeździsz, czy po prostu co Ci się podoba, a nie z tego, na którym szczeblu drabiny wypada już stać w twoim wieku czy nalocie kilometrażowym na karku.
Cicha rebelia
I tu wracam do mojego nowego kolegi, który nie przesiada się nie dlatego, że nie może. Może. Stać go, ma uprawnienia, umie. On po prostu w którymś momencie zadał sobie pytanie, którego drabina nie przewiduje: a co, jeśli to co już mam jest dla mnie wystarczające?
I to jest pytanie wywrotowe, choć brzmi niewinnie. Bo cała kultura ciągłego wzrostu — nie tylko motocyklowa — opiera się na założeniu, że „wystarczy” to stan przejściowy, lenistwo albo brak ambicji. Powiedzieć „mam dość, w sensie: mam tyle, ile chcę” to wyłamać się
z umowy, której nikt świadomie nie podpisywał, a wielu nadal honoruje. To dlatego odmowa awansu budzi tę lekką podejrzliwość na parkingu. Człowiek, któremu wystarcza, jest niewygodny, bo podważa sens wspinaczki, na którą inni wciąż wkładają wysiłek.

A przecież decyzja „zostaję przy tym, co mam, bo to do mnie (mi) pasuje” wymaga więcej pewności siebie niż kolejny zakup. Łatwo jest wejść o szczebel wyżej — to gotowy scenariusz, wystarczy go odegrać. Trudniej jest stanąć i powiedzieć: dalej nie idę, nie dlatego, że nie dam rady, tylko dlatego, że już jestem tam, gdzie chciałem być.
A może to już nie tylko on
I tu pojawia się rzecz, która każe mi się zawahać, czy „cicha rebelia” to aby na pewno dobre słowo. Bo jeśli rozejrzeć się po salonach i po ofercie nowych modeli z ostatnich sezonów, widać coś, co trudno przeoczyć: modeli w średnich pojemnościach jest coraz więcej. Trzysta pięćdziesiąt, czterysta, pięćset — kategorie, które jeszcze niedawno nie były tak popularne w naszej części świata, dziś dostają zupełnie nowe, dopracowane konstrukcje, projektowane jako cel sam w sobie, nie jako etap. Nie mam pod ręką twardych danych sprzedażowych, które pozwoliłyby mi powiedzieć, jak duży to udział rynku ani jak szybko rośnie — opieram się na tym, co zwróciło moją uwagę w ofercie producentów, a nie na zweryfikowanej statystyce. Dlatego droga czytelniczko, szanowny czytelniku traktuj to jako obserwację, a nie dowód.
Ale samo pytanie warto postawić: czy producenci, którzy żyją z czytania rynku lepiej niż ktokolwiek z nas (niż ja na pewno), wyczuli coś, czego my na parkingu jeszcze nie nazwaliśmy? Czy decyzja człowieka, którego historia dała asumpt do powstania tego tekstu, brzmi jak indywidualne wyłamanie się z drabiny, jest naprawdę tak osobna, jak może się wydawać — czy raczej jest pojedynczym głosem w czymś znacznie większym – w cichym przesunięciu gustów, wzrostu naszej samoświadomości społecznej, która zaczyna pytać, „po co mi więcej”?
![]()
Nie mam zielonego pojęcia jaka jest odpowiedź na to pytanie — bo równie dobrze może to być chwilowa moda, odpowiedź na rosnące koszty, na przepisy, na zatłoczone drogi, a nie żadna głębsza zmiana filozofii. Ale jeśli choć część tych nowych pięćsetek trafia do ludzi, których stać na dwa razy więcej i którzy świadomie wybierają mniej — to znaczy, że pytanie „a co, jeśli mi już wystarcza?” przestaje być dziwactwem jednego faceta z parkingu, a staje się czymś, co rynek właśnie zaczął brać na poważnie.
Rzutem na taśmę
Nie napiszę Ci, że masz jeździć mniejszym motocyklem. Byłoby to dokładnie tym samym mechanizmem co presja, którą opisuję — tylko z przeciwnym znakiem. Drabina w dół to wciąż drabina.
Napiszę coś innego. Następnym razem, kiedy złapiesz się na myśli, że „czas się przesiąść na coś większego”, zatrzymaj się na chwilę i sprawdź, czyj to właściwie głos. Twój — bo realnie brakuje ci mocy, zasięgu, komfortu na trasach w które jeździsz czy też brakuje
Ci uznania/zazdrości w oczach innych? A może brakuje Ci tego parkingu, tych drobnych zdań, tej drabiny, która szepcze, że jeszcze nie dojechałeś?
Bo wolność na motocyklu nie polega tylko na tym, że możesz jechać, gdzie chcesz. Polega też na tym, że możesz nie jechać tam, gdzie wszyscy uznali, że powinieneś. I czasem najbardziej wolny człowiek na parkingu to ten, który zsiada z pięćsetki, zdejmuje kask i nie ma nikomu nic do udowodnienia.
