Kilka miesięcy temu dotarła do mnie paczka z trzynastoma fantami, do szeroko pojętego survivalu polskiej marki Helikon-Tex, w celu przetestowania ich pod kątem użyteczności także dla motocyklisty. Było kilka pozytywnych zaskoczeń, ale i kropla, a może nawet dwie, dziegciu. Reszta to już tylko drobiazgi. Ciekawi rezultatu? No to jedziemy…
Skąd w ogóle pomysł na taki test? Na kanwie kilku bliższych i dalszych zawirowań [1] na świecie rozwinął się rynek produktów militarno-survivalowych, który zyskał popularność, a podczas jednej z luźniejszych rozmów pojawiło się pytanie – czy to, co służy do tarzania w kurzu czy błocie, nada się dla motocyklisty? Empiria rzuciła typowe dla siebie wyzwanie – sprawdźcie to. Wtedy poczułem, jak oczy starych redakcyjnych wyjadaczy w jednym momencie kierują się na świeżaka. Chyba nie muszę tłumaczyć Wam, na kogo… No więc jak napisałem wyżej: „Kilka miesięcy temu, za pośrednictwem redakcji Motovoyagera, dotarła do mnie…”
Trzynaście przedmiotów…
Ale do rzeczy. Te trzynaście przedmiotów to: Apteczka Modular Individual – Cordura, Organizer Pakcell Set, Dirt Bag, Torba Foxhole, Ręcznik polowy, Supertarp Small Spark Resistant, Spodenki UTS 11″, Pas Canvas, Kubek Camp 0,85 l, Ręczny młynek do kawy Camp, Siedzisko Vagabond, Szpilki do tarpa i rzutem na taśmę Plecak Raccoon Mk2 – Cordura.
Paczka była spakowana w przemyślany sposób, a nie jak to jeszcze czasami bywa, na od… – powiedzmy z dużą dozą fantazji. I powiem wam, że jej rozpakowywanie też było przyjemnym doświadczeniem. Każdy produkt zapakowany osobno miał swoje miejsce w zbiorczej paczce. Mało ważna kwestia, mogłoby się wydawać, a jednak…
Apteczka Modular Individual – oby nigdy się nie przydała – 199 zł

Apteczka Modular Individual to rzecz, którą kupujesz z nadzieją, że nigdy jej nie użyjesz. Są dwa typy motocyklistów: ci, którzy wożą apteczkę, i ci, którzy wożą „no przecież mam plaster pod siedzeniem”. Ta apteczka jest dla tych pierwszych, ale została zaprojektowana z myślą też o tych drugich, bo w krytycznym momencie najprawdopodobniej będzie jej szukał ktoś inny – stąd odblaskowy krzyż „na pół” torby. Chodzi o to, żeby przypadkowy świadek znalazł ją w trzy sekundy, a nie po trzech minutach macania wałówy, którą wozisz ze sobą i dotarł do twoich noszonych już skarpet…
Kompletny zestaw możesz trzymać pod siedzeniem albo w kufrze, a sam wkład – mniejszy i płaski – wozić w kieszeni kurtki, w plecaku albo przy sobie. Jeden z kolejnych produktów doskonale, a przynajmniej dostatecznie, się do tego nada.
Wracając jednak do apteczki: w jej wnętrzu znajdziecie, wspomniany już, wyjmowany wkład z czterema rozkładanymi panelami, gumkami i siateczkami – konstrukcja, która daje złudną nadzieję, że tym razem uda ci się utrzymać porządek. Jest na to szansa… ale dwa tygodnie to jest absolutny maks. Jest też okienko na kartę ICE[2], czyli miejsce na grupę krwi i numer do żony, męża, chłopaka, kochanki, czy kogo tam chcecie powiadomić w razie potrzeby, bo w kasku i kombinezonie generalnie wyglądamy mniej więcej jak każdy inny człowiek w kasku i kombinezonie. Więc kiedy wypięło nam wrotki i nie ma z nami kontaktu[3], to dobrze, żeby osoba, która nas znajdzie, mogła coś o nas powiedzieć dyspozytorowi 112.
Na koniec, apteczka ma powłokę DWR i mocowanie zgodne z MOLLE/PALS, ale też z pasem typu duty belt, co daje obiektywnie rzecz biorąc sporo swobody w montażu – od stelaża, przez pas, po szelki plecaka i gdzie tam sobie dusza zapragnie. Produkt jest generalnie spoko wykonany, daje szerokie możliwości montażu, ale ma (tylko) jeden mankament – sprzedawana jest bez wkładu medycznego. Trzeba go skompletować i dokupić osobno, czyli wykonać tę czynność, którą odkładasz od trzech sezonów. Cenę – 199 zł – oceńcie sami i podejmijcie decyzję – na osłodę dodam, że produkt zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu.
Organizer Pakcell Set – porządek w motocyklowym bagażu – 119,99 zł

Organizer Pakcell Set dość mocno zaskoczył mnie swoją użytecznością. Bo chyba każdy z nas, kto jedzie gdzieś dalej z bagażem, zna ten scenariusz. Postój, deszcz, potrzebujesz jednej suchej skarpety (chociaż, jak opony, lepiej wymieniać je parami), ale żeby do niej dotrzeć, musisz wybebeszyć zawartość kufra na parkingu niczym celnik szukający kontrabandy. Pakcell rozwiązuje ten problem metodą, którą ludzkość odkryła dawno temu i nazwała „przegródki”. Trzy kieszenie, trzy rozmiary i jeden cel – utrzymanie porządku. Mała np. na ładowarki i te siedem kabli, z których działają chyba dwa. Średnia na bieliznę. Duża na warstwę cywilną, w którą się przebierasz, żeby udawać w knajpie, na rybie, że nie jechałeś dziś ośmiu godzin. Taśmy kompresyjne z klamrami Durflex faktycznie ściskają zawartość, co daje ci miejsce na kolejne rzeczy, których nie użyjesz, ale i tak zabierasz ze sobą te wszystkie „przydasie”.

Materiał to poliester micro rip-stop. Jest lekki do tego stopnia, że przy pierwszym dotknięciu myślisz: „nie ma opcji, to się rozleci”, a potem używasz tego trzy sezony i nic. Na każdej kieszeni jest listwa velcro do opisania zawartości. Podpiszesz je raz, z entuzjazmem, i już nigdy nie zmienisz. Warto też zwrócić uwagę, że jest dość odporny na przetarcia, które – o ile w kufrze i sakwach zdarzają się raczej sporadycznie – to poza nimi mogą mieć miejsce częściej. Gumowane uchwyty ułatwiają wyciąganie kieszeni z głębokiego kufra albo rolki jedną ręką. Nawet w rękawicy.
Dirt Bag – 65 gramów na mokre i brudne rzeczy – 54,99 zł

Przyszedł czas na kolejne zaskoczenie tego testu: Dirt Bag, czyli 65 gramów, które ratują resztę bagażu przed mokrą lub brudną katastrofą. Każdy, kto jechał w deszczu, zna ten moment: zdejmujesz przemoczone rękawice czy skarpety i nie masz gdzie ich włożyć. Dirt Bag to szczelny worek z powlekanego nylonu z klejonymi szwami, z zamknięciem roll-top na klamrę. Powstał do wynoszenia śmieci z biwaku, ale na motocyklu ma znacznie szersze zastosowanie – mokra odzież, brudne buty, ubłocony ręcznik, wszystko, czego nie chcesz wrzucić luzem do kufra, sakw, torby, obok czystych (relatywnie) rzeczy.
Roll-top działa w obie strony: trzyma wilgoć i zapach w środku, a jeśli akurat potrzebujesz suchej przestrzeni, chroni zawartość przed wodą z zewnątrz. Zamknięcie na klamrę pozwala też przytroczyć worek na zewnątrz – do stelaża czy na tylnym siedzeniu – bez ryzyka, że coś wypadnie po drodze. Wnętrze jest powlekane i łatwe do umycia, więc worek nadaje się do wielokrotnego użytku – mam nadzieję, że przez lata. Wersja czarno-pomarańczowa ma dobrze widoczne oznaczenia – łatwo go odróżnić od reszty czarnych rzeczy w kufrze. Złożony mieści się w kieszeni, ale musiałaby to być nieco głębsza kieszeń.
Jak dla mnie uniwersalność tego przedmiotu przemawia za zasadnością jego zakupu.
Ręcznik polowy – mały, lekki i praktyczny – 59,99 zł

Przyszedł czas na trochę drobnicy, ale takiej, którą chętnie wezmę ze sobą na niejeden, niekoniecznie motocyklowy, wypad. Jako pierwszy ręcznik polowy. Mój jest w rozmiarze M i dla mnie to wystarcza. Pierwsza ważna rzecz: jest pięć razy lżejszy od zwykłego ręcznika i schnie, zanim zdążysz zwinąć namiot. W bagażu motocyklowym każdy przedmiot musi się bronić stosunkiem funkcji do objętości – i tu ręcznik z mikrofibry wygrywa bezdyskusyjnie ze zwykłym frotté. Chłonie wielokrotność własnej wagi, schnie błyskawicznie, a po skompresowaniu zajmuje mniej niż zwinięta czapka.

Na trasie ten gadżet może mieć więcej zastosowań niż tylko prysznic na kempingu. Wytrzeć siedzenie i lusterka po nocnym deszczu, osuszyć dłonie, podłożyć pod narzędzia przy naprawie na poboczu, użyć jako podkładki albo chusty w upale – sky is the limit. Rozmiar M to sensowny kompromis do opisanych czynności, a przy tym na tyle mały, że mieści się w bocznej kieszeni plecaka albo w organizerze.
Ręcznik ma pętelkę do wieszania (przydaje się, gdy suszysz go na lusterku albo na stelażu) i trok ułatwiający zwinięcie. W zestawie jest siatkowy worek – istotne, bo pozwala schować ręcznik wilgotny, bez zaparzania, i przewietrzyć go w trasie – to rozwiązanie działa.
Kubek Camp – kubek, garnek i pojemnik w jednym – 79,99 zł

Czasami wypada też napić się czegoś gorącego albo wrzucić coś na ruszt – tu ukłon do tych z was, którzy albo lubią własny prowiant, albo zapuszczają się w rejony oddalone od infrastruktury. I tu wjeżdża Kubek Camp. Long story short: naczynie, garnek i pojemnik transportowy w jednym – plus sporo, bo 850 ml, porannej kawy – chociaż, jak wielu z nas wie, nie ma odpowiednio dużego kubka na poranną czarną.
Twardo anodyzowane aluminium daje nam dwie rzeczy: niską wagę i wysoką przewodność cieplną, czyli szybsze zagotowanie wody na palniku. Kubek nadaje się zarówno na palnik gazowy, jak i na ognisko, więc nie jesteś zależny od jednego źródła ciepła – a to na trasie bywa istotne – zwłaszcza w offie.
Pojemność tego kubasa została dość mocno przemyślana. To dosłownie duża kawa albo zupa z torebki i herbata do popicia – niekoniecznie w tym samym momencie. Składane uchwyty i dopasowana pokrywka (która wyraźnie przyspiesza gotowanie) sprawiają, że całość pakuje się płasko i nie zaczepia o nic w kufrze, plecaku albo rolce.
Największa zaleta dla motocyklisty jest logistyczna: kubek to jednocześnie pojemnik. Do środka wchodzi palnik, kartusz albo co tylko tam zmieścisz. Zamiast trzech luźnych przedmiotów latających po kufrze masz jeden zwarty moduł. W komplecie jest siatkowy pokrowiec, który chroni pozostały bagaż przed osadem z dna po gotowaniu na ogniu, ale też chroni i sam kubek przed zadrapaniem podczas transportu.
Ręczny młynek do kawy Camp – potrzebny? Nie. Fajny? Bardzo – 119,99 zł

Ale nie czarujmy się i nie dorabiajmy ideologii pod prezentację. To produkt, który nie jest niezbędny – i trzeba o tym powiedzieć wprost. Ale motocyklowa podróż to nie tylko przejechane kilometry; to też poranki, gdy siedzisz obok motocykla, mgła jeszcze nie zeszła, i mielisz ziarna zamiast zalewać rozpuszczalną – no taka perspektywa robi moment – jeden z tych, z których składa się życie. Ten młynek istnieje właśnie po to, żeby je tworzyć.
Konstrukcja jest sensownie zaprojektowana pod transport: korpus to zwarta tuba ze stali nierdzewnej, a rączkę można zdemontować i zamocować na opasce otaczającej korpus – ta sama opaska daje pewny chwyt podczas mielenia. Nic nie wystaje, nic się nie zahacza – chciałoby się powiedzieć. Ale chyba samą rączkę można by nieco przeprojektować. Wewnątrz pracują ceramiczne żarna, odporne na zużycie i nieprzenoszące metalicznego posmaku. Wbudowany pojemnik mieści ok. 50 gramów kawy, czyli 2–4 porcje z jednego mielenia – chyba że jesteś takim kawopijem jak ja, więc może się okazać, że jest tylko tych porcji dokładnie dwie. Dolna część wysuwa się, więc zmielona kawa nie rozsypuje się po całym twoim oporządzeniu.
Siedzisko Vagabond – jedno z największych zaskoczeń – 44.99 zł

Podchodziłem do tego jak pies do jeża – a po co mi to (?), itd. A okazało się z czasem, że to najbardziej niedoceniany przedmiot z całego zestawu. Na trasie siadasz w miejscach, których sam byś nie wybrał: mokry krawężnik przy stacji, zimny beton pod wiatą, trawa po deszczu, kamienie na przełęczy. Vagabond to składana mata z Cordury 500D wypełniona pianką, która odcina cię od podłoża – i po prostu działa.

Dla motocyklisty ma jeszcze jedno zastosowanie, o którym producent nie mówi: podkładka pod kolano. Regulacja łańcucha, sprawdzanie ciśnienia, szukanie czegoś pod owiewką na poboczu – wszystko to robisz klęcząc, i różnica między klękaniem na żwirze, a na macie jest odczuwalna. Cordura wytrzymuje szorowanie po asfalcie i łatwo się ją czyści. Złożona jest naprawdę niewielka (ok. 17,5 × 9,5 cm), więc mieści się w kieszeni cargo, w bocznej kieszeni plecaka albo dowolnym wolnym zakamarku kufra, niemniej jednak zmieści się na niej uczciwej wielkości miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Zapinana jest na napę, ma D-ring i pasek kompatybilny z MOLLE/PALS – możesz przypiąć ją na zewnątrz plecaka i mieć zawsze pod ręką, bez rozpakowywania. W tych nienaciąganych zachwytach trzeba tylko pamiętać, że pianka pod Cordurą nie lubi iskier z ogniska, dlatego warto trzymać matę z dala od żaru. Krótko mówiąc: 90 gramów między tobą a zimnym, mokrym betonem – i „wilk” pozostaje w lesie.
Torba Foxhole – mój faworyt testu – 96,99 zł

Foxhole ma jedną cechę, za którą zapłaciłbyś podwójnie, gdybyś wiedział wcześniej: otwiera się jedną ręką. W rękawicy. Bez patrzenia. Każdy, kto kiedykolwiek walczył z zamkiem błyskawicznym w zimowej rękawicy, na poboczu, na wietrze, rozumie, że to nie jest detal – to jest cała funkcjonalność produktu.

Pojemność 4,5 l to dokładnie kurtka przeciwdeszczowa, plus butelka, plus prowiant – czyli rzeczy, które zawsze są potrzebne wtedy, gdy leżą na samym dnie kufra pod wszystkim innym. Dwustronne klamry pozwalają przypiąć torbę praktycznie wszędzie, gdzie jest taśma calowa, więc jest duża szansa, że spędzisz pierwszy wieczór na wymyślaniu konfiguracji zamiast na spaniu. Można ją też nosić jako nerkę. Tak, nerkę. Wróciły.

Pogódź się z tym. Mam z tym produktem tylko jeden zgrzyt: szwy nie są podklejane i trzeba uznać, że to ochrona przed pogodą, nie łódź podwodna. W porządnej ulewie wsadź do środka Dirt Baga i śpij spokojnie, a podczas jazdy przykryj przeciwdeszczówką, którą właśnie masz na sobie.
Spodenki UTS 11″ – nie do jazdy, ale bardzo przydatne po zejściu z motocykla – 179,99 zł

Pierwsza i w zasadzie najważniejsza sprawa – na stronie jest dobra rozmiarówka, czyli największy problem: „czy to będzie na mnie pasowało?”, po prostu nie istnieje. I w zasadzie na tym mógłbym skończyć tę część, ale chyba jednak wypada napisać coś więcej. Dlatego wróćmy do spodni i ustalmy fakty: to nie są spodnie do jazdy. Są krótkie, nie mają ochraniaczy, nie mają odporności na ścieranie i asfalt zrobi z nich – oraz z ciebie – dokładnie to, czego się spodziewasz. Chyba że lubisz robić za zdrapkę, być w statystykach i stanowić wyzwanie dla pracowników SOR-u.
Natomiast od momentu, w którym motocykl stoi na nóżce, a kombinezon leży na siedzeniu, spodenki UTS są dokładnie tym, czego chcesz. Sześć kieszeni, w tym cargo na zamek – czyli telefon, portfel i kluczyki zostają na miejscu, mimo że przez najbliższą godzinę będziesz kucał, wstawał i schylał się przy motocyklu z częstotliwością wiewiórki albo innej surykatki.

Tkanina to poliester z bawełną i elastanem w splocie ripstop: oddycha, szybko schnie i nie krępuje ruchów. Krawędzie kieszeni są wzmocnione pod klipsy noża i latarki, bo Helikon wie, kto to kupuje, a może jednak nie do końca? Szlufki przyjmują pasy do 50 mm. Zbieg okoliczności? Patrz punkt następny.
Pas Canvas – bohater bez peleryny, za to z płaską klamrą – 42,99 zł

Nikt nigdy nie napisał entuzjastycznej recenzji paska. No to potrzymajcie mi kawę zmieloną w ręcznym młynku Camp. Rzecz w tym, że na motocyklu masz na sobie warstwy, a na warstwach pas biodrowy plecaka. Każda gruba, ozdobna sprzączka ląduje dokładnie w tym miejscu i przez pierwsze sto kilometrów udaje, że jej nie ma. Potem przestaje udawać. Canvas ma prostą, płaską, metalową klamrę zaciskową o niskim profilu i to jest cały jej sekret – nie wchodzi ci w brzuch.
Druga zaleta: regulacja bezdziurkowa. Rano, w chłodzie, w termoaktywnej bieliźnie i polarze, potrzebujesz innej długości niż po południu w koszulce. Klasyczny pasek oferuje ci wtedy wybór między „za ciasno” a „za luźno”, bo dziurki są co trzy centymetry i żadna nie pasuje. Ten dopina się płynnie, dokładnie tam, gdzie chcesz. Poliester pasuje do wszystkiego od bojówek po jeansy, nie blaknie, można go przyciąć. Koniec. Tyle o pasku. Więcej się nie da i nie trzeba.
Supertarp Small Spark Resistant – 399,99 zł i szpilki – dach nad głową na biwaku – 44,99 zł

Z tymi dwiema rzeczami miałem kontakt po raz pierwszy w życiu (co widać na powyższym zdjęciu). Tarp, czyli po prostu dach – 253 × 200 cm materiału, 941 gramów i 19 punktów mocowania – czyli około stu osiemdziesięciu sposobów rozpięcia, z których nauczysz się maksymalnie dwóch i będziesz przy nich trwał do końca życia.
Tarp to też sprzęt, którego motocykliści, mam wrażenie, nie doceniają, dopóki raz nie spędzą wieczoru pod nim zamiast w mokrym namiocie. Różnica jest taka, że pod tarpem można siedzieć, gotować (o kawie pisałem już wyżej), patrzeć na deszcz i czuć się jak człowiek, który podjął dobre decyzje życiowe. W namiocie można leżeć i słuchać.

Wersja Spark Resistant znosi krótki kontakt z iskrami, więc możesz rozstawić się bliżej ogniska bez tego charakterystycznego pół-czuwania, w którym połowa mózgu i jedna dziurka w nosie cały czas pilnuje, czy coś się nie tli. Podkreślmy jednak z całą mocą: to nie jest materiał ognioodporny. „Odporny na iskry” nie znaczy „można pod nim rozpalić grilla”. Nie testuj tego. Serio. Pakuje się do pokrowca. Także mokry, co pewnie jest jedyną opcją, jakiej kiedykolwiek użyjesz.

Jeżeli chodzi o szpilki, to są to po prostu cztery kawałki aluminium, bez których tarp jest kocem. Można na nich oszczędzić. Można też oszczędzić na oponach. Obie decyzje dają o sobie znać w podobnie nieprzyjemnym momencie, zgodnie z prawem Murphy’ego. Szpilki są aluminiowe, sztywne, w stu procentach odporne na rdzę – co ma znaczenie, bo i tak spakujesz je mokre i zabłocone, żeby zdążyć przed nadciągającym frontem pogodowym. Profilowany przekrój trzyma je w podłożu i nie daje się wyginać, a ostry szpic wchodzi w grunt jak w masło. Wbijesz je butem albo kamieniem, więc nie musisz wozić młotka. (I tak byś nie woził.) Ale prawdziwym bohaterem jest tu pomarańczowy kolor i jaskrawe sznurki. Bo szpilka wbita w trawę jest niewidzialna. Absolutnie, całkowicie niewidzialna. Każdy, kto zwijał obóz o szóstej rano w pośpiechu wie, że komplet czterech szpilek ma naturalną tendencję do zamiany w komplet trzech. Sznurki pozwalają też spiąć je razem, dzięki czemu podróżują jako jeden przedmiot, a nie jako cztery niezależne źródła hałasu w kufrze.
Plecak Raccoon Mk2 – plecak, który chciałem pokochać – od 269,99 zł

Na koniec zostawiłem sobie rzecz, z którą mam największy problem, bo kiedy jakiś czas temu weszła na rynek i ją zobaczyłem, zapragnąłem ją mieć. Chodzi o Plecak Raccoon Mk2 – Cordura. Miałem wrażenie, że jest najcudowniejszym plecakiem ever. W końcu trafił w moje ręce. Ustalmy fakty: plecak na motocyklu to zawsze kompromis, ale Raccoon jest po tej właściwej stronie i to nie ulega wątpliwości. Jest smukły – nie rozpycha się na boki, nie łapie wiatru jak żagiel i nie wystaje ponad kask, więc nie wyglądasz jak żółw wracający z zakupów. Ma odpinany pas biodrowy: nie odpinaj go. To on trzyma plecak na miejscu, kiedy pochylasz się do przodu, i zdejmuje ciężar z barków. Ludzie odpinają go, bo „przeszkadza”, a potem po dwustu kilometrach mają opinię o plecakach.
Killer feature to komora na hydrację z krytym wyprowadzeniem rurki. Picie w upale bez zatrzymywania się i zdejmowania kasku brzmi jak drobiazg do momentu, w którym po raz pierwszy z tego skorzystasz – Bałkany i Rumunia w szczycie lata potrafią zweryfikować pierwotne sceptyczne nastawienie.

Do tego duża kieszeń zewnętrzna z organizerem i taśmy MOLLE/PALS na froncie i bokach – czyli możesz dopiąć apteczkę albo Foxhole’a i domknąć cały ten modularny system. Ostrzegam: to uzależnia. Pamiętaj jednak, że ciężkie rzeczy lepiej spakować do kufra, nie na plecy. Kręgosłup przy hamowaniu nie ma poczucia humoru, a podczas kolizji z oczywistych względów lepiej mieć mniejszą wagę niż większą. No ale gdzie jest problem? Cordura 500D z powłoką, która trzyma wilgoć na dystans, ale przy godzinie w ulewie nie podołała. Siłą rzeczy potrzebujesz pokrowca przeciwdeszczowego na plecak, którego nie ma w zestawie. Druga kwestia to, jak dla mnie, brak możliwości wrzucenia kompa, z którego korzystam. I to właściwie tyle, jeśli chodzi o minusy – oba są zresztą dość subiektywne.
Helikon-Tex na motocyklu – czy to ma sens?

Tak, dotarliśmy do końca tego testu. Moje wrażenia na temat prezentowanego sprzętu są jak najbardziej pozytywne. Ceny prezentowanych produktów sprawdźcie dokładnie klikając w linki, bo np. w zależności od koloru cena za produkt potrafi sporo się różnić. Każdy z Was powinien sam zastanowić się, co mu się przyda, a co nie. Jest jeszcze jedna rzecz: warto szukać przedmiotów projektowanych dla innego hobby i adaptować je do motocykla. Czasami wychodzi taniej, a czasami po prostu bardziej praktycznie.
[1] Jak ja nienawidzę poprawności politycznej i owijania fekaliów (znowu ta poprawność) w papierek…
[2] Temat tego „kartonika” nie powinien być w ogóle poruszany, bo powinien on stanowić absolutne must have każdego i każdej z nas
[3] Nie, nikt nie zaj… nam telefonu – po prostu straciliśmy przytomność.
