EkstraFelietonyMotocykl nie potrzebował naprawy. Ja potrzebowałem garażu...

Motocykl nie potrzebował naprawy. Ja potrzebowałem garażu… [Słowo na niedzielę, felieton]

-

Druga połowa października – akumulator wyjęty i podpięty pod prostownik, motocykl stoi na podnośniku, a w kalendarzu mniej więcej pięć miesięcy do pierwszego wyjazdu. Teoretycznie nikt nie ma nic do roboty. Praktycznie wielu z nas siedzi w garażu trzeci wieczór z rzędu.

Plan na dziś – wymiana płynu hamulcowego. W tym sezonie to już druga. Pierwsza była w marcu, ale ten z marca był „taki sobie”. Myślę, że nie potrafimy do końca zdefiniować, co znaczy „taki sobie”. To chyba było coś w dźwigni. Wczoraj było czyszczenie szprych, zgodnie ze sztuką każdej osobno, niczym rodzinne srebra albo zestaw Gerlacha. A jakże, przechowywany w czerwonej walizce, która była wyciągana tylko na specjalne okazje. Przedwczoraj była godzinna obserwacja wiązki elektrycznej bez żadnych dalszych czynności. Mimo to taki wieczór można zaliczyć do udanych.

A teraz wyobraźmy sobie, że rok przed zakupem motocykla ktoś mówi nam, że połowa przyjemności związanej z motocyklizmem nie będzie miała nic wspólnego z jazdą. Myślę, że reakcja na takie zdanie oscylowałaby między wybałuszonymi oczami a pełnym politowania westchnieniem albo wzruszeniem ramion. Kupując moto, kupujemy przecież zakręty, wiatr, drogę i przygodę. Tymczasem okazuje się, że w pakiecie przychodzi coś jeszcze: klucze, szmaty, zapach WD-40, magnetyczna miseczka na śruby i kawałek świata, w którym nikt nic od nas nie chce. Drugie hobby, schowane w pierwszym, jak zapasowa żarówka pod kanapą.

Naprawy, których nikt nie zlecił

Najzabawniejsze jest to, że większość rzeczy, o których czytaliście wyżej, wcale nie jest potrzebna. Nie mówię o przeglądzie, oleju czy klockach, bo to obowiązek i każdy z nas wie, że trzeba. Mówię o całej reszcie. O polerowaniu dekla, którego nikt nie ogląda z bliska. O wymianie śrub na nierdzewne, choć stare nie zardzewiały. O „sprawdzeniu luzu na łożyskach główki ramy”, które kończy się rozebraniem połowy przodu, bo skoro już się zaczęło… Szkoda tylko, że nic nie stukało, a licznik nie dobił do przebiegu, przy którym serwis każe tam zaglądać.

Gdybyśmy robili to za pieniądze, najłagodniej nazwano by to nadgorliwością. Ale nikt nam nie płaci, nikt nas nie zmusza, a i tak to robimy. To dość wyraźny sygnał, że może chodzić o coś innego niż stan techniczny maszyny.

Kobiety za kierownicą [Słowo na niedzielę, felieton] | Artykuł – Motovoyager

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to przepływ (flow) – pojęcie, które wprowadził do psychologii Mihály Csíkszentmihályi. Flow to stan, w którym robota pochłania tak bardzo, że czas przestaje istnieć, a głowa przestaje gadać sama do siebie. Kto kiedyś spojrzał na zegarek w garażu i zobaczył, że minęły trzy godziny, choć „miało być na chwilę”, ten wie, o czym mowa. Csíkszentmihályi zauważył, że w przepływ najłatwiej wejść, kiedy cel jest jasny, a odpowiedź świata natychmiastowa. Przy motocyklu jedno i drugie dostajemy za darmo. Śruba puściła albo nie. Hamulec trzyma albo nie. Silnik zapalił albo właśnie spędzamy kolejną godzinę ze świecą zapłonową w ręku. Żadnego „zobaczymy w przyszłym kwartale”, żadnej komisji, żadnego „wrócimy do tematu”.

Dla mnie, na co dzień pracującego z ludzkimi emocjami, czyli z materią, która nigdy nie daje jednoznacznej odpowiedzi, to prawie egzotyka.

Świat, który nie kłamie

Pośród ludzi nauki również byli i są motocykliści. Jednym z nich jest Matthew Crawford, amerykański filozof. Po doktoracie objął stanowisko dyrektora waszyngtońskiego think tanku, ale po pięciu miesiącach rzucił tę posadę i otworzył warsztat motocyklowy. Napisał o tym całą książkę: Shop Class as Soulcraft. Jego teza jest prosta i trochę bezczelna: praca
z rzeczami, które stawiają realny opór, daje człowiekowi poczucie sprawczości, którego coraz trudniej szukać w pracy biurowej. W biurze sukces często zależy od tego, jak go opiszesz. W warsztacie – od tego, czy motocykl odpali. Zapieczonej śruby nie przekona żadna prezentacja w PowerPoincie. Mnie przy tej okazji nasuwa się pytanie: czy nie dlatego właśnie kierat w korpo tak eksploatuje społeczeństwo?

Tylko w dobre ręce. O trudnej sztuce rozstawania się z motocyklem [Słowo na niedzielę, felieton] | Artykuł – Motovoyager

Myślę, że wielu z nas schodzi do garażu właśnie po to. Nie po to, żeby naprawić motocykl, tylko żeby choć przez chwilę pobyć w świecie, w którym przyczyna i skutek stoją obok siebie i nikt ich nie negocjuje.

Las z blachy trapezowej

Z zupełnie innej strony podchodzą do tego Rachel i Stephen Kaplanowie, małżeństwo psychologów środowiskowych. Opisali oni, w jakich warunkach zmęczony umysł najlepiej się regeneruje. Ich teoria regeneracji uwagi mówi, że potrzebujemy dwóch rzeczy. Pierwsza to poczucie bycia „gdzie indziej”, z dala od codziennych wymagań. Druga to coś, co przyciąga uwagę bez wysiłku, ale nie wypełnia głowy po brzegi. Nazwali to łagodną fascynacją. Kaplanowie mieli na myśli las, szum liści i ruch chmur nad łąką.

W garażu, choć to las z blachy trapezowej, działa to zaskakująco podobnie. To jednak trochę inny stan niż flow: tam głowa milknie, tu dostaje wolne. Ręce są zajęte szmatką i pastą polerską, oczy śledzą jak matowe aluminium powoli zaczyna odbijać światło, a myśli mogą spokojnie płynąć tam, gdzie chcą. Nie muszą nigdzie zdążyć i nie muszą nic rozstrzygać. To najbliższe medytacji doświadczenie, jakie przychodzi mi do głowy, choć nigdy w życiu nie nazwałbym go w ten sposób na głos.

Alibi z zawiasami

Jest jeszcze jedna rzecz, którą warto znać – psychologia nazwała ją efektem IKEA. Michael Norton, Daniel Mochon i Dan Ariely pokazali, że ludzie wyżej cenią przedmioty, które złożyli własnymi rękami, nawet jeśli złożyli je krzywo. Dlatego motocykle po naszych poprawkach „chodzą lepiej niż z salonu”. Czasami co prawda zdarzy się, że naszego entuzjazmu nie podzieli diagnosta podczas przeglądu albo policjant podczas kontroli, ale to didaskalia z życia motocyklisty.

Tyle że to wszystko stanowi dopiero połowę prawdy. Druga połowa ma zawiasy. Garaż, szeroko pojęty, to jedno z niewielu miejsc, w których dorosły człowiek może zniknąć na trzy godziny i nikomu się nie tłumaczyć. Powiedz w domu „idę pobyć sam ze sobą”, a zrobi się poważna rozmowa. W najlepszym razie padnie pytanie „czy wszystko z tobą w porządku?”, w najgorszym po twoim wyjściu najbliższe ci osoby zaczną organizować interwencję. Powiedz „idę coś zrobić przy motocyklu”, a dostaniesz herbatę w termosie i ciche zrozumienie, bo twoi bliscy wiedzą, że wracasz stamtąd spokojniejszy(a). Motocykl jest tu trochę jak pies dla kogoś, kto lubi chodzić na spacery: daje alibi. Nikt nie pyta, czy pies rzeczywiście potrzebował wyjść po raz czwarty.

Gleba siedzi w głowie dłużej niż w kościach. Jak skutecznie wrócić na motocykl? [Słowo na niedzielę, felieton] | Artykuł – Motovoyager

Druga strona drzwi

Ale druga strona drzwi ma też inne znaczenie. Bywa, że drzwi garażu zamyka się nie po to, żeby odpocząć, tylko żeby nie musieć wrócić. Że trzeci wieczór z rzędu przy motocyklu nie jest regeneracją, tylko ucieczką przed rozmową, która czeka w kuchni. Granica jest cienka i każdy musi ją wyczuć sam. Najprostszy test, jaki znam: czy po wyjściu z garażu chce mi się wracać do domu, czy tylko mniej mi się nie chce. Dziś chce mi się wracać. W domu czeka herbata. Motocykl wyjedzie w kwietniu. Ja wychodzę z garażu codziennie.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

POLECAMY

ZOBACZ RÓWNIEŻ