Jest sobie garaż… Nie byle jaki, zadbany, przemyślany, z oświetleniem LED wzdłuż sufitu i podłogą wyłożoną szarymi płytami puzzli, bo tak robią ci, którym na poważnie zależy (cokolwiek to znaczy). Na ścianie wisi półka z kaskami — jeden na co dzień, jeden na trasy, jeden na tor (na tor jeszcze nie pojechał, ale tak mówi się o nim w myślach). Na dolnej półce stoją dwie pary butów w oryginalnych pudełkach, z tektury ciętej laserowo i logo producenta wytłoczonym na brzegu – bo albo na bogato albo wcale. Pod nimi — idealnie dobrane sakwy i tankbag, odpakowane, ale jeszcze nie zamontowane, bo żeby je zamontować, to trzeba pojechać, a żeby pojechać, to trzeba mieć czas.
A czasu jakoś nie ma, ale sprzęt jest, dobry sprzęt — przemyślany, zbadany, przeczytany w kilku recenzjach i obejrzany w dziesiątkach filmików, zanim zapadła decyzja o jego kupnie. Kombinezon z certyfikatem AAA wisi na wieszaku jak relikwia: był przymierzany trzy razy, założony na jeden weekendowy wyjazd, po powrocie wyczyszczony i zawieszony z powrotem – co łącznie daje cztery użycia. Jest już znowu gotowy. Zawsze jest gotowy. I ten stan gotowości jest w zasadzie sednem sprawy.
GAS
Gear Acquisition Syndrome to termin, który środowisko motocyklowe przejęło od fotografów i wędkarzy. GAS — akronim celny do bólu, bo zakupowy nałóg napędza się dokładnie tak samo, jak odkręcona do końca maneta i sprawia natychmiastową przyjemność. Jej skutki przychodzą z opóźnieniem, a w garażu zostaje zapach, który (często, niestety tylko) udaje podróż.
Działanie tego mechanizmu jest proste, choć rzadko opisywane wprost. Zamawianie sprzętu to akt wolności, który nic nie kosztuje poza pieniędzmi — nie wymaga urlopu, dobrej pogody, wolnej soboty, partnera do trasy, ani żadnego z tych warunków, które negocjuje się z rzeczywistością. Wystarczy kilka kliknięć, a najdalej trzy dni później paczka z zamówieniem zostanie dostarczona do paczkomatu albo na próg domu. Przez kilka godzin będzie się nowym motocyklistą — lepszym, lepiej wyposażonym, gotowym. Tyle, że gotowy to nie znaczy jeżdżący…
Kojarzę tego człowieka. Może jesteś nim ty, może znam go jednak skądinąd, może spotykam go na grupach w mediach społecznościowych, gdzie zdjęcia rozpakowywanych przesyłek zbierają komentarze z bardziej entuzjastycznym przyjęciem niż fotografie z trasy. Unboxing jako gatunek wypowiedzi zastąpił tam relację z jazdy — bo relacja z jazdy wymaga jazdy, a unboxing wymaga tylko paczki. Więc droga do poczucia przyjemności jest krótsza i mniej angażująca niż planowanie wyjazdu i jego przeżycie.
Człowiek, którego mam na myśli, w sezonie wyjedzie ze trzy razy, no może cztery. Raz na majówkę, raz latem, raz może jesienią, jeśli pogoda da się złapać i jeszcze gdzieś być może w międzyczasie. Za każdym razem wyjedzie dobrze wyposażony — kask z wentylacją, której nie otwiera, bo nie wie jak, buty z protektorami, których nigdy nie potrzebował, rękawice ze wstawką do wycierania fancy wizjera, na który spojrzał z niedowierzaniem w sklepie – i kupił.
Retail therapy
Psychologia zna to zjawisko pod różnymi nazwami — retail therapy, kompulsywne kupowanie, zakupoholizm. Ale to są etykiety na problemy, więc bronimy się przed nimi alergicznie. Motocykliści mówią: inwestuję w bezpieczeństwo. To zdanie robi ciężką robotę — legitimizuje każdy wydatek, zamienia nałóg w troskę, a obsesję kolekcjonowania
w odpowiedzialność. Trudno polemizować z bezpieczeństwem. Bezpieczeństwo jest święte.
Tylko że czwarty kask nie jest bezpieczniejszy niż trzeci, jeśli człowiek i tak siedzi w domu. Jest w tym coś głębokiego i zasługującego na więcej niż nieco kpiący uśmiech pod nosem. Bo ten garaż pełen sprzętu opowiada o czymś: o pragnieniu, żeby być kimś, kto jeździ. Nie kimś, kto kiedyś jeździł, nie kimś, kto planuje zacząć — tylko kimś, dla kogo to jest realne, żywe, codzienne. I kiedy rzeczywistość — praca, zmęczenie, odpowiedzialności piętrzące się na biurku — nie dają jeździć, to sprzęt daje poczucie, że się jest tym jeżdżącym. Że ta wersja siebie, ta motocyklowa, nie wyjechała jeszcze w nieznane, ale czeka w garażu, gotowa…
Droga dostarcza tylko rzeczywistość
Problem w tym, że przyjemność przesunęła swój środek ciężkości. Była w jeździe — teraz jest w kupowaniu. Była w drodze — teraz jest w badaniu specyfikacji i porównywaniu zakładek w przeglądarce oraz wymianie stanowisk na ten temat z innymi, równie doświadczonymi w chęci do jazdy na motocyklu. Sama jazda, kiedy już do niej dojdzie, bywa trochę kłopotliwa, bo wymaga stwierdzenia, że to jednak nie jest to, do czego się przygotowywało przez ostatnie cztery miesiące oglądania filmów testowych. Zakup obiecuje ideał. Droga dostarcza tylko rzeczywistość.
A rzeczywistość jest wietrzna, czasem mokra, trochę głośna i generalnie jakoś tak dziwnie różni się od tego, co było na filmie.
Gdzieś za tym regałem z kaskami
Nie piszę tego z góry. Piszę to z miejsca, z którego widać obydwa brzegi — i ten z jakimś zapleczem sprzętowym, i ten mający skromny pakiet nawiniętych kilometrów, i te okresy, kiedy przerwa w jeździe ciągnie się dłużej, niż się planowało. Wiem, jak wygląda garaż, do którego się wchodzi po tygodniu i patrzy na motocykl jak na kogoś, wobec kogo jest się dłużnym.
Ale jest różnica między przerwą, a substytucją. Między czekaniem na sezon, a budowaniem sezonu zastępczego z pudełek kartonowych i list porównawczych. Zakup jest obietnicą jazdy. Sam nigdy nie jest jazdą.
Gdzieś za tym regałem z kaskami — za tym całym pięknym, poważnym, dobrze oświetlonym arsenałem gotowości — stoi motocykl. Ma swój własny zapach: guma, paliwo, olej i coś metalicznego. Zapach, którego nie da się kupić.
Można go tylko wziąć ze sobą w podróż.
