Ducati Streetfigther V4S to najbardziej elektryzująca mnie tegoroczna nowość. Przyzwyczaiłem się, że jeżdżę na większość światowych prezentacji marki Ducati i wieść o tym, że w tym roku taka się nie wydarzy, bardzo mnie zasmuciła. Trzeba było poczekać na polską sztukę importerską. I w końcu, tuż po wakacjach, udało mi się ją otrzymać na cały tydzień…
Trochę street, trochę fighter
Zacznijmy może od tego, że każdy bojący się dosiąść najnowszego Streetfightera od Ducati, a szczególnie ci, mający w pamięci jego dane techniczne – 208 KM przy masie na sucho 178 kg, będzie zawiedziony… Nie ma, z pozoru, w tym motocyklu niczego straszliwie narowistego i nie do okiełznania. Na pierwszych metrach, mimo przekornego wybrania mapy RACE (dostępna jest jeszcze spokojniejsza mapa SPORT oraz wyraźnie łagodna STREET) nie zostałem zrzucony z siodła, motocykl nie wierzgał i nie próbował się mnie pozbyć.

Winny temu jest silnik – czyli supersportowy Desmosedici Stradale 90° V4 o czterech cylindrach w układzie V, pojemności 1103 cm3, mocy sięgającej 208 KM i maksymalnemu momentowi o wartości 123 Nm… Dobra, ale o co ci Brzoza chodzi? Ano o to, że wartości maksymalne silnika osiągane są oczywiście przy górnych wartościach obrotowych (moc przy 12750 obrotach, a moment przy 11 500). To sprawia, że silnik nie ciągnie jak szalony od samego dołu, a do jego naprawdę mocarnych wartości trzeba naprawdę chcieć się dokręcić. Oznacza to, że w jednym motocyklu, zupełnie nie korzystając nawet z elektroniki, mamy dwa oblicza – uliczne/streetowe,

pozwalające nam jechać naprawdę spokojnie i normalnie – jeżeli nie będziemy przekraczać magicznej wartości 8000 obrotów wału korbowego oraz szalonego supersporta,

który wyrywa kierownicę z rąk, idzie na gumę przy gwałtowniejszym dodaniu gazu nie tylko na 1 i 2 biegu, i pozwala rozpędzić się do wartości oscylujących w okolicach 300 km/h – a wszystko to, jeżeli pozwolimy jednostce wkręcić się na wyższe obroty…
Bezsens hypernakedów?

Nie lubię supersportów, nie lubię na motocyklu być poskładany jak origami, nurkować po kierownicę gdzieś poniżej kolan, dlatego uważam że motocykle segmentu hypernaked są stworzone dla mnie. Większość osób może powiedzieć, że super mocny naked jest całkowicie bez sensu – po co ta moc, skoro nie da się na nim utrzymać przez dłuższy czas większej prędkości… Fakt, przyznam rację – te motocykle są cudownie bez sensu i za to je kocham. Każdemu malkontentowi radzę wsiąść na taki zanim zacznie narzekać.
Droga na skróty

Ciekawostką jest to, że do tej pory wszyscy producenci raczej modyfikowali supersportowe silniki przed włożeniem ich do motocykla pozbawionego owiewek. Streetfigther V4S to zupełnie co innego. To tak naprawdę motocykl sportowy, Panigale V4S odarte z owiewek, z całym dobrodziejstwem, lub przekleństwem, sportowych rozwiązań. Chociaż nie, już starożytni radomianie wymyślili ten styl – w końcu radomski streetfigther to nic innego jak motocykl sportowy, któremu szlif zdarł owiewki…

Choć na początku mojej przygody ze SF V4S byłem delikatnie zawiedziony – pomyślałem, że tę maksymalną moc, z której przecież raczej nikt o zdrowych zmysłach nie będzie często korzystał, można byłoby poświęcić na rzecz mocniejszego, agresywniejszego dołu. Jednak po wjeżdżeniu się w niego zrozumiałem, że ta jego pozorna łagodność, jest plusem.
Zmiany, zmiany, zmiany
Czym różni się SF od swojego sportowego odpowiednika – Panigale V4S? Wspomnianym brakiem owiewek, choć nie do końca, raczej należałoby powiedzieć, że brakiem pełnych owiewek.

Przednią lampą, nadającą motocyklowi wygląd uśmiechniętego smoka oraz oczywiście szeroką, umieszczoną nad półkami kierownicą, która całkowicie zmienia odbiór tego sprzętu.

Na Streetfighterze pozycja od pasa w górę jest odprężona, spokojna, nakedowa wręcz. Motocyklista nie leży na kierownicy, więc nie szuka najmniejszej okazji do odciążenia napiętych wciąż przedramion, by prędkość dała mu choć chwilę ulgi.
Streetfighter, czyli Panigale do spokojniejszej jazdy

Tym sprzętem naprawdę da się jeździć spokojnie, z tym że… kultury pracy sportowa jednostka nie ma na dole obrotów, więc aby czerpać przyjemność z jazdy, a nie być miotanym falującymi obrotami, trzeba trzymać choć 4000 na obrotomierzu. Cóż, Desmosedici Stradale najlepiej czuje się w górze, a ten ponadlitrowy piec dokręca się do, zarezerwowanych niegdyś dla sportowych sześćsetek, 15 000 obrotów (czerwone pole zaczyna się dopiero przy 14 500 obr./min.).

Po prostu wow!
Wygląd – włoski kunszt
