Problemy na oku
Opuszczamy przełęcz Mangart, zjeżdżając do malutkiej miejscowości położonej u podnóża szczytu Log Pod Mangartom. Położenie miejscowości jest prawdziwie magiczne, postanawiamy poszukać miejsca na rozbicie namiotu. Nawiązujemy kontakt z miejscowymi i rozbijamy się w najlepszej podczas tego wyjazdu lokacji.
Oszołomieni widokiem postanawiamy udać się do najbliższego sklepu znajdującego się w odległości 6 km. W trakcie jazdy trafia nam się kolejna przygoda. Marcina, w trakcie powolnego przejazdu przez miejscowość, uderza z impetem w oko duży owad, co powoduje silny ból i opuchliznę. A miało być tak pięknie. Cóż, napoje muszą poczekać na swoją kolej.
Szukamy lekarza, co niestety w Słowenii okazuje się wyzwaniem. W miejscowości Bovec, gdzie się znajdujemy, jest jedynie pielęgniarka. Ta ogląda oko Marcina i stwierdza, że niezbędne są dodatkowe badania, które trzeba wykonać w szpitalu w miejscowości Kobarid 50 km dalej. Nie mając wyboru wsiadamy na motocykle i jedziemy do szpitala.
Marcin z trudem prowadzi, patrząc jednym okiem. Docieramy do szpitala gdzie po badaniach okazuje się, że wszystko jest w porządku, w oku nie pozostał żaden fragment ciała obcego. Marcin zostaje dodatkowo zaopatrzony w leki przeciwzapalne. Trzeba przyznać, że zabrana z Polski karta EKUZ przydaje się niesamowicie. Wracamy do Log Pod Mangartom. Wino tego wieczoru smakuje tego wieczoru wyjątkowo dobrze.
Korzystając z bezchmurnego nieba oddajemy się astrofotografii – uwieczniamy Drogę Mleczną przebiegającą nad naszymi namiotami. Jest to niezapomniany widok, nieczęsto spotykany w naszych, mocno zurbanizowanych stronach. Miejscówka tak nam się podoba, że postanawiamy pozostać tutaj jeszcze jedną dobę, odpocząć i naładować baterie przed drogą powrotną do Polski. Czas umilamy sobie zwiedzając okolicę, a przede wszystkim piękny kanion Mosnica.
Podróż powrotną do Polski dzielimy na dwa dni, biorąc pod uwagę panujące w Europie upały. Jazda jest bardzo ciężka, zwłaszcza kiedy jedziemy autostradami. Pierwszy nocleg planujemy na znanym nam kempingu w Brnie, a drugi już na południu Polski, zatrzymujemy się po przejechaniu przełęczy Salmopolskiej w okolicach Szczyrku.
Co ciekawe nocleg w Brnie zbiega się z rozgrywanymi przez weekend zawodami Moto GP, gdzie spotykamy motocyklistów z Polski, Niemiec i Słowenii, co kończy się wieczorkiem zapoznawczym. Kolejny dzień to już podróż do domów, na szczęście pomyślna i bez zakłóceń.
Słowenia okazała się niesamowicie gościnnym krajem, bardzo ciekawym dla motocyklistów, jeśli weźmie się pod uwagę piękno dróg, ich jakość i widoki, które dane nam było zobaczyć. To mały kraj, który ma w zasadzie wszystko – monumentalne góry i ciepłe morze. Do tego gościnność Słoweńców jest czymś wartym odnotowania.
Słowenia to moto-raj, który polecam każdemu turyście. W trakcie naszej wyprawy przejechaliśmy trochę ponad 4000 km. Jeśli chodzi o koszty to w zasadzie były to koszty paliwa i żywności, która niestety w Słowenii jest znacznie droższa niż w Polsce. Identycznie paliwo, którego cena to trochę powyżej 1 euro za litr.
Nasze esfałki w tych warunkach okazały się zaskakująco oszczędnymi maszynami, konsumując około 4-5 litrów na każde 100 km. CBR Macieja spaliła trochę więcej, ale kto przy takim sprzęcie będzie liczył spalanie. Liczy się zabawa i przygoda, których podczas tej wyprawy nie zabrakło.

Takie opisy zimą? No nic tylko Was powiesić :) Ah Fazerze mój Fazerze, ileż jeszcze do tej przeklętej wiosny? :)