Parafrazując znane słowa: „Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady” prawdziwy motocyklista powinien użyć zwrotu: „Pal rumaka i ruszaj w Bieszczady”.

Tekst: Hubert Zawieja

Zabrzmiało jak plan? Tak! To był mój pomysł na tegoroczny urlop. O tym, co mnie tam spotkało i czy było warto pojechać dowiesz się z mojej relacji.

Plany, pogoda i przygoda

Jak do każdej podróży, tak i do tej, lubię się dobrze przygotować. Spora liczba blogów została przeczytanych, dziesiątki filmów na YT – przejrzanych, plan powstał, więc czas ruszać w drogę.

Kilka jest sposobów na dotarcie w Bieszczady. Pomimo osobistej niechęci do podróżowania autostradami, wybrałem ten właśnie wariant, uznając go za najszybszy. Autostradą z Wrocławia dostałem się do Przemyśla.

Założony punkt docelowy był tak rozległy, że szkoda mi było czasu na dodatkowe atrakcje w trakcie drogi. Niemniej jednak, gdy byłem w tej okolicy, moja „winklowa żyłka” ściągnęła mnie na chwilę, aby pocieszyć opony serpentynami Gór Słonnych.

Pogoda dopisywała, dzięki czemu w parę godzin dotarłem do pierwszego punktu docelowego – mieszczącego się w miejscowości Czarna Górna, a mianowicie do Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej.

BPM

Wokół BPM wyrosło już tyle legend i opowieści, że oczywistym dla mnie było rozpoczęcie przygody właśnie w tym magicznym miejscu. Dotarłem tam w miarę wcześnie, więc miejsca jeszcze było pod dostatkiem. Krótki meldunek, mała walka z namiotem, ot i jestem zakotwiczony!

Czytałem, że w sezonie motocyklowym co wieczór około godziny dwudziestej, miejscowym zwyczajem rozpalane jest tu ognisko, na które zjeżdżają się miłośnicy dwóch kółek, krążący właśnie po okolicy,  aby wspólnie przy ogniu uciąć sobie pogawędkę o Bieszczadach, motocyklach czy życiu… Oprócz tego odprężyć się i znaleźć energię na kolejny dzień podróży.

Nie zawiodłem się. Parking i pole zapełniały się do wieczora w ekspresowym tempie, a Przystań budziła się (jakby z popołudniowej drzemki) i zaczynała tętnić swoim motocyklowym życiem.

Moim zdaniem klimat tego miejsca tworzą ludzie, którzy w tym momencie się tam znajdują a każdy wieczór czy też każde ognisko wygląda zupełnie inaczej. Tym razem zjawił się jeździec… z gitarą! Motocyklowy El Mariachi zapewniał pozytywne emocje prawie do świtu. Była masa żartów i śmiechu czy też konkurs piosenki, w którym każdy śpiewał do jakiejś znanej melodii – wymyślony tekst o swoim rumaku.

Muszę przyznać, że wymiana informacji technicznych w takich miejscach jest na wagę złota. Korzystając z nich, planuję w głowie kolejny dzień.

Budzi mnie przepiękny wschód słońca i zapach kawy,  którą przed namiotem parzy ktoś z ekipy obok. Chłopaki jadą dziś do Odessy i szybko chcą zacząć dzień – podobnie jak ja.

Obrałem trasę – Ustrzyki Górne, a cel – to wejść na Tarnicę. Tuż po starcie zatrzymałem się jeszcze w oddalonym o kilka kilometrów punkcie obserwacyjnym Parku Gwiezdnego Nieba Lutowiska. To najbardziej zaciemnione miejsce w Polsce i polecam odwiedzić je nocą, by poobserwować spadające gwiazdy – widok naprawdę zapiera dech.

Po drodze do Ustrzyk można dostrzec niespotykane gdzie indziej oznaczenia drogowe: „Uwaga ryś” czy „Uwaga niedźwiedź”. Przypominają mi one, że znajduję się na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Motocykl zostawiam na parkingu w centrum miejscowości. Tutaj chcę podziękować sprzedawcy w kiosku obok parkingu, który wspiera motocyklistów i pozwala przechować sprzęt w czasie pieszych wędrówek. Doceniam!

Do Wołosatego dostaję się elektrycznym Melexem. Stąd wyruszam pieszo, by po dwóch godzinach wędrówki móc nacieszyć się przepiękną panoramą Bieszczad, rozpościerającą się z najwyższego na tym terenie punktu widokowego  na Tarnicy (1346 m n.p.m.)

Wyjeżdżając z Ustrzyk kieruję się Wielką Pętlą Bieszczadzką do Cisnej – tu obowiązkowym punktem mojego postoju jest karczma Siekierezada z charakterystycznym wystrojem i ciekawą atmosferą. Krótki wypoczynek, odpalam Gixxa i ruszam dalej w drogę, bo robi się późno, a ja na kolejny nocleg zaplanowałem Polańczyk, więc jeszcze trochę drogi przede mną.

Czarne złoto mają tylko w Polańczyku

Polańczyk przywitał mnie przepięknym widokiem zachodzącego słońca nad Soliną. Coś mi się wydaje, że drogę wjazdową do tej miejscowości specjalnie tak zaprojektowano, by można było co wieczór go podziwiać, wjeżdżając lub wyjeżdżając z miasta.

Przez kilka dni, traktując Polańczyk jako bazę wypadową, przejechałem kolejno Dużą i Małą Pętlę Bieszczadzką. Byłem też na Zaporze Solińskiej, by zwiedzić tamę, nie tylko z zewnątrz ale i wewnątrz. Niewiele osób wie, że po wcześniejszym umówieniu się telefonicznie istnieje taka możliwość, gdy zbierze się odpowiednia liczba osób zainteresowanych.

Powrót przyjazdowi nierówny

Jak już pisałem, nie przepadam za autostradami, a że zostały mi dwa dni wolnego, postanowiłem do domu wrócić przez słowackie Tatry.

Województwo podkarpackie pożegnałem na przejściu granicznym Barwinek-Vysny Komarnik i skierowałem się na Słowacką trasę nr 77 w stronę Tatr Wysokich i miasta Poprad.

Był to mój debiut motocyklowy na trasach Słowacji, więc wtrącę trochę moich spostrzeżeń odnośnie samego kraju pod kątem jazdy motocyklem. Na drodze zastałem bardzo dobrej jakości nawierzchnię, czytelne oznaczenia drogowe i miłych kierowców. Słowacy bardzo uważają na motonitów i często ustępowali mi z drogi nawet o to nieproszeni. Dobra kultura jazdy na pewno skłoni mnie, bym jeszcze nie raz odwiedził ten kraj podczas moich podróży.

Początkowo zakładałem przejazd przez samą „aortę” słowackich Tatr wysokich, czyli trasę 537 z Białej Spiskiej przez Tatranska Łomnica do Liptowski Mikulasz. Ponieważ był to wysoki sezon urlopowy i pierwszy nocleg w przystępnej cenie znalazłem dopiero w słowackiej Zylinie, więc musiałem nieco nadgonić, żeby tam dotrzeć do wieczora. Pojechałem więc siedemdziesiątką siódemką bezpośrednio do Popradu, skąd przez Liptowski Mikulasz dojechałem do bazy noclegowej.

Po dotarciu na miejsce wcale nie żałowałem, że tak się stało. Żylina okazała się ciekawym miastem z ładną starówką i pięknie nocą podświetlonym Kościołem Nawrócenia św. Pawła Apostoła.

Na rynku koniecznie trzeba się zatrzymać na obowiązkowy specjał kuchni słowackiej – haluszki z bryndzą. No, z pełnym brzuszkiem można iść spać.

Poranek z deszczem to nic przyjemnego, czas się spakować i ruszać w stronę słonecznego Wrocławia. Po czeskiej stronie nie byłbym sobą, gdybym nie wcisnął w tę sportową turystykę kilkunastu pięknych winkli na Cervenej Vodzie. Następnie Ziemią Kłodzką wracam tu,  gdzie wszystko się rozpoczęło. 2147 kilometrów dobrej zabawy za mną, można kończyć urlop.

Podsumujmy

Czas odpowiedzieć sobie czy było warto… zdecydowanie tak! Przede wszystkim na szlaku wraca wiara w życzliwość ludzi, chyba największe bogactwo naturalne tego regionu. Flora i fauna Bieszczad wzbudzają zachwyt odmiennością i dzikością. Można odnieść wrażenie, że komercja jeszcze na moment zapomniała o tym miejscu, lecz nie mam złudzeń  – przyjdzie czas, kiedy o swoje się upomni.

Jednak nie ma róży bez kolców. Jako motonita oczekiwałem tras motocyklowych dobrze przygotowanych pod nasze upodobania. Widać, że zaplecze techniczne i turystyka kwitną, ludzie żyjący z tego dostrzegają potencjał grupy, jaką są motocykliści. Niestety, nie idzie to w parze z rozwojem infrastruktury, więc zawód sprawiły mi same drogi. Na pętlach ciasne zakręty posypane grysem lub po prostu dziurawe drogi z zarośniętymi poboczami. Do tego zwyczaj kierowców samochodów ścinających zakręty, tworzą obraz wart zwiedzania, lecz przy bardzo przepisowych prędkościach i z zachowaniem wszelkiej ostrożności. Ktoś, kogo spotkałem przy ognisku powiedział: – Bieszczady są po to, by sobie popyrkać ciesząc się niesamowitym widokiem. Uważam, że te słowa najlepiej oddają warunki, które zastaniesz na tych drogach.

Bieszczady motocyklem – galeria

1 KOMENTARZ

  1. Znaki z rysiem czy niedźwiedziem nie są spotykane tylko i wyłącznie w Bieszczadach. Na terenie Magurskiego Parku Narodowego również występują.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.