Po wieczorze z Emilem wstajemy dosyć wcześnie. Na butelkę rakiji od niego jedynie popatrzyliśmy, nie odważając się odkręcić jej korek. Na razie… Z naszego apartamentu roztaczała się piękna panorama na miasto i dachy niżej położonych budynków. Z tego całego naszego podróżowania nie pasuje mi jedna rzecz, a mianowicie to, że tak mało czasu spędzamy w absolutnie wartych zatrzymania się na dłużej miejscach.
Wyjeżdżamy z malowniczo, na wzgórzach, położonej miejscowości Gabrowo i kierujemy się w stronę rumuńskiej granicy, a dokładnie miejscowości Ruse nad Dunajem. Przejeżdżamy przez kilka tuneli, z których jeden jest wyjątkowo ciekawy. Nad nim bowiem stoją budynki. Wygląda to nieziemsko.

Jedziemy drogą E85, która okazuje się drogą szybkiego ruchu. Jest jednak pełna ciągników siodłowych z naczepami i… głębokich na kilkanaście centymetrów dziur. Ogromnych, przygotowanych do załatania, wyciętych połaci asfaltu. Ale spokojnie, większość z nich zabezpieczona jest pachołkami, więc czujemy się bezpieczniej. Gorzej, że wiele z nich jest przewróconych, kilku z nich nie ma, a kilka wala się po przeciwnym pasie, bo zostały zdmuchnięte przez ruch samochodowy. Nocą jazda tą drogą byłaby przerażająca i można byłoby stracić na niej nie tylko opony i felgi swojego motocykla, ale także życie. Bułgarskie podejście do naprawy dróg to jakiś koszmar, a przecież jesteśmy na terenie opiekuńczej, zafiksowanej na punkcie bezpieczeństwa Unii Europejskiej.

Dojeżdżamy do granicznej miejscowości Ruse. Jest to kolejne miasto z bardzo mocno odciśniętym piętnem komunizmu. Wszędzie widać jeszcze urbanistyczne pozostałości tego systemu, jak na przykład te bloki, które wyglądają, jakby ich przydatność do spożycia minęła ładnych parę lat temu. U nas oczywiście mamy całe osiedla domów z wielkiej płyty, ale w znakomitej większości są one ocieplone styropianem i ich fasady nie straszą tak, jak te bułgarskie.

Wjeżdżamy na Most Przyjaźni, przerzucony przez Dunaj w 1954 roku. Przeprawa mająca 2,8 km długości wydaje się, że ciągnie się w nieskończoność, bo przerzucona jest przecież nad drugą co do wielkości rzeką w Europie. Most łączy bułgarskie Ruse z rumuńską miejscowością Giurgiu i jest to przeprawa drogowo-kolejowa.

Na górze poprowadzono dwie, bardzo wąskie pasy jezdni, bez wyodrębnionego pasa dla rowerzystów (widzieliśmy jednego człowieka na rowerze jadącego wesoło między dwoma tirami), czy chodnika dla pieszych, na dole zaś linię kolejową. Dolne przęsła podnoszą się, pozwalając na przepłynięcie pod nimi większych statków.
Po drugiej stronie wita nas Rumunia. Kolejki na granicy praktycznie nie ma i przekraczamy ją w ekspresowym tempie. Super. Teraz obieramy za cel, przejściowy, miejscowość Pitesti i na nią się kierujemy omijając Bukareszt szerokim łukiem – nie chcemy wpaść w korki na obwodnicy.

Tuż przed miejscowością dopada nas ulewa. Zatrzymujemy się na trawiastym poboczu drogi szybkiego ruchu – tak, wiemy że to niebezpieczne, ale będąc w podróży nie możemy pozwolić sobie na całkowite przemoczenie naszych ciuchów. Dalej jedziemy w mocnym deszczu, który jednak szybko przestaje padać. Na horyzoncie jednak widzimy wyładowania atmosferyczne i ołowiane chmury, które zwiastują kolejne, mocne opady. Zrywa się też silny wiatr. Zatrzymujemy się na stacji w miejscowości, tankujemy nasze motocykle, jemy coś i podejmujemy decyzję od dalszej jeździe.

I tak, praktycznie suchymi kołami dojeżdżamy do samego przedgórza Karpat, miejscowości Ungureni położonej na drodze 7C, czyli… Transfogaraskiej. Wynajmujemy pokoje w pensjonacie, których tu jest mnóstwo, zdejmujemy ubrania do suszenia, a sami idziemy się moczyć pod prysznic. Powoli się ściemnia, a my jesteśmy gotowi by ruszyć do pobliskiej knajpki na kolację, tymczasem na telefony Kamila i Konrada przychodzi alert.

Ich telefony wydają przeraźliwe dźwięki, których nigdy nie słyszeliśmy. Alert ekstremalny informuje nas o grasującym w miejscowości obok niedźwiedziu. Zostańcie w domach, nie zbliżajcie się do misia, nie róbcie mu zdjęć – czytamy. To co, idziemy na tę kolację? Pewnie, że tak, restauracja jest po drugiej stronie drogi, 100 metrów od naszej kwatery, chyba miś nas nie zdąży dorwać…
Jutro przed nami przeprawa przez kultowe przełęcze tej kultowej drogi. Trzymajcie kciuki aby była przejezdna, bo dwa dni temu osuwiska skalne sprawiły, że drogę zamknięto na kilkanaście godzin.
