Ruszamy w dalszy spacer i przed 20. decydujemy, że wstąpimy na jakąś kolację do Świnki – Schweinske. Spędzamy tam miło czas, przy świetnej obsłudze (przystojnego mieliśmy kelnera) i doskonałej sałatce cesarskiej, no i oczywiście niemieckim piwie, jakby inaczej.
Kiedy zaczyna się ściemniać postanawiamy wrócić do hotelu. Okazuje się, że wszystkie kluby na „naszej” ulicy już są otwarte na oścież, panie tańczą na barach i rurach, generalnie jest neonowo, kolorowo i dość głośno. Ciekawe jak my będziemy spać? Na szczęście okazuje się, że okna od podwórka pozwalają na spokojny sen.
Będzie padać
Po wczorajszych wrażeniach i śniadaniu ogarniamy panujący w pokoju bałagan, pakujemy kufry od nowa, zakładamy po raz pierwszy od wyjazdu bieliznę termiczną i szykujemy ciuszki przeciwdeszczowe, tak na wszelki wypadek. Darek smaruje łańcuch kata i wyruszamy w stronę domu.
Nawigacja niestety szybko odmawia współpracy, więc z Hamburga znów wyjeżdżamy na telefonie, który też niekoniecznie chce działać jak należy i kilka razy błądząc zmieniamy trasę na Berlin. Pogoda się trochę psuje, ale na razie jest bez deszczu. Ponieważ jadę z nawigacją w dłoni nie mam rękawic, ale umawiamy się, że jak tylko wydostaniemy się z miasta i kierownik będzie wiedział jak dalej jechać, zatrzyma się, a ja schowam telefon i włożę rękawice.
Niestety zapomina i przyspiesza jazdę. Udaje mi się schować telefon do kieszeni, ale wydobycie rękawic zza pazuchy nie jest już niestety takie proste. Dłonie mi odpadają z zimna, w końcu jest chłodno to nie 30 stopni jak ostatnimi dniami i na dodatek zaczyna kropić. Po jakimś czasie udaje mi się znakami dymnymi zatrzymać pojazd na poboczu i ubrać rękawice.
Niestety pogoda się psuje coraz bardziej. Jakieś 50 km za Hamburgiem zaczyna padać deszcz. Jesteśmy zmuszeni ubrać się w kombinezony przeciwdeszczowe, same membrany na dłuższą metę nie dadzą rady. Zakładam dodatkowo kamizelkę odblaskową żeby było mnie lepiej widać. Pada coraz bardziej a jednocześnie coraz mniej widać, ja widzę niewiele a co dopiero Darek. Jedziemy za jakimś TIRem, w pewnej odległości, inaczej byłoby trudno. Prędkość jazdy znacznie się zmniejsza ze względu na warunki pogodowe, komfort również. Kierownik wycieczki ma w pewnym momencie wątpliwości czy jechać dalej czy zatrzymać się gdzieś po drodze. Postanawia jednak kontynuować, w końcu nie wiadomo jak długo będzie padać. Jest coraz ciekawiej – zaczyna padać jak sądzę grad, który czujemy na udach dość boleśnie mimo kilku warstw ubrań ochronnych. To bardzo interesujące i dla mnie nowe doświadczenie, jeszcze nie odczuwałam boleśnie drobnych opadów gradu. Na szczęście pada krótko.
Jedziemy dość spięci ostrożnie podążając w kierunku kraju. Darek oświadcza, że zatrzymamy się przy pierwszym McDonaldzie w Polsce. Jak wjeżdżamy na naszą E30 pan z obsługi bramek mówi do nas po niemiecku. W niedużym odstępie widzimy dwa wypadki samochodowe – nie wiem jak na prostej drodze można wjechać na barierę energochłonną. Swoją drogą to zadziwiające, że przejeżdżając Niemcy, Danię, Szwecję, Estonię, Łotwę i Litwę nie spotkaliśmy żadnego wypadku, zwłaszcza w Niemczech gdzie jak wiadomo miejscami można jechać „ile fabryka dała”, a u nas… Deszcz coraz mniejszy, jedziemy i jedziemy a postoju jak nie było tak nie ma. Około 80 km przed Poznaniem kończy padać, możemy jechać sprawniej aczkolwiek ostrożnie, w końcu jesteśmy u siebie, w kraju gdzie nie wielu kierowców pojazdów czterokołowych uznaje motocyklistów za równoprawnych uczestników ruchu drogowego. Kiedy dojeżdżamy na stację i do Maca znów zaczyna kropić, mimo to ściągamy nasze gumy a przed deszczem kryjemy się w restauracji. Przy okazji pora coś zjeść. Nam się udaje zamówić coś do jedzenia i picia, niestety następnym klientom już nie. Znów zaczyna lać, nic nie widać i na dodatek z powodu uderzenia pioruna znika zasilanie. Na parterze słychać jedno wielkie buczenie oczekujących, my możemy zjeść, odpocząć no i przeczekać. Za oknem nie widać nic oprócz strug wody. Wraca światło, słyszymy oklaski i dołączają do nas na piętrze bardzo głośno i chamsko zachowujący się młodzi mężczyźni z Niemiec. Ja osobiście nie mogę uwierzyć, że można wokół siebie robić taki chlew i tyle hałasu.
Dochodzimy do wniosku, że przy tej aurze nie ma co ryzykować i gnać do domu w dniu dzisiejszym, w związku z tym szukamy jakiegoś noclegu w okolicach Poznania. W swoim geniuszu rezygnuję z założenia rękawic przeciwdeszczowych stwierdzając, że pewnie padać już nie będzie. No niestety, popełniam błąd. Moje piękne, białe, skórzane rękawice przemakają mi do suchej nitki, dłonie są zafarbowane na czarno (pięknie to wygląda) a ja pod hotelem proszę Darka żeby następnym razem jak będę miała taki pomysł kopnął mnie w cztery litery. Mam nadzieję, że w hotelu w łazience jest grzejnik elektryczny i rękawice oraz inne części garderoby wysuszą się do rana.
Znajdujemy hotel i jesteśmy bardzo miło zaskoczeni. Zabieramy kufry do pokoju, dzwonimy do rodzinki, lekko się ogarniamy i postanawiamy pójść na basen i do jacuzzi. Wtedy okazuje się, że kufer z rzeczami Darka jest nieszczelny – nabrał wody a jego buty na zmianę są kompletnie mokre. Na nasze szczęście w łazience jest grzejnik elektryczny, który natychmiast włączamy a recepcję hotelu prosimy o gustowne, hotelowe klapeczki.

Ludzie z Podlasia i Suwalszczyzny tłumaczą zachowanie Litwinów nieuchronnością kary, jaka czeka na nich u siebie i wolnością, jakiej doświadczają u nas. Ponoć tam bardzo łatwo o mandat za każde niemalże przewinienie na drodze, u nas tylko fotoradary.
Planowałem taka podróż w tym sezonie, ale za dużo zmian zawodowych moich i dziewczyny. W przyszłym roku ruszę na pewno, ale raczej najpierw w stronę Niemiec, stamtąd szybciej promem do Danii, a w Szwecji wzdłuż wybrzeża. Jakby były 2 tygodnie to i Zatokę Botnicką się objedzie.
W przyszłym roku wybieramy się tą samą drogą do Tallina, a następnie dalej na Northcape :) (wszystko na blogu)
Z Niemiec do Danii a potem Szwecji warto pojechać mostem :) trochę drogo ale to jedyny taki most.
Dookoła Bałtyku??? To jakaś bzdura… Litwa, Łotwa, Estonia, a potem promem do Szwecji??? Dla mnie wyprawa zupełnie bez sensu… Poza tym, z Niemiec nie jedzie się do Danii mostem…
To ciekawe, znaczy ze wcale nie jechaliśmy Oresundbron. Dla Ciebie wyjazd może być bez sensu dla nas miał sens i właśnie na taka trasę mieliśmy ochotę i czas. Nie musisz tego rozumieć ani powtarzać.
Brawo, piękna wyprawa! Szkoda, że nie mieliścia czasu zwiedzić Sztokholmu – piekne Stare Miasto.
Pozdrawiam
Dzięki :) niestety czas nas naglil ale kiedyś może to nadrobić.
Wspaniała wyprawa, też sobie „ostrzę zęby” na coś takiego. Super!!!
Gorąco polecam. W tym roku pojechaliśmy w zupełnie innym kierunku, ale o tym na blogu.
Przy okazji aktualizuję adres, zmieniliśmy nazwę (nie mamy już KTMa oraz z innych powodów):
http://life-xpedition.blogspot.com