Cóż robić, jest druga po południu, niby na starówkę blisko, ale musimy się przebrać i coś zjeść więc nie zdążymy jej zobaczyć niestety. Decydujemy odpuszczenie pobieżnego oglądania Starego Miasta z językiem na brodzie. Wrócimy tu kiedyś w tym konkretnie celu. Postanawiamy się przebrać w wygodniejsze ciuchy, które na wszelki wypadek mamy naszykowane na wierzchu kufrów. Motocyklowe garnitury wraz z kaskami przechowamy w skrytce i zjemy obiad w pobliskiej knajpie.
Genialny pomysł Darka sprawia, że za skrytkę musimy zapłacić podwójnie, ale trudno. W międzyczasie na migi i na dziwne inne sposoby dogadujemy się z panią z przechowalni bagażu. Odkrywam, że mój rosyjski byłby lepszy jakbym z niego korzystała – wszystko rozumiem, ale jak mam coś powiedzieć to pustka, a właściwe słowa docierają do mojego mózgu ze znacznym opóźnieniem.
W drodze na obiad zaliczamy drobną sprzeczkę, niestety zmęczenie daje o sobie znać i mimo udanego jak dotąd wyjazdu, każda bzdura może doprowadzić do różnicy zdań. Mamy wystarczająco dużo czasu żeby dać sobie chwilę ochłonąć na osobności i w pokoju udać się coś zjeść.
Tak, w końcu mam okazję zjeść regionalną potrawę – Darek zamawia asekuracyjnie jakiegoś kurczaka z dodatkami, a ja pielmieni w rosole z sosem czosnkowym – pycha. Jestem najedzona i zadowolona. Teraz już tylko pozostaje nam czekać grzecznie na otwarcie odprawy na prom do Szwecji.
Ahoj na pokładzie
Czekamy pod bramą, chyba muszę wyglądać dość niecodziennie w szortach i butach motocyklowych, ale kto by się przejmował. Stojąc tak w oczekiwaniu pozdrawiamy się z innymi motocyklistami, niestety nie wszyscy wiedzą o co chodzi z tym machaniem lewą i część starszych użytkowników Hondy Goldwing nam nie odpowiada.
Okazuje się, że na ten sam prom czekają uczestnicy wyścigu Gran Turismo Baltica 2014 ze swoimi pięknymi i głośnymi samochodami oraz członkowie gangu motocyklowego Hell’s Angels of Malmo, ale o tym dowiadujemy się dopiero czekając przed samym wjazdem na Baltic Queen.
A przychodzi nam stać tam dość długo w upale i kaskach, ponieważ czekamy aż wjadą TIRy „wysiadające” po drodze w Mariehamn. Kiedy już pozwolono nam wjechać na pokład i przypięto KTM-a, mogliśmy poszukać swojej kajuty. Poziom piąty z dziesięciu, dwie koje i łazienka z prysznicem, zamiast okna lustro, którego nie dało się zasłonić, a w rekompensacie kanał CCTV z widokiem na zewnątrz, więc i bez okna mogliśmy podglądać co się dzieje.
Tradycyjnie ogarniamy się po całym dniu i idziemy zwiedzać – tym razem statek z jego restauracjami, klubami, dyskoteką, sklepami wszelkiej maści, barami itp. Nie obywa się też bez wycieczki na najwyższy pokład zewnętrzny z tym, że ja podziwiam widok spod ściany – mam lęk wysokości i nie jestem fanem długich wycieczek morskich. Oglądając wiadomości – po szwedzku – orientujemy się, że w Sztokholmie była straszna ulewa i pozalewała część miasta, no cóż mamy nadzieję, że nas nie spotka.
Piętnastogodzinny rejs upływa nam na drobnych zakupach, spacerach oraz podziwianiu widoków z pokładu do późnych godzin wieczornych. Tam zmrok całkowity chyba nie zapada co Darek postanowił sprawdzić – ach te białe noce o czwartej nad ranem, kiedy prom dobija do Mariehamn.
Och, Malmo
Wstajemy dość wcześnie o dziwo wyspani po nocy na statku. Poranna toaleta, jakieś śniadanie i wycieczka na pokład zewnętrzny w celu podziwiania widoków. Ta część trasy przebiega dość blisko szwedzkiego wybrzeża, więc możemy podziwiać cudne widoki.
W okolicach 9:30 zbieramy się z manatkami z kajuty i idziemy sprawdzić czy kat stoi cały i zdrowy. Doczepiamy kufry i czekamy w pełnym rynsztunku na zakończenie procedury cumowania i wypuszczenie nas na świeże powietrze. Po dość długim czasie w końcu wyjeżdżamy z promu, my i kilkanaście Goldwingów. I już wiemy na co czekamy – na ustawienie się wozów policyjnych z psami i alkomatami. I tym sposobem Szwecja wita nas badaniem alkotestem – mój kierowca zdaje go na piątkę, niestety członkowi wcześniej wspomnianego gangu chyba tak dobrze nie idzie.
Na jezdni miejscami widać, że wczoraj padało. ale poza tym pogoda jest dobra. W Sztokholmie wita nas cegłówka porzucona na środku jezdni. Całe miasto jest rozkopane, mamy problem z odnalezieniem właściwej drogi wyjazdu. Jak dla mnie panuje tu jakiś ogólny nieład.
Niestety mój kask daje znów o sobie znać, uwiera mnie szybciej niż się spodziewam. Gniótł mnie już wcześniej, ale wystarczyła krótka przerwa i było dobrze. Postanowiliśmy znaleźć sklep Jula i zaopatrzyć się w papier ścierny. Musimy zjechać z autostrady, kupujemy papier i zahaczamy o pobliski McDonald – trzeba łączyć przyjemne z pożytecznym.
Podczas gdy Darek rozmontowuje mój kask ja „podziwiam” bajzel panujący w szwedzkim macu. Kto by się przejmował litrem coli wylanym na stolik, prawda? Wydaje mi się, że w tym zakresie tamtejsi pracownicy i menadżerowie powinni szkolić się u nas.
Kiedy już w końcu ruszamy w dalszą drogę i wbijamy się z powrotem na autostradę, mam dziwne wrażenie, że coś z moim kaskiem jest nie tak jak powinno być. Sporo czasu zajmuje mi dojście do wniosku, że mam bardzo luźno w okolicy policzków. Zjeżdżamy na pobocze – właściwie zatokę dla wozów policyjnych, która wygląda, o zgrozo, jak wysypisko śmieci. Zeskakuję z kanapy, zdejmuję kask i pytam kierownika wycieczki czy aby na pewno wszystko i dobrze włożył w skorupę? Chwila zastanowienia i okazuje się, że owszem wszystko jest, tylko wyściółka policzków włożona jest odwrotnie. Po poprawieniu możemy ruszać dalej do Malmo.

Ludzie z Podlasia i Suwalszczyzny tłumaczą zachowanie Litwinów nieuchronnością kary, jaka czeka na nich u siebie i wolnością, jakiej doświadczają u nas. Ponoć tam bardzo łatwo o mandat za każde niemalże przewinienie na drodze, u nas tylko fotoradary.
Planowałem taka podróż w tym sezonie, ale za dużo zmian zawodowych moich i dziewczyny. W przyszłym roku ruszę na pewno, ale raczej najpierw w stronę Niemiec, stamtąd szybciej promem do Danii, a w Szwecji wzdłuż wybrzeża. Jakby były 2 tygodnie to i Zatokę Botnicką się objedzie.
W przyszłym roku wybieramy się tą samą drogą do Tallina, a następnie dalej na Northcape :) (wszystko na blogu)
Z Niemiec do Danii a potem Szwecji warto pojechać mostem :) trochę drogo ale to jedyny taki most.
Dookoła Bałtyku??? To jakaś bzdura… Litwa, Łotwa, Estonia, a potem promem do Szwecji??? Dla mnie wyprawa zupełnie bez sensu… Poza tym, z Niemiec nie jedzie się do Danii mostem…
To ciekawe, znaczy ze wcale nie jechaliśmy Oresundbron. Dla Ciebie wyjazd może być bez sensu dla nas miał sens i właśnie na taka trasę mieliśmy ochotę i czas. Nie musisz tego rozumieć ani powtarzać.
Brawo, piękna wyprawa! Szkoda, że nie mieliścia czasu zwiedzić Sztokholmu – piekne Stare Miasto.
Pozdrawiam
Dzięki :) niestety czas nas naglil ale kiedyś może to nadrobić.
Wspaniała wyprawa, też sobie „ostrzę zęby” na coś takiego. Super!!!
Gorąco polecam. W tym roku pojechaliśmy w zupełnie innym kierunku, ale o tym na blogu.
Przy okazji aktualizuję adres, zmieniliśmy nazwę (nie mamy już KTMa oraz z innych powodów):
http://life-xpedition.blogspot.com