Kiedy inni postawili już na stojakach lub przykryli kocykiem swoje ukochane dwa kółka, ogłaszając koniec sezonu, my postanowiliśmy wykorzystać do cna ostatnie promyki jesiennego słońca, wybierając się na męski wypad w iście amerykańskim stylu.

Wyjazd powstał przy współpracy z Indian Polska 

Tekst: Wiktor Seredyński i Hubert Zawieja

Twarde motocykle dla prawdziwych twardzieli

Założenia wyjazdu były jasne – spotkanie odbędzie się w górach, w surowym klimacie i przy umiarkowanej jeszcze temperaturze drogowego asfaltu. Istniała w nas potrzeba spokojnego pojeżdżenia po okolicy, jakiejś pieszej wędrówki, zbliżenia się do natury, wyciszenia i jak to teraz wszyscy mają, odizolowania od reszty społeczeństwa. Żeby nasz plan się ziścił potrzebne nam były naprawdę twarde i męskie motocykle, dlatego pierwsza nasza myśl skierowana była ku marce Indian. Bogata oferta tego producenta pozwoliła nam dobrać dwa całkowicie odmienne motocykle pod jeden, wspólny cel. Tak oto, dzięki uprzejmości Indian Polska i dealera we Wrocławiu, mieliśmy okazję zabrać ze sobą na wskroś nowoczesnego Indiana Challengera i tradycyjnego, wręcz kultowego Scouta.

 

Oczami Wiktora

Muszę przyznać, że zarówno sam design jak i funkcjonalność nowego Challangera pozwoliła mi całkiem nieźle spakować się na weekendowy wyjazd, a tym samym poczuć ducha prawdziwej, amerykańskiej motoryzacji. W stronę Kotliny Kłodzkiej ruszyłem wraz z jesiennymi promieniami słońca oraz przy akompaniamencie utworu “Born to be wild”, który świetnie oddawał klimat nadchodzących kilku dni. Za pomocą umieszczonego w prawej części kierownicy guzika uniosłem szybę do maksymalnej pozycji, dałem głośniej volumem i płynąc po Route A4 kierowałem się w stronę Janowej Góry. Przeszywające spojrzenia innych uczestników ruchu drogowego jedynie utwierdzały mnie w przekonaniu, że Challenger jest maszyną stworzoną do podróży w iście amerykańskim stylu, ale również piekielnie dobrze się prezentuje. Wywnioskowałem to po ilości okazanych okejek i zadanych pytań na postoju. Nie obyło się również bez nieco śmieszniejszych sytuacji, którym towarzyszyła płeć piękna. Muszę przyznać, że nowy Challenger wygląda jak skarbiec Ameryki i podobne odczucie mają kobiety, szczególnie, że testowany przeze mnie egzemplarz miał kolor starego złota. – Kurde, taki pan młody, a na motorze dla dziadka pan przyjechał. Tacy w pana wieku to raczej na tych szlifierkach jeżdżą. – usłyszałem od sprzedawczyni na jednej ze stacji paliwa zajadając się hot-dogiem i popijając kawę. Jakże blisko byłem wtedy, aby się zaśmiać, ale trzymałem się twardo. Może gdybym wtedy wyciągnął złotą kartę kredytową to jednak Indian w rękach 22-latka wyglądałby lepiej, a Hubert weekend spędziłby sam? Kto wie.

Przebieg dalszej podróży wręcz pozwolił mi na wyciszenie się. Odhaczałem kolejne oznaczone na swojej mapie punkty, które chciałem zwiedzić po drodze i zaczynałem zbliżać się w coraz to dziksze zakamarki Kotliny Kłodzkiej, które wraz z zachodzącym słońcem napawały mnie niezliczoną ilością przepięknych widoków i winkli, które pokonywałem wraz ostatnimi tego dnia promieniami. Wybrana przez Huberta miejscówka miała być dzika i odseparowana, jednakże widząc drogę dojazdową do naszej chatki cholernie zazdrościłem, że mój kompan dostał znacznie mniejszego Scouta. Było hardcorowo, ale o to chodziło. Chwilę po 17 melduję się na miejscu. Na redakcyjnego kumpla nie muszę długo czekać…

Z perspektywy Huberta

Czy Amerykanie jadąc przez pustynię słynną trasa Route 66 zabierają ze sobą tylko kartę kredytową? Po co im tam ona?! Gdzie tu miejsce na bagaż i podstawowe środki do przeżycia? To pierwsze myśli z jakimi musiałem się zmierzyć rozpoczynając tę przygodę.  Maciek Bejma pisał w naszym teście Scouta, że motocykl jest solidnie wykonany, więc jak mu nie wierzyć. Biorę kawał pasa transportowego i przyczepiam walizkę do fotela pasażera. Moja turystyczna torba Helda ląduje na baku. Wygląda to beznadziejnie, ale trzyma się bardzo solidnie, widać, że czasem przysłowiowa fuszerka sprawdza się doskonale. Wysoka zawartość metalu w metalu tego motocykla jednak na coś się przydała.

 

Ubrany na cebulę, w całkiem komfortowych warunkach i przy pięknie zachodzącym po mojej lewej stronie słońcu wyruszam z Wrocławia trasą Route Number 8, na południe, by po drodze zahaczyć moje ulubione winkle pomiędzy Złotym Stokiem a Sienną. Szybki postój na kawę w Ząbkowicach i rozmowa z lokalnym motocyklistą, który chwali mój piękny motocykl, a widząc na nim poznańskie tablice rejestracyjne pyta skąd jadę i dokąd zmierzam. Tłumaczę mu naprędce kim jestem i co mnie ciągnie w te strony. Ten zaskoczony moją odpowiedzią, komentuje to słowami – A ja wpadłem tylko zatankować motocykl do pełna na zimę i już mi stara w domu mówiła, że szalony jestem. 

Tuż po zachodzie słońca byłem blisko celu, a ostre jesienne powietrze, wymieszane z zapachem opalanych drewnem kominków, wdzierało się do wnętrza mojego kasku przez otwory wentylacyjne. Dobrze, że jeszcze tylko kilka kilometrów przede mną, bo temperatura po zachodzie słońca spada ekspresowo. Mijam znak Janowa Góra, jest chwila po 17, już prawie jestem. Wiem, że najtrudniejszy odcinek drogi jeszcze przede mną. Pani wynajmująca nam domek zniechęcała mnie w rozmowie telefonicznej do przybycia tu motocyklem, twierdząc, że droga jest kamienista i nieprzejezdna dla takich maszyn. Faktycznie, przejazd z górki i pod górkę wzdłuż linii lasu i to po zmroku do najłatwiejszych nie należy, ale jadę przecież amerykańską legendą, więc spokojnie dam sobie radę. W duchu cieszyłem się, że wybrałem motocykl lżejszy i prostszy niż Wiktor. Pomyślałem, że chyba dla otuchy mój kompan puszczał sobie motywacyjne piosenki z wbudowanego w Challengera radia, jadąc przez ten odcinek. Jestem na miejscu gdzie z uśmiechem wita mnie redakcyjny kolega! To znaczy, że nic nie będzie wstanie pozbawić nas wspaniałej, górskiej przygody. 

Indian Scout – dzielny Harcerz na co dzień i wypady za miasto [test, opinia, wady, zalety, dane techniczne]

 

Odludzie ma swoje minusy

Zaraz po przywitaniu się z właścicielami, obejrzeniu całej posiadłości oraz naszego lokum na najbliższe kilka dni, rozpakowaliśmy amerykańskie rumaki. Dwa kufry Challangera pozwoliły na swobodne spakowanie się, ale widok Scouta z zapięta walizką na miejscu pasażera musiał budzić wśród ludzi mieszane uczucia. Jeżeli coś jest głupie, a działa, to znaczy, że nie jest głupie. Trzeba przyznać, że panujący na miejscu klimat bardzo nas zaskoczył – totalne odludzie, pięknie urządzone, bliskość natury i mnóstwo saren i jeleni, które z niedalekiej odległości obserwowały nasze motocykle. Za oknem zapadł zmrok, a my z powodu ograniczonych możliwości załadunkowych musieliśmy jeszcze odbyć wizytę w oddalonym o kilka kilometrów sklepie. Wizja wyjazdu oraz wjazdu trudnym odcinkiem drogi nie była optymistyczna, szczególnie, że zrobiło się wilgotno, a termometr wskazywał ledwie kilka oczek powyżej zera. Z pomocą przyszli nam właściciele – Lidka oraz Olek, którzy zaproponowali podwózkę do sklepu ich terenówką. Dzięki!

Po zrobionych zakupach, niezbędnych do przeżycia męskiego weekendu na łonie natury, zrobiliśmy obfitą kolację, którą spożywaliśmy wraz z trunkiem produkowanym w najstarszej oficjalnie zarejestrowanej destylarni w USA. W tle słychać było brzdęki amerykańskiego rocka, a my mogliśmy w końcu porozmawiać o motocyklach, porównać je ze sobą i wymienić się spostrzeżeniami. W doborowym towarzystwie czas minął znacznie za szybko, ale udało nam się zaplanować następny dzień, uwzględniając w nawigacji punkty, bez których objazdówka okolicy nie mogłaby się odbyć. Oczywiście jak na wyjazd tego typu przystało, plan ograniczyliśmy do maksymalnego minimum, pozwalając się ponieść chwili, a przygodzie zaskoczyć. Tak też się stało. 

Kawa z wodą ze strumyka i w drogę

Po porannej mgle nie został już nawet ślad, a słońce swymi promykami całkiem śmiało zachęcało do zwiedzenia okolicy. Trzeba przyznać, że chata położona w Janowej Górze, w samym masywie Śnieżnika posłużyła nam za bardzo dobrą bazę wypadową. Szybkie śniadanie i na koń panowie! Pierwszym punktem trasy stała się Czarna Góra, do której, ku naszej uciesze, prowadzi nieskazitelny asfalt z dużą ilością zakrętów. Mając na uwadze śliskie liście zalegające na poboczach, poranną mgłę i niską temperaturę nawierzchni, staraliśmy się drogę i maszyny wykorzystać zdroworozsądkowo. Jesień w górach to już nie czas i miejsce na sportowe harce.

Oba Indiany bardzo dobrze radziły sobie na ciasnych, górskich winklach i widać było, że mogłyby dać od siebie więcej. Ciekawostką techniczną jest stopień nachylenia kąta główki ramy w Scoucie. Jest on zbliżony do kąta, jaki standardowo spotykamy w nakedach, zapewne dzięki temu zabiegowi otrzymaliśmy bardzo dobrze skręcającego cruisera. Nie ustrzeżono się jednak wad tej konstrukcji. Zbyt nisko umiejscowione podnóżki niestety ograniczają zakusy motocykla. Zdecydowanie przy lepszych warunkach pogodowych chcielibyśmy od niego więcej, jednak już teraz, bez większego wysiłku obtarte zostały oba sety.

Jeżeli macie wrażenie, że Challenger jest masywnym motocyklem, który zdecydowanie lepiej wygląda niż jeździ, to jesteście w dużym błędzie. Dawno nie jeździliśmy motocyklem, który tak fenomenalnie i pewnie prowadzi się po zakrętach. Poza tym posiada on wszystkie niezbędne funkcje podróżnika, choć trzeba przyznać, że raczej stworzony jest on do wycieczek w ciepłe zakątki świata (brak grzanych manetek). Nisko umieszczony środek ciężkości i nisko osadzone kufry sprawiają, że motocykl jest naprawdę dobrze wyważony, przez co jego właściwości jezdne mogą zaskoczyć. Silnik napędzający Challangera w końcu jest taki, jak na rasowego turystę przystało. Stwierdzenie, że napędzająca go V2 bije w europejskim stylu, będzie odpowiednia.

Indian Challenger 2020 – power bagger dla niegrzecznych turystów [TEST, OPINIA, DANE TECHNICZNE, GALERIA ZDJĘĆ]

Lock down po polsku – zamknięte na siedem spustów

Kolejnym punktem na naszej mapie stała się nieczynna kopalnia Uranu. Pod sam obiekt można podjechać bardzo widokową trasą, a wejście w podziemne tunele to tylko kilka minut na piechotę. Niestety ogłoszony chwilę wcześniej lock down zablokował nam możliwość zwiedzenia obiektu gdyż został zamknięty dla zwiedzających. Ruszyliśmy, dalej leśną arterią, racząc się barwami otaczającej nas aury, aby osiągnąć kolejny cel wycieczki- Jaskinię Niedźwiedzią. Jeżeli chodzi o wstęp, spotkała nas podobna historia jak w Kopalni Uranu, lecz widoki w Śnieżnickim Parku Krajobrazowym zrekompensowały niesmak, jaki pozostałby po nie zwiedzonych terenach. Zresztą, popatrzcie na zdjęcie w kanionie, i sami zrozumiecie. 

Późnojesienne wypady mają swój urok, można wtedy dostrzec prawdziwe piękno miejsc, które chcemy zobaczyć, nie okraszone goframi z budki, zapełnionym parkingiem czy natłokiem zwiedzających. Tego dnia mieliśmy wrażenie, że czas zwolnił swój bieg, żeby nie powiedzieć, że na chwilę się zatrzymał. A propos biegu, czas go zapiąć i jechać dalej.

Arka Noego jest w Kletnie!

Zjechaliśmy do wioski o nazwie Kletno wypatrując kolejnych przygód. W pewnym momencie, Wiktor spostrzegając hodowlę Danieli przystaje i mówi: – Świetnie by było spotkać jakieś konie, byłoby jak na Westernie. Podobno dzień spełniania marzeń wypada w maju, ale nie u każdego. Dla nas, jak zaraz się okaże, przypadł w listopadzie. Teraz, wiedząc jak łatwo się spełniły żałujemy trochę, że tak krótka była lista naszych życzeń. Nie wiadomo czy ujechaliśmy więcej jak trzysta metrów i nagle za zakrętem oczom naszym ukazał się potężny areał ziemi ogrodzony płotem, za którym, niczym na Arce Noego, pasły się chyba wszystkie zwierzęta spotykane w gospodarstwie domowym. Szybkie spojrzenie na siebie, uśmiech od ucha do ucha, zrozumieliśmy się bez słów. 

 

Niechętne powroty

Po wieczornym posiedzeniu w Biesiadniku przy ognisku, nadszedł ranek, który ponownie przywitał nas piękną pogodą. Poranna pobudka spowodowana była chęcią zdobycia Śnieżnika, który końcowo zdobył jedynie Hubert. Dystans Wiktora do domu to ponad 4 godziny jazdy i w połowie drogi na szczyt zdecydował się zawrócić do chatki, aby wrócić motocyklem znacznie dłuższą, ale bardziej malowniczą drogą do domu. Wraz z momentem odebrania fotki od redakcyjnego kolegi przedstawiającej malowniczą panoramę rozpościerającą się ze szczytu, dopijając kawę, Wiktor ociągając się ruszył w stronę domu.

Przy tak pięknie sprzyjającej aurze udał się w stronę Kudowy-Zdroju, aby nacieszyć się jeszcze bardziej świetnym prowadzeniem Challangera po drodze stu zakrętów. Przy okazji odwiedził Kaplicę Czaszek i Sanktuarium w Wambierzycach, oczywiście były zamknięte, ale to dobrze, bo Wiktor wcale nie chciał zsiadać ze swojego Indiana. Nakręcanie kolejnych kilometrów sprawiało mu największą frajdę.

Hubert po powrocie ze Śnieżnika ponownie przekształcił swojego Scouta w rasowego turystę i ruszył wraz z zachodzącym słońcem bezpośrednio do Wrocławia…

Podsumowania, podziękowania

Wyjazd można zaliczyć do bardzo udanych, lecz standardowo był za krótki. Miejscówka w Janowej Górze pozwala uciec od zgiełku codzienności, spowolnić czas i odpocząć, a sama podróż Indianami pozwala poczuć prawdziwy amerykański vibe. Róbcie to i nie zastanawiajcie się ani chwili, kiedy na horyzoncie pojawia się perspektywa wyjazdu jednośladem. Dzięki za motocykle Indian Wrocław oraz chatce Przyjacielówka za gościnę! Jesteście spoko!

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.