Parada Wolności
W przeddzień rocznicy operacji Overlord, pomimo zniechęcającej pogody, udaję się do Carentan, na Paradę Wolności. Bruk drży od jadących pancernych wozów, tłumy cieszą się i wiwatują – warto było jechać, dla tej jednej uroczystości. Chwilami zdaje się, że ludzie radują się, jakby widzieli prawdziwych wyzwolicieli, a nie rekonstruktorów.
Odwiedzam też cmentarz żołnierzy niemieckich w La Cambe, a potem ruszam do La Pointe du Hoc. Ostatnie z miejsc, to byłe stanowisko niemieckiej artylerii, położone nad niemal pionowym urwiskiem. Zdobyte zostało przez Rangersów. Ogrom betonu z którego zbudowano stanowiska artylerii, robi duże wrażenie.
Bunkry można zwiedzać, więc patrzę na Kanał La Manche, tak jak 72 lata temu patrzyli Niemcy. Nad ranem 6 czerwca 1944 r. ujrzeli tysiące statków, barek, jednostek pomocniczych, wypełnionych żołnierzami i sprzętem wojskowym. Tego dnia z falami Kanału zmagał się jedynie samotny jacht.
D-Day. Pogoda, jak zwykle nie zachęca do wyjścia z namiotu. Jadę do Colleville, gdzie znajduje się główny cmentarz amerykańskich żołnierzy. Ogromne pole, wypełnione tysiącami białych krzyży, stojących w równych rzędach. Na nich wiele polsko brzmiących nazwisk. Odwiedzam też muzeum poświęcone D-Day i plażę Omaha, nad którą wśród flag alianckich, powiewa i nasza.
W drodze powrotnej mija mnie para na Nevadzie. Po rejestracji widać, że przyjechali z Włoch. Też mają kawał drogi do domu… Powrót do Polski, to ciągłe zmaganie się z ulewnymi deszczami, dopiero po przekroczeniu naszej granicy słońce gości na dobre.
W trakcie wyprawy pokonałem łącznie 4260 kilometrów, z czego tylko 455 po drogach Normandii. Nevada w roli motocykla turystycznego spisała się dobrze. Dodatkowe obciążenie nie robiło na niej zbytniego wrażenia, komfort podróży i osiągi są również dobre – oczywiście dla kogoś, kto – jak ja – preferuje kontemplacyjny styl jazdy.
Spełniłem największe marzenie podróżnicze. Pora na następne.
