Gang jamników
Odpalam małe Suzuki, filigranowy silniczek przyjemnie bulgocze. Nie ma to nic wspólnego z rasowym gangiem, chyba że to gang rasowych jamników. Manewry na parkingu to bajka, pojazd o gabarytach przerośniętego roweru prowadzi się jak tenże. Wyjeżdżam za bramę salonu i włączam się do ruchu. Co do cholery? VanVan przy całym swym uroku okazuje się mieć jedną „drobną” wadę – nie przyśpiesza.
To znaczy nie całkowicie, ale w dawnych dobrych czasach 20 kilogramów temu lepsze sprinty odstawiałem na rowerze. Mimo szczerych chęci i dużej ambicji, maleńki piecyk nie daje motocyklowi w ruchu ulicznym żadnej przewagi. Moc na każdym biegu odczuwalna jest przez góra dwie sekundy, po czym trzeba wrzucić kolejny. Wszystko to sprawia, że głównym zajęciem kierowcy tego pojazdu jest obsługa lewej klamki, a na lewej stopie można wyhodować biceps.
Co z tego, że z łatwością przeciskam się przez sznur aut i zajmuję pole position pod światłami, skoro chwilę później jestem wodzirejem coraz bardziej wkurzonego korowodu…
[sam id=”11″ codes=”true”]
Kawasaki KLX250 cm3 ujawnia w tej konkurencji przewagę pojemności. Żwawo przyśpiesza na każdym biegu, zostawiając co bardziej przeciętne auta daleko z tyłu. Oczywiście nie są to osiągi na poziomie „dorosłej” szosowej maszyny, ale w mieście są więcej niż wystarczające. Na tym polu VanVan może mu co najwyżej łańcuch smarować.
Smukła sylwetka i wysokość motocykla dają ogromne możliwości w gęstym ruchu. Patrzę ponad dachami aut, a ich lusterka przechodzą pod moją kierownicą. W korku KLX to prawdziwy luzak i król nonkonformistów, problemy dwuśladowego kuzynostwa zupełnie go nie obchodzą.
Jazda w trasie poza miastem to zupełnie inna bajka. Podróż VanVanem jako żywo przypomina pilotowanie myśliwca z czasów II wojny – ciągła walka o utrzymanie prędkości i nie zwalnianie z byle powodu, by jakiś nadlatujący z tyłu Niemiec (lub świeżo od Niemca ściągnięty) nie zrobił nam krzywdy. Kabaretowo szerokie opony i moje gabaryty sprawiają, że jesteśmy w sumie jednym wielkim oporem, z którym musi sobie radzić dychawiczny silniczek.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Kres jego możliwości to licznikowe 95 km/h, które w śladzie aerodynamicznym za TIR-em z trudem dobija do trzech cyfr, z czego dwie ostatnie to zera. O wyprzedzaniu w zasadzie nie ma mowy, chyba że akurat wytoczył się na drogę kapelusznik w starej Fabii. Toczę się więc i ja… ale w jakim stylu!
Kawasaki KLX250 do prędkości podróżnych określonych w kodeksie zbiera się znacznie żwawiej, ale maksymalne 110 km/h też nie jeży włosów pod kaskiem. Mimo tego, że oba motocykle dzieli niemal wszystko VanVan i KLX mają jedną cechę wspólną – nie mają ambicji na królów szos, zwłaszcza w zakrętach. Opony z głębokim bieżnikiem dają w pochyleniach tyle pewności i poczucia bezpieczeństwa, ile telefon do Straży Miejskiej w obliczu grupy przyjezdnych kibiców.
Są natomiast dwa niewątpliwe plusy – z powodu niewielkich gabarytów obu maszyn boczny wiatr ma do mnie resztki szacunku i nie pomiata mną po całym pasie. Także wszelkie nierówności nawierzchni i głębokie koleiny odczuwam głównie wizualnie, nie robią większego wrażenia na motocyklach. Kilometrowy korek spokojnie można objechać (ku rozpaczy samochodziarzy) szutrowym poboczem, przy czym kiedy jadę VanVanem buja jak w babcinym fotelu, a w KLX-ie już rasowo trzęsie.
[sam id=”11″ codes=”true”]

Jak mawia mój 3 letni syn – ja chce, ja chce Van Vana