Jak stróż na kradzionym
Równie ważną w turystyce kwestią, poza osiągami jest to, co możemy na motocykl zabrać. Zarówno pod względem miejsca dla pasażera i zdolności przewozowych obie maszyny niestety nie rozpieszczają. Chociaż ich kanapy wydają się długie, to jednak są tradycyjnie dla enduraków mocno przesunięte do przodu co sprawia, że przy jeździe w normalnej pozycji „podróżnej” miejsca dla pasażera pozostaje jak na lekarstwo.
Da się oczywiście awaryjnie przejechać w dwie osoby, ale dalsze dystanse w towarzystwie polecam wyłącznie osobom o skłonnościach do autodestrukcji. Fabryczne miejsce na bagaż ogranicza się w Suzuki do małego bagażnika do którego można przytroczyć nasz (skromny) dobytek.
[sam id=”11″ codes=”true”]
W Kawasaki nie ma nawet tego luksusu, jest co prawda mini torebka na narzędzia, ale ma wielkość paczki fajek i tyle mniej więcej do niej wejdzie. Z tego też powodu na załączonych zdjęciach jeżdżę z plecakiem, w którym trzymam klamoty potrzebne do pracy. W połączeniu z odblaskową kamizelą wyglądam jak stróż na kradzionym motocyklu.
Cóż, taka jest cena odrobiny frajdy przy codziennych dojazdach. Oba motocykle mają zamykany na kluczyk haczyk do przypięcia kasku, dobre i to. Wyposażenie pokładowych wskaźników również nie rozpieszcza, otrzymujemy wyłącznie podstawowe informacje. Kawasaki zafundowało cyfrowy wyświetlacz, w Suzuki zaś mamy piękny pojedynczy zegar z rozczulającym, staromodnym systemem zerowania przebiegu dziennego, który podobnie jak przebieg całkowity nawija się na analogowym cyferblacie. O poziomie paliwa informują wyłącznie przejechane kilometry i kontrolki rezerwy.
Co ciekawe oba pojazdy mimo dwukrotnej różnicy w pojemności silnika legitymują się niemal identycznym spalaniem. Do przejechania 100 km potrzebują posiłku w postaci 3,5 litra paliwa. Całkiem sporo, zwłaszcza w przypadku małego VanVana moje oczekiwania były w tym względzie większe. Kontrolka rezerwy zapala się również identycznie w obu motocyklach, po mniej więcej 150 kilometrach. Trzeba to wziąć pod uwagę przy planowaniu trasy – pchanie małego enduraka będzie wprawdzie mniej traumatyczne niż pchanie Gold Winga, ale i tak może skutecznie zepsuć wyjazd.
Zarówno VanVan, jak i KLX250 to ogromna porcja frajdy zamknięta w małym opakowaniu. Ich główną klientelą powinny być osoby szukające odrobiny emocji w codziennych sytuacjach. Takie, które drogę do pracy chętnie wyznaczą sobie leśnym duktem (tam, gdzie można legalnie wjechać) zamiast zakorkowaną szosą.
[sam id=”11″ codes=”true”]
Suzuki mogą od niedawna prowadzić kierowcy z prawem jazdy kat. B, a jego spokojniutki silnik i kompaktowe wymiary nie przerażą początkujących. Będą oni mieć przy okazji intensywny kurs pracy sprzęgłem i biegami, gdyż jak już wspomniałem to główne zajęcie na tym motocyklu.
Aby dosiadać KLX250 oprócz motocyklowego prawa jazdy potrzebne są koktajle z hormonem wzrostu, bez paru dobrych centymetrów w nogach ciężko coś zdziałać. Gdyby Suzuki VanVan miało silnik 250-300 cm3, to brałbym je w ciemno – pod względem stylu, komfortu i frajdy z jazdy jest zdecydowanym zwycięzcą tego porównania.
Kawasaki ma więcej zalet jeśli planujemy ostrzejszą jazdę, choć oczywiście do wyczynowych enduro bardzo mu daleko. Odwdzięczy się on natomiast niemal nieograniczonymi możliwościami przy planowaniu krótkich podróży. Dwie japońskie potrawy o dwóch różnych smakach – komfortowo czy sportowo? To zostawiam osobistemu gustowi.

Jak mawia mój 3 letni syn – ja chce, ja chce Van Vana