Jedni twierdzą, że prawdziwa motocyklowa przygoda zaczyna się dopiero wtedy, gdy jedziesz sam. Inni nie wyobrażają sobie drogi bez grupy, wspólnych postojów i rozmów przy kawie na stacji. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana. Bo nawet jadąc w kolumnie kilkunastu motocykli, każdy zakręt pokonujesz sam. Każdy sam ocenia przyczepność, podejmuje decyzje i mierzy się z własnymi ograniczeniami.
Tekst: Michał Gessler
Lusterka
Jedna z licznych w naszym kraju stacji z rodzimej sieci przy Bieszczadzkiej w Lesku, sobota, krótko po siódmej. Jest czerwiec więc słońce już od dawna świeci. Pod wiatą stoi sześć motocykli ustawionych równo jak na defiladzie — takie same naklejki na kufrach, takie same odblaskowe kamizelki przewieszone, a to przez kierownicę, a to przez siodło. Sześciu facetów, po szybkim skanie już po 50 (mam na myśli wiek). Wszyscy piją kawę z automatu, z firmowanych logo stacji kubeczków, i mówią jednocześnie, każdy o czym innym.
Przy ostatnim dystrybutorze tankuje siódmy motocyklista tej scenki, którą mogłem obserwować, tym razem niestety z zza okien puszki. Stoi sam. Rolka i miękkie sakwy spięte gumami i paskami transportowymi (niemalże „betonowe” połącznie). Po dłuższej chwili widzę, że po zapłaceniu za paliwo ten sam mężczyzna podjeżdża swoją maszyną na miejsce parkingowe, zaraz obok mnie i też zaczyna pić kawę. Ale ze swojego termosu, który zdecydowanie pamięta lepsze czasy – to nie ocena, to obserwacja. Nie rozmawia z nikim. Ja też go nie zaczepiam – doskonale rozumiem, co może się w nim teraz dziać i daję mu tę przestrzeń. A on, patrzy na niebo nad Sanem, jakby coś tam negocjował.
Stado ma swoją fizykę

Wróćmy jednak do grupy tych sześciu jeźdźców. Grupa motocyklowa nie jest sumą jej członków. Jest osobnym organizmem, który ma własne tempo, własny apetyt i własną odwagę. Psychologia zweryfikowała już dawno, że w obecności innych robimy wszystko trochę inaczej — szybciej, pewniej, bardziej na pokaz. Na drodze wygląda to tak: najwolniejszy z grupy jedzie powyżej swoich umiejętności, najszybszy poniżej swojej cierpliwości. I obaj są z tego niezadowoleni, choć żaden się nie przyzna.
W stadzie decyzje przesuwają się w stronę śmielszych. Nikt nie chce być tym, który na zbiórce pod dystrybutorem powie: zwolnijmy. Każdy myśli, że tylko on ma dziś słabszy dzień — a skoro reszta jedzie, to widocznie da się jechać. Czasem da się. Czasem kończy się to opowieścią, którą potem latami „wygładza się” przy piwie.
Ale to przysłowiowe stado ma też swoją łaskę. Ktoś podniesie twój motocykl, kiedy położysz go na szutrze pod Komańczą, a jeszcze do końca nie ogarniasz, że twój najnowszy wyczyn w powietrzu przypominał wykon w stylu Cirque du Soleil. Ktoś ma klucz, którego ty akurat nie masz. Ktoś zapamięta ten zachód słońca nad Połoniną razem z tobą — i za dziesięć lat wystarczy jedno zdanie, żebyście mogli „tam” wrócić. Wspomnienie przeżyte wspólnie ma świadków. A świadkowie to gwarancja, że to się naprawdę wydarzyło – co oczywiście samo w sobie jest bzdurą.
Sam to nie znaczy samotny
Znajomy, z którym jeżdżę od jakiegoś już czasu, mówi, że sam by zwariował po pierwszej godzinie. Że cisza w kasku jest jak cela. Rozumiem go. I jednocześnie wiem, że on nigdy nie stał sam o szóstej rano, w miejscu gdzie mgła schodzi do doliny i przez dwadzieścia minut nie przejeżdża nikt. W takich miejscach może być pięknie jak nad brzegiem Adriatyku – nie doświadczył tego.
Samotna podróż ma jedną (nie jedyną oczywiście) cechę, której nie da się podrobić: wszystkie decyzje są twoje. Godzina pobudki, długość postoju, ten zjazd w boczną drogę, który nie prowadzi w żadne konkretne miejsce, o którym myślałeś wcześniej. Nie negocjujesz, nie czekasz, nie tłumaczysz się. To poczucie będące w człowieku jest potrzebą autonomii, a jej zaspokojenie jest jednym z fundamentów dobrostanu. Tak mówi psychologia – motocyklista nazywa to prościej: jadę, gdzie chcę.
Tyle, że autonomia ma swoją cenę. Sam dźwigasz położony motocykl. Sam podejmujesz decyzję, czy ta chmura nad Cisną to jeszcze nic, czy już front, a ty akurat nie masz ze sobą przeciwdeszczówki. Sam siedzisz wieczorem przed namiotem i orientujesz się, że od dwunastu godzin nie powiedziałeś ani słowa. Dla jednych to kara. Dla innych — jedyny moment w roku, kiedy słyszą własne myśli bez zagłuszania.
Bo jest różnica między byciem samemu a samotnością. Pierwsze to stan. Drugie to ocena tego stanu. I tylko ty wiesz, w którą stronę przechyla się u ciebie ta waga.
U Freuda na kozetce
Przypomnij sobie swój ostatni wyjazd. Ten naprawdę udany. Był tam ktoś obok ciebie? A jeśli był — to czy najlepszy moment przeżyliście razem, czy jednak osobno, każdy w swoim kasku, na swoim odcinku tej samej drogi?
Bo może o to właśnie chodzi. Może nawet w grupie jedziemy w gruncie rzeczy sami — interkom interkomem, ale zakręt bierzesz w pojedynkę. I może nawet w pojedynkę nie jesteśmy do końca sami — wieziemy ze sobą wszystkich, którzy nauczyli nas jeździć, i wszystkich, którym wieczorem wyślemy zdjęcia z trasy.
Tamtych sześciu z Leska odjechało na Małą Pętlę, równo, w szyku. Siódmy skręcił
w stronę Baligrodu, w drogę, której nie było w ich planie. Lusterko zawsze pokazuje to, co za tobą. Pytanie tylko, czy chcesz tam widzieć czyjeś światła — czy pustą drogę. Patrzyłem za jednymi i za drugim, i nie umiałem powiedzieć, który widok budzi we mnie większą zazdrość – dalej siedziałem w tej puszce i wymóżdżałem co by tu wam napisać na tę niedzielę, w którą czytacie ten tekst. A dopiero po jego zakończeniu zdałem sobie sprawę, że to co opisałem w pierwszej jego części, to ja z różnych etapów mojego motocyklowego życia…
